• Józef, pierwszy uczeń Jezusa Chrystusa czyli między snem a sumieniem Wolność każdego człowieka konstytuuje się w przestrzeni wartości i norm oraz wyzwań, przed którymi człowiek staje. Nie inaczej było w przypadku świętego Józefa, męża Maryi ...
    Opublikowane: 20 mar 2018, 14:52 przez: Redakcja JotJotZet
  • Kryzys powołań - symptomy i przyczyny Wysłuchałem w mojej rodzinnej parafii inspirującego kazania z okazji niedzieli Dobrego Pasterza. Punktem wyjścia refleksji kaznodziei był wyraźny spadek powołań kapłańskich oraz wzrost odejść, rezygnacji już wyświęconych księży, którzy odchodzą ...
    Opublikowane: 29 maj 2017, 10:08 przez: Redakcja JotJotZet
  • Obraz Bożego Miłosierdzia W Wielkim Poście kontemplowaliśmy obraz Ecce Homo – wizerunek Jezusa ubiczowanego i ukoronowanego cierniem. Po Zmartwychwstaniu przyjrzyjmy się obrazowi Bożego Miłosierdzia. Okazją do tego niech będzie Święto Bożego Miłosierdzia. Obraz Bożego ...
    Opublikowane: 7 maj 2017, 02:25 przez: Redakcja JotJotZet
  • Ecce Homo - medytacja obrazu W Wielkim Tygodniu możemy spróbować rozważyć tajemnicę Męki Pańskiej z pomocą pewnego nadzwyczajnego obrazu. Został on namalowany przez św. Brata Alberta (Adama Chmielowskiego) i nosi tytuł „Ecce Homo” (są to ...
    Opublikowane: 7 maj 2017, 02:31 przez: Redakcja JotJotZet
  • Pamiętaj: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz W najbliższą środę pochylimy głowy, by przyjąć z rąk kapłana tę szczyptę popiołu, która za jego słowami przypomina nam te kardynalne prawdy, że „z prochu powstaliśmy i w tenże proch ...
    Opublikowane: 28 lut 2017, 11:42 przez: Redakcja JotJotZet
Wyświetlanie postów 1 - 5 z 17. Zobacz więcej »

Józef, pierwszy uczeń Jezusa Chrystusa

opublikowane: 20 mar 2018, 14:24 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 20 mar 2018, 14:52 ]

Saint Joseph with the Infant Jesus by Guido Reni, c 1635 czyli między snem a sumieniem

Wolność każdego człowieka konstytuuje się w przestrzeni wartości i norm oraz wyzwań, przed którymi człowiek staje. Nie inaczej było w przypadku świętego Józefa, męża Maryi i ojczyma Jezusa. W duchowości chrześcijańskiej jedna z najważniejszych postaci. W historii zbawienia postać wręcz fundamentalna. Przecież w Ewangelii św. Mateusza jest tym, który ocalił życie Jezusa, zapewne także Maryi i swoje. Grając nieco czasownikiem zbawić, powiedzmy tak: on człowiek, wybawił ze śmiertelnego niebezpieczeństwa Syna Bożego, Zbawiciela ludzkości! A mimo to postać tajemnicza – mężczyzna żyjący w cieniu swojej żony i nie-swojego Syna.

Na kartach Nowego Testamentu wspominany rzadko i jeśli Maryja jest wymieniana jako świadek śmierci swojego Syna i towarzysząca uczniom Jezusa z wieczerniku, to Józef pojawia się po raz ostatni przy okazji pielgrzymki całej rodziny do Jerozolimy. Według ewangelisty Łukasza, który opowiada ten epizod, Jezus ma 12 lat. Do rozpoczęcia jego publicznej działalności brakuje co najmniej 20 lat. Te lata naznaczone są nieobecnością Józefa. To milczenie kanonicznych Ewangelii sprawiło, że pojawiło się wiele niekanonicznych wersji tłumaczących nie tylko tę nieobecność, ale także (a może przede wszystkim) fakt, że Jezusowi przypisywane jest rodzeństwo. I tak ewangelista Marek, który relacjonuje kazanie Jezusa w jego rodzinnym Nazarecie powiada, że:

2 Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! 3 Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.
(Mk 6, 2–3)

