Publicystyka‎ > ‎

Do kogo należy kościół?

opublikowane: 29 paź 2016, 09:07 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 paź 2016, 11:50 ]
W święto poświęcenia własnego kościoła kilka refleksji o trosce nad dobrem wspólnym. Wspólnym, czyli czyim?


Ostatnia niedziela października w polskim kalendarzu liturgicznym jest świętem poświęcenia własnego kościoła. Dzień ten obok „imienin” kościoła (czyli święta jego patrona) to najważniejsze święto. Dlaczego? Ponieważ poświęcenie kościoła – zwane dawniej konsekracją – stanowi początek sprawowania w nim kultu. To od tego uroczystego dnia w kościele na stałe w tabernakulum znajduje się Hostia.

To święto jest świętem wspólnoty – skupionej wokół jednego budynku – miejsca sprawowania kultu na co dzień i w niedzielę oraz święta. Ale to święto uświadamia nam też współodpowiedzialność świeckich za materię – za sam budynek kościoła. I tu dochodzimy do kwestii, która od jakiegoś czasu w polskim społeczeństwie jest dość drażliwa, przynajmniej w niektórych środowiskach.

Czyj jest kościół?

O tym, że my, świeccy, jesteśmy częścią Kościoła, nie ma wątpliwości. Stąd wielu z nas nie ma też wątpliwości co do tego, że naszym wspólnym zadaniem jest utrzymanie kościoła – miejsca, w którym jako wspólnota możemy się modlić i przyjmować sakramenty. Problem zaczyna się wówczas, gdy zaczyna się mowa o konkretach – konkretnych kosztach utrzymania świątyni i całego obejścia wraz z decyzjami dotyczących finansów. Kto i za co podejmuje odpowiedzialność?

Do kogo należą dobra kościelne? W Polsce parafia ma osobowość prawną – zatem to parafia może mieć owe dobra (czasem parafia, czasem diecezja, a czasem zgromadzenie czy zakon). Jednak jedynym upoważnionym do podpisywania się pod wszelkiego rodzaju decyzjami jest proboszcz (w ramach swoich uprawnień – nie ma ich np. przy sprzedaży dóbr parafialnych poza Kościół, to jest regulowane odrębnie). Zatem, choć majątek jest wspólny, to jego zarządcą z urzędu jest ksiądz proboszcz.

Pewnie nie popełnię dużego błędu, zakładając, że w większości polskich parafii proboszcz samodzielnie zarządza całym majątkiem parafialnym (a są to nie tylko tereny wokół kościoła, czasem jest to również cmentarz lub konkretne nieruchomości – pola, działki budowlane, kamienice itp.), choć w polskim Kościele od lat mówi się o roli i znaczeniu ekonomicznych rad parafialnych.

Swoje założenie opieram na stwierdzeniach dyrektora Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, ks. dra Wojciecha Sadłonia, który w audycji Polskiego Radia „Familijna Jedynka” (niedziela 9.10.2016) opowiadał o najnowszych badaniach statystyczno-pastoralnych o odbiorze przez katolików duszpasterstwa parafialnego. Z badań wynika, że w mniejszych parafiach (a to one stanowią większość z ok. 10,5 tys. parafii w Polsce) zaangażowanie świeckich w kwestie parafialne jest znikome. W dużych miastach jest większe, ale też wiąże się z wyższymi wymaganiami świeckich wobec kleru.

Co mogą świeccy?

Dawać na tacę. To na pewno. I patrząc na niektórych hierarchów oraz księży, niektórzy chcieliby na tym poprzestać. Rośnie jednak grupa księży, którzy chcą korzystać z kompetencji ludzi świeckich w szeroko rozumianym zarządzaniu majątkiem – remonty, inwestycje, a wręcz oczekują współodpowiedzialności. Księża w seminarium studiują przede wszystkim teologię, a ich nadrzędnym celem jest prowadzenie ludzi do Boga. Czy znajomość prawideł rachunkowości, przepisów budowlanych lub cen materiałów remontowych w czymś im lub jego duszpasterstwu pomoże? Problem w tym, że w wielu parafiach albo nie ma kompetentnych chętnych, którzy by bezinteresownie angażowali się w administrowanie parafią (bo którą parafię w Polsce stać na opłacanie swego rodzaju managementu?), albo proboszczowie nie uważają za stosowne włączać świeckich w takie – dla niektóry „sekretne” – sprawy, jak pieniądze, bo obawiają się utraty kontroli.

