Publicystyka‎ > ‎

Księdza Jacka Międlara przygody z Polską

opublikowane: 17 paź 2016, 11:18 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 17 paź 2016, 11:23 ]
Na samym początku muszę wyznać, że nie słuchałem kazań ks. Jacka Międlara. Nie czytałem jego wystąpień. Nie śledziłem jego aktywności w Internecie. Odnoszę się zatem bardziej do pewnego fenomenu, który „Rzeczpospolita” w weekendowym wydaniu z 9 października br. nazwała „księdzem na manowcach”. W tym samym tygodniu również obszerny materiał ukazał się w „Tygodniku Powszechnym”.

Przede wszystkim, po ludzku, jest mi przykro. Ktoś, kto przez siedem lat przygotowuje się do kapłaństwa, opuszcza je po półtora roku służby. Wygląda na chybione życie. Musi boleć. Jego i jego bliskich. I zapewne instytucja Matki – Kościoła przyjedzie się po nim jak walec. Dwa razy, i jak po drugim razie zauważy, że coś jeszcze wystaje, to wróci i poprawi. Nie. W takiej sytuacji nie ma żadnej wspólnoty zakonnej, żadnego braterstwa.

Z prasy dowiedziałem się, że ks. Jacek opuścił swoje zgromadzenie. W związku z tym, że uczynił to bez zgody swoich przełożonych i na razie nie pojawiła się informacja o tym, że pojawił się jakiś biskup, który zechciałby przyjąć go w swojej diecezji jako kapłana, zostanie najprawdopodobniej wszczęta procedura wydalenia ks. Jacka Mędrala ze stanu kapłańskiego.

Księże Jacku,

zapewne odkryłeś iluzoryczność całego dyskursu o wspólnocie. Jesteś sam i musisz sobie radzić. Pomogą ci świeccy. Na nich zawsze możesz liczyć. Może nie chodzą do kościoła, ale mają jakiś dziwny zmysł miłosierdzia i dobroci. Księże Jacku, na nich możesz liczyć. Mimo że seminarium nie kończyli, a zdecydowana większość z nich ukończyła swoją edukację teologiczną na katechezie szkoły średniej. Może dlatego są tak blisko Ewangelii.

Czy jesteś zatem męczennikiem? A jeśli tak, to czego bronisz? Albo za co giniesz? Na obrazku prymicyjnym wpisałeś sobie, że pragniesz pozostać „zawsze wierny Bogu i ojczyźnie”. Obrazek prymicyjny to pamiątka pierwszych mszy, które odprawia nowo wyświęcony kapłan. Na takim obrazku pojawia się najczęściej jakieś motto biblijne i podziękowania rodzicom, rodzeństwu, przyjaciołom. Kilka słów, kilka zdań. Trudno powiedzieć, że to jakiś program kapłaństwa, ale to taki nikły promień, który może wskazać, co jest ważne, priorytetowe dla nowego kapłana. Pewnie wyraża jakąś jego hierarchię wartości.

Tak sobie czytam to „Bogu i ojczyźnie” i wydaje mi się, że mógłbyś pracować tylko w takim kraju i wśród takich ludzi, którzy podzielają wiarę w Twojego Boga i w Twoją ojczyznę. Ale to jeszcze nie przekreśla misyjności Kościoła. I nie przekreśla Twojej posługi kapłańskiej. Być może nie jesteś stworzony do tego, aby pracować w Kościele niemieckim, ukraińskim czy litewskim. Ale przecież i w polskim społeczeństwie nie brakuje obszarów misyjnych. Zdaje się, w pierwszej parafii, tej wrocławskiej, do której zostałeś skierowany, udało Ci się wejść w taką przestrzeń, ku której inni księża, Twoi współbracia, nawet patrzeć nie chcieli i nie umieli. Że to byli ludzie ze środowisk nacjonalistycznych? A czyż oni nie potrzebują Boga i Kościoła? Wielu z nich doprowadziłeś do sakramentów. Po kilku, kilkunastu latach wrócili do spowiedzi i Eucharystii. Pewnie wiele razy słyszałeś od nich, że takiego księdza nigdy wcześniej nie spotkali. Gdyby każdy klecha był taki jak Ty, to w kościele zabrakłoby miejsca dla ludzi.

Próbuję sobie wyobrazić Twoje śniadanie we wrocławskim klasztorze. Kiedy rano przychodzisz i chcesz komuś opowiedzieć o tym, że wczoraj wieczorem spotkałeś się z grupą młodzieży z peryferii. Że wypiłeś z nimi kilka piw, a potem umówiliście się na spowiedź i mszę. A może już ich spowiadałeś. Ale przy tym śniadaniowym stole nie ma nikogo. A nawet gdyby ktoś był, to przecież musiałby się liczyć z tym, że taki ktoś spokojnie nie przełknie tej spowiedzi połączonej z kilkoma piwami. Więc może lepiej milczeć. To nie są opowieści dla naszych przełożonych.