Wydaje się, że najprostszym rozwiązaniem było zrobić z Józefa wdowca, który w ponowne małżeństwo z młodą (z bardzo młodą Maryją – według ówczesnych zwyczajów żydowskich dziewczynki były wydawane za mąż ok. 12. roku życia, kiedy mogły już rodzić dzieci) wnosi dzieci z poprzedniego małżeństwa. Tak jak sugeruje to Historia Józefa, cieśli, apokryf, który sięga prawdopodobnie II w. i wywodzi się ze środowiska judeochrześcijańskiego. Opowiada o śmierci Józefa i o modlitwie Jezusa, żałobie najbliższych i wszystkich mieszkańców Nazaretu. W tym dokumencie wiek Maryi w chwili poczęcia Jezusa zostaje przez autora/autorów określony na 14 lat. Natomiast o Józefie mówi się, że kiedy umierał, miał 111 lat i, żeby podkreślić jego tężyznę, dodaje się, że nie miał żadnego chorego zęba. Stać go było na to, żeby pielgrzymować jeszcze do Jerozolimy i tam, w świątyni, modlić się o dobrą śmierć. Umierającemu Józefowi towarzyszył Jezus i Maryja oraz dzieci Józefa z pierwszego małżeństwa. Jezus zaś modlił się tak: „Mój Ojcze i Ojcze wszelkiego miłosierdzia, Ojcze prawdy, jesteś okiem, które widzi i uchem, które słyszy, proszę wysłuchaj mnie. Jestem Twoim umiłowanym synem i proszę Cię za moim ojcem Józefem, który jest dziełem Twoich rąk. Wyślij zastępy aniołów z Michałem; tym, który zarządza dobrami niebiańskimi, i z Gabrielem, dobrym posłańcem światła, aby towarzyszyli duszy mojego ojca Józefa…” [1]

Apokryfy pojawiają się w przestrzeni, której nie potrafiły (bądź nie chciały) zagospodarować ewangelie kanoniczne. Trzeba bowiem przyznać, że ta fundamentalna postać dzieciństwa Jezusa Chrystusa zaledwie w dwóch fragmentach pojawia się jako główny bohater. Nie tylko opowiadany, ale i opowiadający. Obydwie są pióra św. Mateusza. Pierwsza dotyczy małżeństwa Józefa i Maryi (Mt 1, 18–25), druga zaś ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu (Mt 2, 13–15). Ten pierwszy fragment w wersji Biblii Tysiąclecia brzmi tak:

18 Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. 19 Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. 20 Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. 21 Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». 22 A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: 23 Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: "Bóg z nami". 24 Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, 25 lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.
(Mt 1, 18–25)

Dla właściwego zrozumienia dramatu, który rozgrywa się w sercu Józefa, trzeba poznać żydowskie zwyczaje małżeńskie. Otóż małżeństwo w starożytnym Izraelu polegało na dwóch etapach. Pierwszy moment (nazywany qiddushin, to znaczy konsekracja, poświęcenie) oznaczał akt, w którym dziewczyna, kobieta była poświęcona mężczyźnie. Od tej chwili, mimo że mieszkała nadal w domu swojego ojca, była żoną swojego mężczyzny. Jakiekolwiek kontakty intymne, seksualne między nimi były jednak zabronione przez prawo. Dopiero po roku mąż mógł ją zabrać w uroczystej procesji (ślad tych zwyczajów znajdujemy w Jezusowej przypowieści o dziesięciu pannach – por. Mt 25, 1–13) do swojego domu i zaczynali mieszkać razem i dopiero wtedy wolno im było współżyć ze sobą. [2] Ten drugi, definitywny etap żydowskiego małżeństwa nazywał się nissu’in (od czasownika nassa’ – nieść, prowadzić). Mateusz wyraźnie zaznacza, że Maryja zaszła w ciążę, zanim zamieszkała z Józefem. Dla żydowskich słuchaczy/czytelników jego Ewangelii to wyraźna sugestia, że Józef nie jest ojcem Jezusa.

Możemy sobie tylko wyobrazić zakłopotanie młodej dziewczyny, która mogła mieć 12, może 14 lat (jeśli dać wiarę żydowskiemu apokryfowi z II w.), dzisiaj powiedzielibyśmy dziewczynka, dziecko, i która musi wytłumaczyć swojemu mężowi, że od kilku miesięcy nie ma już okresu, co by znaczyło, że jest w ciąży i spodziewa się potomstwa. A ten jej mąż musi się zmierzyć nie tylko z zawiedzioną miłością i ze zrujnowanym projektem małżeństwa, ale także (a może przede wszystkim) z prawem Jahwe i z prawem swojego ludu. Z zawiedzioną miłością i ze zrujnowanym projektem małżeństwa, gdyż po ludzku myśląc i sądząc, nie ma poważniejszego, dobitniejszego dowodu zdrady małżeńskiej ze strony kobiety niż fakt pojawienia się dziecka, którego ojcem nie jest prawowity mąż. To bez wątpienia dramat egzystencjalny. Dramat zawiedzionego zaufania.