Z drugiej strony rośnie grupa świeckich wiernych, którzy nie chcą dawać pieniędzy, gdy nie mają dowodów na ich gospodarne wykorzystywanie. Nie ufają decyzjom osób duchownych w kwestiach rozbudowy czy inwestycji, skoro osoby te nie maja odpowiedniego przygotowania merytorycznego. Dobroczynne organizacje, w postaci fundacji i stowarzyszeń, działając zgodnie z prawem, informują o swoich rozliczeniach, zatem każdy dociekliwy darczyńca sam może ocenić, czy jego donacje rozsądnie wykorzystano. Tego samego chcą ludzie, którzy nie mogą patrzeć na marnotrawienie pieniędzy w Kościele (bo i takie sytuacje się zdarzają). Z finansów parafii rozliczany jest tylko ksiądz proboszcz, ale tylko wobec swoich przełożonych i kurii. Świeccy nie mają tu nic do powiedzenia i nawet jeśli są innego zdania niż proboszcz, to ten nie musi ich opinii uwzględniać. Rady parafialne są bowiem wyłącznie ciałem doradczym. Mimo to statuty poznańskiej archidiecezji (Statut Parafialnej Rady Ekonomicznej od strony 82) przewidują, że przy zmianie proboszcza, gdy następuje przekazanie parafii, powinien być obecny jeden przedstawiciel rady ekonomicznej (obok proboszcza ustępującego i następującego, dziekana i przedstawiciela kurii). Tylko kto te zapisy egzekwuje?

Oczywiście wobec braku jakiejkolwiek przejrzystości finansowej i tak długo, jak Kościół pozostanie w szarej strefie, tak długo sprawne i sensowne działanie rad ekonomicznych pozostanie pobożnym życzeniem. Jak bowiem zarządzać, gdy nie ma się pełnej wiedzy, ale i odpowiedzialności? Zauważalna jest tendencja do podnoszenia świadomości świeckich względem finansów – publiczne informowanie o planowanych inwestycjach i ich kosztach, sposobach na pozyskanie dotacji itp., środków finansowych. Rzadko kiedy jednak słychać o pełnym rozliczaniu wszystkiego. Czy ktoś widział kiedykolwiek rozliczenie jakiejś kurii z tego, co pobiera w ciągu roku od wszystkich parafii i wiernych? Dlaczego utrzymanie jednostek centralnych kosztuje tyle? (Tyle oznacza grube dziesiątki tysięcy rocznie złotych wpływające z dużych wielkomiejskich parafii w archidiecezji poznańskiej na konto kurii - na różne centralne cele, a jest ich kilkanaście). Wielu świeckich, gdyby tylko im uchylić rąbka kurialnych tajemnic, szybko znalazłoby możliwości optymalizacji kosztów. Bo dlaczego pracownicy kurii w koloratkach, którzy mają zapewniony wikt i opierunek, mają zarabiać średnią krajową lub przybliżone kwoty? Ks. kard. Nycz w rozmowie z radiem RMF w minionym tygodniu ujawnił wysokość swojej pensji – 2.700 zł i abpa Hosera – 3.500 zł. I zapewne to jedne z wyższych uposażeń w kurii z uwagi na wysokość na drabince hierarchii, ale przecież rozmawiamy o osobach, które nie muszą opłacać czynszu za mieszkanie, nie mają na utrzymaniu rodzin czy dzieci do wykształcenia.

