Publicystyka‎ > ‎

Droga do wolności

opublikowane: 23 lis 2018, 06:47 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 23 lis 2018, 06:55 ]

Świadectwo nawrócenia

Upalny, sierpniowy dzień. Żar leje się z nieba. Przede mną perspektywa wyjazdu – lasy, jeziora, rowery, cisza… Wreszcie nic nie muszę, nawet telefonów mniej. Ktoś się jednak dobija – Dorota, trzeba oddzwonić. Byłyśmy razem w małej grupce dzielenia, a to zobowiązuje. Pyta, czy mogłabym coś napisać o moim nawróceniu. – Ależ ja, Dorotko, wyjeżdżam, a tam odstawiam nawet telefony i jestem taka zmęczona tym upałem…. Po powrocie, we wrześniu - odpowiedziałam.

Rano, na modlitwie, dopadają mnie Słowa: „ Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszanym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9,7)

Ciemność nocy


Zatem siadam i piszę. Moje życie… to dwa życia. Moje pierwsze życie, od chwili wyjścia za mąż, za kolegę ze studiów, urodzenia dwóch synów, pracy zawodowej i wielu różnych zdarzeń nie dawało mi szczęścia. Towarzyszyły mi ciągle brak jakiegoś głębszego sensu, lęki, depresja, ucieczka w alkohol, ciągłe zatroskanie, brak radości. Po opuszczeniu domu rodzinnego moim pierwszym krokiem ku upragnionej wolności było odejście od Kościoła. Myślałam sobie – Bóg (jeżeli jest) to jest gdzieś daleko, kompletnie się mną nie interesuje, jeżeli już, to surowo śledzi moje poczynania. To niech sobie gdzieś tam będzie i zostawi mnie w spokoju. Nigdy nie słyszałam, by był blisko, by troszczył się o mnie, by chciał mi coś dać, poza surową oceną, by pragnął mojego szczęścia, zdrowia, wolności, by kochał mnie do ostatniej kropli krwi. Słyszałam tylko: „idź do kościoła!!!”.

Nic nie było w stanie wyrwać mnie z tego pozornego życia. Pamiętam, gdy kolega – „kościółkowiec” – podarował nam jakąś książkę (pewnie dla otwarcia oczu i serca), a ja nawet nie spojrzałam na jej tytuł, po prostu ją wyrzuciłam.

Przebudzenie


I tak Bóg cierpliwie pozwalał mi zażywać „wolności i szczęścia” przez wiele lat. Po drodze były różne cierpienia, i choć bolały, nie otwierały serca na Boga.

Nadszedł rok 2006 – Dominik (starszy syn) przygotowywał się do ślubu. Remi (o rok młodszy) miał byś świadkiem. Ja byłam zajęta przygotowaniami, mąż Witek pomagał. Wszystko było przewidywalne, pod kontrolą. Nagle Remi postanowił „wyskoczyć” w Alpy i zdobyć Matterhorn – samotny pięciotysięcznik w Szwajcarii. Chłopcy mieli pokończone kursy wysokogórskie i wspinaczkowe, sprzęt i doświadczenie. Ale po próbie zatrzymania go wyjechał – i już go nigdy w życiu nie widziałam. Zginął on i jego przyjaciel. Ich groby są obok siebie.

W poniedziałek, 25 września pogrzeb, w piątek 29 września ślub. Strój weselny matki – czerń, krzesło świadka – puste.

O czym wtedy myślałam, co zrobiłam – pobiegłam z płaczem do kościoła, do spowiedzi (byle jakiej po tylu latach). Ale nie biegłam z miłości do Boga, ale ze strachu. Potwornie zaczęłam się bać o wieczność mojego syna. Tyle zaniedbań. Kiedy on był u spowiedzi ? Pięć lat temu, może więcej…

Serce pękło. Stanęło otworem dla Łaski, dla Jezusa. Nie zostawił mnie samej, czule i z delikatnością zaczął mnie prowadzić. Jak szalona zaczęłam czytać Pismo Święte, w sercu pojawiły się pragnienia poznania Boga, więcej i więcej. Najpierw Seminarium Odnowy Wiary z Mocnymi w Duchu, potem wspólnoty, rekolekcje, posługi. Mówiłam wtedy do Jezusa: „Panie, straciłam tyle czasu, zrób coś, żeby poszło z tym moim powrotem szybciej, mocniej…”. I tak się działo.

Światłość dnia


Ostatnie 12 lat to lata we łzach, ale i w radości. Tę niewyobrażalną pustkę po stracie Jezus wypełnił Swoją miłością, bliskością, obecnością. Poprowadził mnie nową drogą. Nauczył mnie żyć po nowemu – zostawić przeszłość, nie troszczyć się zbytnio o przyszłość, ale zaufać Jemu i cieszyć się teraźniejszością. Pokazał mi, że to nie droga jest trudna, a trudności są drogą, że dobrze jest jak jest. On uczynił mnie człowiekiem szczęśliwym, On nadał sens mojemu życiu – bo pragnął mnie, gdy stwarzał świat, właśnie taką, jaka jestem. Kochał mnie, gdy ja nie miałam o tym bladego pojęcia, kochał, gdy cierpiałam, kochał, gdy myślałam, że nie jest mi do niczego potrzebny, że sama sobie poradzę. Ale to nie wszystko. Uczynił mnie nowym stworzeniem – uzdrowił, nauczył przebaczać, kochać, współczuć, pomagać. Nauczył mnie chodzić z Nim. Jestem człowiekiem szczęśliwym. I pragnę tego dla każdego. Bo każdy jest jedyny i niezastąpiony dla naszego Boga. Pragnę, abyśmy nie tylko uważali, że Bóg może uczynić wszystko, lecz abyśmy ufali, że wszystko możemy od Niego otrzymać. „Mnie zaś dobrze jest przebywać przy Bogu, pokładać w Panu nadzieję” (Ps 73, 28).

Ewa Czerwińska


Tekst napisany dla kwartalnika wspólnoty Św. Barnaby w Poznaniu „Bliżej Boga”, 10.08.2018