Stary Testament jednoznacznie traktował grzech, przestępstwo cudzołóstwa [3]. W Księdze Powtórzonego Prawa znajdujemy przepisy, jak należy postępować z kobietą, która zdradziła męża. Jeśli mąż oskarży swoją żonę o zdradę (kontekst jest właśnie taki, że małżonkowie zaczynają mieszkać razem i mąż odkrywa, że jego żona nie jest dziewicą – zatem jest to jakby casus Józefa oraz Maryi) i przedstawi dowody tej zdrady to

21 wyprowadzą młodą kobietę do drzwi domu ojca i kamienować ją będą mężowie tego miasta, aż umrze, bo dopuściła się bezeceństwa w Izraelu, uprawiając rozpustę w domu ojca. Usuniesz zło spośród siebie.
(Pwt 22, 21)

To, co dzisiaj wymyka się naszej wrażliwości, to prawny postulat, przed którym znajdował się Józef. On miał obowiązek ujawnić sytuację swojej żony, bo inaczej stawał się współwinny jej grzechu. To znaczy miał obowiązek ujawnić miastu, że w chwili poślubienia (wspomniany wcześniej nissu’in) żona nie była już dziewicą, bo spodziewała się nieślubnego dziecka. Ten postulat miał umocowanie w prawie Bożym, zatem uchylenie się wobec tego nakazu oznaczało nieposłuszeństwo Jahwe! A przecież Mateusz podkreśla, że Józef był człowiekiem sprawiedliwym. W rozumieniu żydowskim sprawiedliwość równała się posłuszeństwu Prawu. Jeśli Józef chce być posłuszny prawu (czytaj: Jahwe), winien swoją żonę wydać miastu, a to winno ją ukamienować. Niektórzy egzegeci dowodzą, że w sytuacji widocznej ciąży kobiety nie kamienowano. [4] Pozwalano takiej kobiecie żyć na marginesie klanu, w hańbie do śmierci. Józef próbuje godzić sprawiedliwość z jakąś odrobiną miłosierdzia. Nie mając zrazu wątpliwości co do winy Maryi, postanawia z nią się rozwieść (i tak zadośćuczynić nakazowi, że powinien usunąć zło spośród siebie), ale żeby oszczędzić jej hańby, postanawia się rozwieść „po cichu”, bez angażowania autorytetu miasta. Jeśli nie było widać ciąży – być może chce jej w ten sposób uratować życie. Jej i dziecku. Po raz pierwszy okazuje się wybawicielem Zbawiciela!

To wszystko, co do tej pory zostało napisane, opiera się na dwóch przesłankach: pierwsza, to takie zwyczajne ludzkie postrzeganie spraw. Jest dziecko, musi być ojciec, oraz na Prawie Jahwe, które mówi, co robić, kiedy zdrada małżeńska zostanie dowiedziona.

Józef jednak w pewnym momencie zmienia zdanie i zamiast rozwieść się z Maryją albo doprowadzić do jej ukamienowania decyduje się z nią pozostać. I wychowywać jej Syna. Trzeba zapytać o rację takiego wyboru, gdyż nie ulega wątpliwości, że sprawiedliwy Józef ściągnął na siebie podejrzenia miasta. Sąsiedzi widzą wszystko i potrafią liczyć. Pamiętają, kiedy Maryja wprowadziła się do Józefa i po ilu miesiącach przyszedł na świat synek. Wcześniak? Być może, ale żeby aż tyle przed terminem? Józef musi zdawać sobie sprawę, że dosięgną go ludzkie języki, które będą mu zarzucały, że albo z Maryją rozpoczął współżyć kiedy nie mieli do tego prawa, albo co gorsza, ukrył, zatuszował cudzołóstwo Maryi. Tertium non datur. Swoją decyzją sprawi, że przyjmie na siebie całą taką falę pomówień i oskarżeń. I być może właśnie te pomówienia i oskarżenia (zapewne trwające w lokalnej społeczności, w której Jezus wzrastał) pod adresem Józefa mogły dać asumpt do postawienia Mistrzowi pytania o to „czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?” (Mt 19, 3). Czy Jezus, odpowiadając faryzeuszom, miał przed oczyma małżeństwo swoich rodziców, Maryi i Józefa?