Ktoś znający choćby podstawy rachunkowości i księgowości, po wysłuchaniu namiastek raportów finansowych w parafiach (rozliczenie remontu czy inwestycji) szybko dojdzie do wniosku, że Kościół ma swoją ekonomię, która z tym, czego ludzie uczą się na studiach zarządzania i rachunkowości, nie ma wiele wspólnego. I niestety z Ewangelią jeszcze mniej (ta bowiem nie jest podręcznikiem gromadzenia dóbr). Doświadczenie i obserwacje z naszej archidiecezji uczą zaś, że nadrzędnym celem parafii jest wykonywanie (najlepiej bezrefleksyjne) wszelkich dyrektyw kurialnych i biskupich, w tym zwłaszcza tych finansowych. Bez względu na wszystko. A że opór wobec wszelkich danin w Polsce rośnie, tym bardziej rośnie niechęć świeckich wobec płatności na struktury kościelne.

A gdyby tak inaczej?

Kościół katolicki na Zachodzie inaczej radzi sobie z finansami. Bo nie robi z nich tabu. Na przykład w Szwajcarii ksiądz jest zatrudniony na etacie (zwykła umowa o pracę, z pełnymi świadczeniami i przepisami prawa) do posługi duszpasterskiej. Widełki wynagrodzeń w całym kraju są znane. Duszpasterz ma zapewnione wynagrodzenie i zazwyczaj mieszkanie przy kościele lub w parafii, a o całą sferę materialną troszczą się świeccy wybrani w wyborach przez parafian. Tamtejsza rada działa niczym zarząd w firmach – podejmuje decyzje finansowe, robi zakupy, tnie koszty, asygnuje środki na takie lub inne cele, dba o to, by pomieszczenia kościelne nie stały puste i nie niszczały, szuka najemców, lokuje środki, jeśli takowe ma. Musi tak gospodarzyć, by wystarczało na pensję dla księdza, bieżące utrzymanie i przyszłe renowacje. Jakieś środki odprowadza do kurii, ale też jakieś środki wracają z góry – w ramach redystrybucji środków (np. dla najbiedniejszych parafii). Finanse są bowiem prowadzone profesjonalnie, zgodnie z prawami rachunkowości. Kuria nie jest tylko biorcą, ale i partnerem w finansach. W przypadku większych przedsięwzięć służy wsparciem (prawnicy, ekonomiści).

Podobnie jest w Niemczech – tam parafie mają obowiązek przedkładania budżetu na dany rok w kurii. Muszą wykazać, ile są w stanie pozyskać samodzielnie, jakie inwestycje lub działalność planują i ile są w stanie zaoszczędzić. Niemiecki Kościół wymaga na przykład od parafii przechodzenia na energooszczędne rozwiązania w świątyniach, wiedząc o rentowności. Ponieważ takie inwestycje wiążą się z jednorazowymi wysokimi nakładami, to po przedstawieniu planu finansowego kuria go opiniuje i decyduje, ile może do niego dołożyć – ze wspólnych, kościelnych środków. Po to, by utrzymanie parafii było tańsze.

W ten sposób odciąża się księży, którzy mają być specjalistami od duszpasterstwa i zajmować się wyłącznie kwestiami życia duchowego, od rzeczy, których nie są uczeni – budownictwa, inwestycji, remontów, spraw prawnych. Wierni dbają o sferę materialną, ksiądz – duchową. I mogą żyć w syntezie, nie wchodząc sobie w paradę.

Znajomi księża studzą moje myślenie, mówiąc, że w polskich realiach to wręcz fantazjowanie. Twierdzą, że ok. 50 lat będzie trzeba, by w Polsce wypracować podobny model. Ja odpowiadam, że pewnie nastąpi to wtedy, gdy w kościołach będą takie pustki, że trzeba je będzie sprzedawać pod magazyny lub galerie sztuki (oby tylko tak). Ale może to za 50 lat. Takiego scenariusza nam nie życzę, można mu zapobiec. Tylko chyba niewielu widzi tego potrzebę.

Romana Zygmunt
fot. Jerzy Bruski