Wygląda na to, że chciałbym Ciebie usprawiedliwić. Nie. Chciałbym przede wszystkim zrozumieć. Domyślam się Twojej samotności. Ale zupełnie nie rozumiem już Twojego odniesienia do sprawy uchodźców. Wydaje się, że uczestniczyłeś w antyemigranckiej manifestacji we Wrocławiu. Pisząc ten tekst, znalazłem w mediach Twoje wypowiedzi, że w kwestii imigrantów papież Franciszek się myli. Być może się myli. Ale czy ten sam papież nie może się mylić w kwestii obrony życia poczętego? Nawiązuję do tego, bo znalazłem w prasie taką fatalną wypowiedź, w której odniosłeś się do pewnej pani posłanki, mówiąc, że kiedyś dla takich było brzytwa. Po pierwsze, gdyby Ksiądz zechciał mi powiedzieć, kiedyż to było to „kiedyś” i kto tą brzytwą operował. I kogóż to Ksiądz w tym zdaniu stawia nam za wzór? Po drugie, jeśli Ksiądz uważa, że nasz Ojciec Święty myli się w sprawie imigrantów, dlaczego odmówić pani Joannie Scheuring–Wielgus prawa do twierdzenia, że myli się on także, nazywając aborcję zbrodnią. Jeśli papież może mylić się raz, może pomylić się i drugi. A tak na marginesie: jeśli Ksiądz powiedział o tej pani, że kiedyś dla takich była brzytwa, to myślę, że należą się jej przeprosiny. Publicznie, jakby Ksiądz nie żonglował tymi słowami, one nie przystoją chrześcijaninowi, a tym bardziej księdzu. Myślę, że jest jeszcze czas, żeby to naprawić.

Sporo miejsca Ksiądz poświęca w swoich ostatnich wypowiedziach degrengoladzie Kościoła. Księże, niech mi Ksiądz wierzy, że dla mnie nie ulega wątpliwości, że nasi przełożeni są głupsi od nas. Dla mnie to oczywiste. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że w strukturach Kościoła zarażeni jesteśmy syndromem przełożonych homoseksualistów (casus księdza Charamzy pokazał to dosyć dobitnie). Nie przerobili tego, nie przegadali tego i nie przemodlili tego. Być może nie próbowali tego nawet alkoholizować, co kosztuje najmniej. Nie wiem. Ale tutaj byłbym mimo wszystko ostrożny. My księża hetero nie za bardzo możemy się przyznawać do naszej fascynacji kobietami. A wyobraża Ksiądz sobie, że któryś z naszych współbraci na jakimś spotkaniu opowiada o tym, że zakochał się w facecie?! Przecież zostałby wyśmiany, nazwany pedałem albo pedofilem (bo nam się to miesza). To jest dopiero samotność! Powiem Księdzu szczerze, największym problem Kościoła jestem ja. Od wielu lat próbuję się zmienić, poprawić, uwolnić z moich grzechów. I ni cholery. Nic nie wychodzi. Nie chce mi się już poprawiać innych. Nie potrafię zmienić siebie. I tak się męczę już ponad trzydzieści lat.

Po co ja to piszę? Nie odnoszę się wcale do tych zarzutów o nacjonalizm, które są kierowane pod adresem Księdza. Wydaje mi się, że szkoda kapłaństwa. To oczywiste, że ono nie jest wartością absolutną. Jest funkcją Kościoła czy też Królestwa. Uważam, że mogą się pojawić okoliczności, w których jest wskazane odejść i pozostawić służbę kapłańską. Czy taką okolicznością jest Polska i naród polski? Osobiście wątpię, ale może ma Ksiądz rację. Nie znamy się, ale chętnie usiadłbym z Księdzem przy butelce dobrego czerwonego wina i posłuchałbym opowieści o Polsce i Księdza miłości do niej. Ja opowiedziałbym Księdzu o Bytomiu. Jestem Ślązakiem.

PS. I jeszcze jedno. Jesteśmy z Biblii, ze słowa. Jestem przekonany, że Ten, który od Abrahama zażądał Izaaka, a Józefowi – ojczymowi Jezusa – zdewastował małżeństwo i rodzinę, chcąc Księdza traktować serio, nie będzie się certolił z żadną Księdza Ojczyzną.

ks. Adam Błyszcz