Ale co ojczyma Syna Bożego skłoniło do tego, aby opowiedzieć się przeciwko Prawu Bożemu. (Używając terminologii doktryny moralnej Kościoła katolickiego – popełnić grzech ciężki). Jedno wyjaśnijmy od razu – gdyby wszystko miało się rozstrzygnąć w szczerej rozmowie między Maryją a Józefem, podczas której Maryja miałaby poinformować męża, że zaszła w ciążę za sprawą Ducha Świętego, to ewangelista Mateusz w swojej narracji nie musiałby odwoływać się do interwencji anioła. Wydaje się zatem, że według Mateusza Maryja nie zdołała przekonać Józefa. Nie wiemy nawet, czy próbowała. Zastanawia nas bowiem obecny w Ewangeliach wątek niewiary w Jezusa Jego krewnych (por. J 1, 5; Mk 3, 21. 31). Wygląda na to, że nie byli w posiadaniu żadnej wiedzy na temat boskiego pochodzenia Jezusa. A to mogli wiedzieć jedynie od Maryi. Być może uwaga ewangelisty Łukasza, że

Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu.
(Łk 2, 51)

winna być interpretowana w świetle tych epizodów, które opowiadają o tym, że Jezus był kontestowany przez najbliższych.

Wróćmy jednak do Józefa. Ten, konfrontując się z rzeczywistością, nie mógł liczyć, że przeszłość, historia dostarczy mu kodu pozwalającego odczytać to, co się dzieje w jego życiu. Pamięć jego Ludu nie przechowała żadnego wspomnienia narodzin dziecka bez udziału mężczyzny. Nawet tam, gdzie mamy do czynienia z cudem narodzin długo oczekiwanego dziecka – schemat jest zawsze ten sam: mamy do czynienia z bezpłodną kobietą (Sara – mama Izaaka, Anna – mama Samuela, Elżbieta – mama Jana Chrzciciela), z którą współżyje jej mąż i tak dochodzi do zapłodnienia. Pośrednikiem tego cudu jest zawsze mężczyzna. W przypadku Maryi udział mężczyzny zostaje wykluczony. Jedyne takie wydarzenie w historii. Ta jedyność i wyjątkowość na pewno nie ułatwiały Józefowi podjęcia decyzji na rzecz Maryi i mającego narodzić się dziecka. Nowość ma w sobie wystarczająco dużo siły, aby paraliżować człowieka. Doświadczał tego Józef i musiał to także przeczuwać Mateusz, skoro uznał, że jedynym dopuszczalnym rozwiązaniem tej enigmy będzie wprowadzenie na scenę anioła, który powie Józefowi, jak się rzeczy mają.

Tutaj trzeba byłoby przywołać opinię amerykańskiego egzegety, który w swoim dziele o narodzinach Mesjasza według Ewangelii Łukasza i Mateusza pisze, że „w zdecydowanej większości przypadków w Starym Testamencie Anioł Pański nie oznacza bytu osobowego, duchowego, pośrednika między Bogiem a człowiekiem, a jest zwykłym sposobem sygnalizowania widzialnej obecności Boga między ludźmi”. [5]

Anonimowy, bezimienny [6] anioł ukazuje się Józefowi we śnie. W tradycji biblijnej sen jest czymś bardzo znanym i powszechnym, tyle tylko, że Mateuszowe pojęcie snu jest nieco inne niż to, które znamy z tradycji apokaliptycznej. W niej sen jest zagadką, która domaga się interpretatora. Nie jest też tak, że sen sam w sobie przekazuje orędzie. Wydaje się, że w Mateuszowej Ewangelii jest po prostu kontekstem, w którym pojawia się Anioł Pański i przekazuje Józefowi orędzie o boskim pochodzeniu dziecka Maryi.

