Publicystyka‎ > ‎

Lektura (obowiązkowa) dla każdego

opublikowane: 13 lis 2016, 09:23 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 13 lis 2016, 10:45 ]
W marketingu uważa się, że by produkt odniósł sukces, musi mieć dokładnie dobraną grupę celową. Bo jak coś jest dla każdego, to jest do nikogo (i jednocześnie do niczego). Myśląc o książce „Miłosierdzie to imię Boga”, o tej marketingowej zasadzie trzeba zapomnieć. Bo ta książka niewątpliwie jest dla każdego. I warto, by każdy ją przeczytał. Każdy, to nie znaczy tylko katolik czy człowiek wierzący.


„Miłosierdzie to imię Boga” (Wydawnictwo Znak) to zapis rozmowy dziennikarza Andrea Torniellimiego z papieżem Franciszkiem. Zapis krótki. Wydawca zadbał o poważną oprawę książki, którą – pozbawiwszy dużego druku i równie sporych marginesów oraz załącznika w postaci treści bulli papieskiej „Misericordiae Vultus”, udałoby się zmieścić w kieszonkowym wydaniu. Nic tej książce nie ujmując. Zawartość bowiem zachęca, by tę książkę mieć pod ręką, otwierać w dowolnym miejscu i wyławiać słowa miłosierdzia, które płyną z każdej kartki tej książki. I tym miłosierdziem obdarowywać bliźnich.

Papież Franciszek raczej nie zaskakuje, zwłaszcza tych, którzy śledzą Jego nauczanie – jeśli więc ktoś oczekuje efektu „wow”, powinien szukać innych książek. Za to Franciszek zachwyca swoją konsekwencją – od dnia wyboru głosi prawdziwie dobrą nowinę o Bożym Miłosierdziu, nie tylko słowem, ale i czynem, i zachęca do tego każdego chrześcijanina. Robi to przy tym z właściwą sobie czułością i wyrozumiałością oraz prostotą – Boże miłosierdzie znosi z piedestału niedostępnych terminów i zawiłych przepisów prawnych między pogubionych w dzisiejszym świecie ludzi.

Książka nie jest zbiorem teologicznych rozważań i traktatów, jej prostota, a czasem wręcz powtórzenia, rozczarują łowców naukowych rozpraw. To raczej liczne przykłady z życia wzięte, pokazujące korzenie chrześcijaństwa, czyli podstawy, o których zbyt często zapominają katolicy, zwłaszcza w pierwszym świecie, np.

Pana przebaczanie nigdy nie męczy: nigdy! To nas męczy proszenie o przebaczenie. Musimy więc prosić o łaskę, byśmy bez znużenia wciąż błagali o przebaczenie (…).

Papież na czynniki proste rozkłada słowa Ewangelii i pokazuje jej zastosowanie w naszym dzisiejszym życiu, tu i teraz, bez względu na to, gdzie żyje chrześcijanin. Że peryferia, na które mamy wychodzić, mogą być na naszej klatce – w drzwiach sąsiada, w ławce kościelnej, konfesjonale czy budynku więzienia nieopodal.

Pójście do wykluczonych, w stronę grzeszników, nie oznacza pozwolenia wilkom na wejście do stada. Oznacza to, że próbujemy dotrzeć do wszystkich, że niesiemy im świadectwo miłosierdzia, którego sami wcześniej doświadczyliśmy. Nie można jednak ulegać pokusie czucia się sprawiedliwym i doskonałymi.

Tu wszędzie musi być głoszona dobra nowina, a nasza postawa nie powinna budzić wątpliwości. Porusza zwłaszcza tematyka więzienia. Papież mówi:

Za każdym razem, kiedy przekraczam bramy więzienia z powodu jakichś obchodów albo odwiedzin, nachodzi mnie myśl: dlaczego oni, a nie ja? To ja powinienem tu być, zasługiwałbym na to, by tu być. Ich upadki mogłyby być moimi, nie czuję się lepszy od osób, przed którymi stoję. I tak powtarzam i modlę się: dlaczego oni, a nie ja?

Trafnie odniósł się do tego wątku w swoim felietonie w najnowszym wydaniu miesięcznika „W drodze” Szymon Hołownia, rozwijając papieską myśl. „Duszpasterska kokieteria czy głęboka samoświadomość?” – pyta felietonista i podaje przykłady takich sytuacji, za które niektórzy odsiadują wyrok, a które mogłyby przy jakimś wcale nie niewiarygodnym zbiegu okoliczności być naszym udziałem (wypadek samochodowy z ofiarami śmiertelnymi, odsiadka za kogoś, by ten ktoś miał łatwiej…).

