Publicystyka‎ > ‎

Życiorys inspirujący

opublikowane: 25 paź 2016, 04:49 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 26 paź 2016, 08:42 ]
Kilka przemyśleń o kapłaństwie w kontekście życiorysu ks. Jana Ziei. Co dziś oznacza bycie księdzem? I jakiego księdza potrzebuje współczesny Kościół?




Październik najczęściej nazywany jest miesiącem różańcowym, ale przeglądając kalendarz liturgiczny, uświadomiłem sobie, że to także miesiąc kapłański. W tym miesiącu przypada aż dziesięć wspomnień liturgicznych poświęconych kapłanom (licząc w tym diakona św. Franciszka oraz kilku biskupów). Gdzieś tam zatem uczestnicząc w liturgii Kościoła, zaproszeni zachęceni jesteśmy, aby zastanowić się nad tym, co oznacza być dzisiaj księdzem. I jakiego księdza potrzebuje współczesny Kościół (bardziej świeccy niż nasi biskupi – byłoby rzeczą ciekawą dokonać analizy ich wielkoczwartkowych listów do kapłanów i wyodrębnić z tego obraz kapłana, którego oczekują biskupi) i współczesne społeczeństwo (o ile ono w ogóle potrzebuje kogoś takiego jak ksiądz).

Kapłan na peryferiach


Wśród tych postaci wspominanych w październiku znajdują się tacy pasterze Kościoła, jak św. Jan Paweł II, św. Jan XXIII czy też bł. Jerzy Popiełuszko. Jakby tego było mało, „Tygodnik Powszechny” z 23 października numer 43 przypomniał sylwetkę ks. Jana Ziei (zachęcam do lektury). To jedna z legendarnych postaci Kościoła w Polsce XX wieku. Drugą taką postacią jest zapewne o. Piotr Rostworowski OSB. I podobnie jak on ks. Jan Zieja jest mało znany. A szkoda. Urodzony w chłopskiej rodzinie w 1897 roku. W 1919 r. zostaje wyświęcony na kapłana. Kształci się na Uniwersytecie Warszawskim (specjalizacja biblijno-dogmatyczna). Nie robi jednak kariery akademickiej. Bo, jak wspominają niektórzy, doszło między Zieją a pewnym księdzem studiującym w Rzymie do scysji. Rzeczony ksiądz miał zachwalać porządki, które we Włoszech wprowadzał Benito Mussolini. Na pytanie, jak to się ma do Ewangelii, miał odpowiedzieć, że „Ewangelią można było żyć w I wieku po Chrystusie, a nie dziś”. Zieją tak ta odpowiedź wstrząsnęła, że dzień później napisał do swojego promotora krótką deklarację: „Pod wpływem tego, co usłyszałem i przeżyłem, oświadczam, że mnie wystarcza Ewangelia. Zrzekam się pisania pracy doktorskiej”. Dosyć szybko wszedł w konflikt z przełożonymi. Zarzucono mu sianie zgorszenia i podważanie nauczania Kościoła. Brzmi groźnie i mogło się skończyć dla ks. Ziei źle. A poszło o to, że wyspowiadał dziewczynę, która targnęła się na swoje życie, a potem poprowadził jej pogrzeb. Sam ksiądz Zieja po wszystkim już skomentował to jednoznacznie: „Nigdy tego nie zapomnę. Za uczynek miłosierdzia sąd kościelny”. To niejedyny epizod w jego życiu, który uświadamiał mu, jak bardzo jest odgrodzony od mentalności kleryckiej swoich współbraci księży.

Kilka lat temu „Karta” poświęciła obszerne dossier (niestety ja wciąż w kartonach, więc nie potrafię znaleźć tego numeru). Znalazłem w nim list, który ks. Jan Zieja pisał do kard. Stefana Wyszyńskiego (rocznik 1901), a który to list rozpoczynał od „Braciszku kochany”. Ubawiło mnie to serdecznie. Mimo tego „braciszku” (a może wskutek tego „braciszku”) nigdy w Warszawie nie uczyniono go proboszczem, czego bardzo pragnął. Przed wojną jeszcze był duszpasterzem w Mołodowie, na Polesiu. Większość mieszkańców to prawosławni. Ale ks. Ziei to nie przeszkadzało. Był dla wszystkich. I pomagał wszystkim. Podobnie było po wojnie, kiedy znalazł się w Słupsku i napływających na te ziemie Polaków przestrzegał przed okazywaniem nienawiści i pogardy mieszkającym wciąż w Słupsku Niemcom.

Powojenny powrót do Warszawy musiał być dla niego rozczarowaniem. Nikt nie był zainteresowany parafialną posługą kapelana powstańczego pułku AK „Baszta”. To jest zresztą jeden z największych paradoksów jego historii. Ksiądz Jan Zieja był radykalnym pacyfistą (sprzeciwiał się karze śmierci), a mimo to podczas wojny był kapelanem Szarych Szeregów oraz Komendy Głównej AK i Batalionów Chłopskich. Skoro Kościół instytucjonalny z jego „braciszkiem” na czele nie widzi dla niego miejsca w duszpasterstwie parafialnym, pisze w 1958 r. zgorzkniały chyba list do swoich przełożonych: „(…) za swą parafię w Warszawie będę odtąd uważał wszystkich żyjących tak czy inaczej poza Kościołem (Żydzi, niewierzący, sekciarze, publiczni grzesznicy, prostytutki itp.) i wśród nich będę się starał pracować, odprawiając Mszę św. w jakiejś parafialnej kaplicy”.

Staje się księdzem peryferii (tych nie mylmy jednak z marginesem) na długo przed tym, nim Franciszek przypomni Kościołowi o konieczności pójścia na peryferia. Ksiądz Jan Zieja pozostanie duszpasterzem peryferii do końca życia. To właśnie na tych peryferiach spotka tych, z którymi stworzy Komitet Obrony Robotników. Ten KOR, który będzie jednym z elementów, motorów przemian w Polsce.

Ksiądz Zieja a my


Próbuję jakoś wczytać się w ks. Jana Zieję. Nade wszystko wykształcenie. Teolog. To prawda. To jest podstawowe zadanie księdza. Nie musimy być ekonomistami, budowlańcami czy też menedżerami budynków. Zgodziliśmy się być teologami. Jak mówi mój znajomy, nająłeś się na psa - musisz szczekać. Ksiądz musi być teologiem. Czy rezygnacja z tego oznacza rezygnację z kapłaństwa?

Nie jesteśmy powołani do tego, aby zajmować się kosmetyką kościołów. To pewnie ważne, jak wygląda monstrancja, ale historia życia ks. Jana Ziei pokazuje, że jesteśmy przede wszystkim powołani, aby pracować w przestrzeni relacji, więzi. Jesteśmy powołani do tego, aby budować wspólnotę. Czy rezygnacja z tego wysiłku oznacza zubożenie kapłaństwa?

Pomińmy milczeniem kwestię, że ks. Jan Zieja był skonfliktowany z „braciszkiem” i z braciszkami „braciszka”. W życie każdego człowieka wpisany jest konflikt. I problem nie polega na tym, jak go uniknąć, ale jak go efektywnie przeżyć.

ks. Adam Błyszcz
Fot. Okładka dodatku specjalnego "Tygodnika Powszechnego", 43/2016