Jak wspomniałam, książkę powinien przeczytać każdy. Zobojętniałym chrześcijanom zapewne dobrze zrobią ciepłe słowa Papieża o tym, że miłosierdzie to zachowanie Boga, który przytula, to ofiarowanie się Boga, który przyjmuje, który pochyla się, by przebaczyć. Czy w innym miejscu: Możesz odrzucić Boga, możesz zgrzeszyć przeciwko Niemu, lecz Bóg nie może zaprzeć się samego siebie, On pozostaje wierny.

Tym bardziej po książkę sięgnąć powinni ci, którzy czują się grzesznikami niegodnymi jakichkolwiek łask i trwale odwrócili się od Pana Boga. Papież przekonuje: Przestrzenią, w której dochodzi do spotkania z miłosierdziem Jezusa, jest mój grzech.

Ci, którzy pracują nad sobą, też nie powinni być rozczarowani. Bo choć miłosierdzie Boga jest dla każdego, to nie oznacza, by Papież teraz zniósł wszelkie wymagania względem obecnych czy potencjalnych chrześcijan i był pobłażliwy, skoro Bóg się i tak nad nimi zlituje. Wręcz przeciwnie! Głowa Kościoła katolickiego trafnie diagnozuje (zresztą powołując się na swoich poprzedników, np. Piusa XII), że poranienie dzisiejszych polega m.in. na tragedii uznawania naszego zła, naszego grzechu, za nieuleczalne; za coś, czego nie można uzdrowić ani przebaczyć. To również z innej strony efekt braku wstydu. A przecież wstyd jest łaską: kiedy ktoś czuje miłosierdzie Boga, bardzo wstydzi się sam siebie, swojego grzechu.

Stąd już krótka droga, by zaznaczyć wagę sakramentu spowiedzi, któremu poświęcony jest jeden z rozdziałów. Papież daje wytyczne zarówno spowiednikom, jak i spowiadającym się, robiąc przy tym niezłą reklamę pomijanej w zachodniej cywilizacji spowiedzi w konfesjonale. Wszystkim sceptykom wyznawania grzechu przed kapłanem papież tłumaczy cierpliwie:

Jeśli nie jesteś w stanie porozmawiać o swoich błędach z twoim bratem, możesz być pewien, że nie będziesz w stanie porozmawiać o nich również przed Bogiem, tak więc wyspowiadasz się tyko przed lustrem, przed samym sobą.

Dlatego sporo miejsca w tej rozmowie poświęca postawie spowiednika, przypominając tych, których miał łaskę spotkać w swoim życiu i którzy tak go ukształtowali – księży pełnych wyrozumiałości, pośredników Bożego miłosierdzia w czasach, gdy przesłanie s. Faustyny nie było powszechnie znane. Stawia ich za wzór współczesnym kapłanom, zachęcając, by szukali choćby szczeliny w sercu człowieka, przez którą mogłoby się wedrzeć Boże miłosierdzie. Dlatego to tak ważna książka dla wszystkich spowiedników…

Ale i penitentów nie oszczędza papież. W dobitnych słowach upomina, by z konfesjonału nie robili „pralni”. To słowa do tych, którzy sądzą, że grzech to plama, tylko plama, że wystarczy pójść do pralni, by wszystko sprać i by później wszystko mogło wrócić do wcześniejszego stanu. (…) Grzech to jednak coś więcej niż plama. Grzech jest zranieniem, a rana musi być opatrzona, leczona.

Żeby nie było ckliwie czy sentymentalnie – papież wprost nazywa grzechy współczesności, wytykając zwłaszcza obłudę: Grzesznicy tak, niemoralni nie! Co innego bowiem popełniać błąd, co innego robić z tego normę i udawać, że nic się nie dzieje. Franciszek podaje przykład oburzenia człowieka, któremu ukradziono portfel, który pomstuje na system i dzisiejszą ludzkość, podczas gdy sam wyzyskuje w swojej firmie zatrudnionych pracowników i oszukuje skarb państwa. Niemoralność sprawia, że traci się poczucie wstydu, które strzeże prawdy, dobroci i piękna.

Dlaczego ta książka jest dla każdego?
Bo mimo zwięzłości papież wymienia bardzo wiele ludzkich postaw, które każdy z nas zna z autopsji – również nie będąc księdzem, spowiednikiem, ale po prostu będąc chrześcijaninem.

Właściwie przesłanie rozmowy papieża można streścić w słowach Jana Vianeya – „Gdy cię nie pytają, o Bogu nie mów, ale żyj tak, żeby cię o Niego zapytali”.

Romana Zygmunt
Tekst ukazał się w "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" w numerze 5 (295) 2016