Ta wizja anioła nie znosi jednak wolności Józefa. On musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy nie jest ofiarą jakiejś iluzji, jakiejś autoprojekcji? Musi dokonać rozeznania! I w tym procesie rozeznawania doświadcza głębokiej samotności: bo jak wcześniej powiedzieliśmy, doświadczenie jego ludu nie opowiada żadnej podobnej historii, Prawo (którego źródłem jest Jahwe) jego ludu jest jednoznaczne, a osobiste (i chyba nie komunikowalne innym) doświadczenie Boga wydaje się go prowadzić w przeciwnym kierunku. Pozostaje mu tylko i aż świadectwo jego sumienia. Że usłyszał głos, który nakazał mu się sprzeciwić Prawu i zabrać Maryję do swojego domu.

Może raz jeszcze Jezus nawiązał do historii Józefa, kiedy w Kazaniu na Górze, odnosząc się do sprawiedliwości, powiada do swoich uczniów:

Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.
(Mt 5, 20)

ks. Adam Błyszcz

Grafika: Św. Józef z Dzieciątkiem Jezus. Obraz Guido Reni, ok. 1635.

[1] Za: Gianfranco Ravasi, Giuseppe. Il padre di Gesù, Milano 2014, str. 111-112.

[2] Zgodnie z patriarchalną strukturą społeczeństwa żydowskiego to nie mężczyzna, mąż opuszczał dom rodzinny a kobieta, żona była wyprowadzana z domu ojcowskiego.

[3] Podobnie zresztą sprawę traktowało prawo rzymskie. Mąż był zobowiązany oddalić swoją żonę, która dopuściła się cudzołóstwa, żeby samemu nie być oskarżonym o faworyzowanie cudzołóstwa. (por. Basilio Petrà, Divorzio e seconde nozze nella tradizione Greca. Un’altra via, Assisi 2014, str. 19).

[4] por. Silvio Barbaglia, Gesù e il matrimonio. Indissolubile per chi?, Assisi 2016, str. 46.

[5] Raymond E. Brown, La nascita del messia secondo Matteo e Luca, Assisi 1981, str. 160.

[6] Inna scena, w której pojawia się w Ewangelii Mateusza anioł bez imienia to zmartwychwstanie Jezusa. Według o. Browna byłby to dowód, że dla ewangelisty Mateusza opowiadanie o dzieciństwie Jezusa Chrystusa to jeden ze sposobów przekazania wspólnocie chrystologii postpaschalnej.

Kryzys powołań - symptomy i przyczyny

opublikowane: 8 maj 2017, 02:08 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 maj 2017, 10:08 ]

Wysłuchałem w mojej rodzinnej parafii inspirującego kazania z okazji niedzieli Dobrego Pasterza. Punktem wyjścia refleksji kaznodziei był wyraźny spadek powołań kapłańskich oraz wzrost odejść, rezygnacji już wyświęconych księży, którzy odchodzą z kapłaństwa i wycofują się ze służby w Kościele i dla Kościoła. Z dostępnych danych opublikowanych wczoraj (6 maja) przez Katolicką Agencję Informacyjną wynika, że w diecezjalnych seminariach duchownych przebywa obecnie 2438 alumnów, w tym 444 na pierwszym roku. Dla porównania, w 2015 r. do diecezjalnych seminariów duchownych zgłosiło się ponad 100 mężczyzn więcej, a na wszystkich latach do kapłaństwa przygotowywało się ponad 200 kleryków więcej. Większym zainteresowaniem, w porównaniu do ubiegłego roku, cieszą się natomiast seminaria zakonne, gdzie obecnie studiuje 961 alumnów – (858 mężczyzn w 2015 r – a więc nieco więcej). Niestety nie ma żadnych danych, jeśli chodzi o księży odchodzących z kapłaństwa. Szacuje się, że w skali kraju może to być około 60–80 księży w roku. Diecezje nie publikują takich danych.

W tym miejscu należałoby poczynić pewną uwagę metodologiczną. Mówimy o kryzysie i trzeba dokonać rozróżnienia między symptomami kryzysu a jego przyczynami. Oczywiście symptomy (spadek powołań i odejścia z kapłaństwa) mogę stać się za 20 lat przyczyną kryzysu naszego duszpasterstwa parafialnego, które oparte jest niezmiennie o figurę księdza. Co stanie się wtedy z naszymi parafiami, kiedy zabraknie w nich znaczącej figury księdza, a zjawi się jedynie ktoś, kto będzie z racji wieku, sił i rozpiętości swojej troski o inne parafie (jak to już dzieje się na Zachodzie Europy) zdolny tylko do odprawienia Mszy świętej oraz sprawowania innych sakramentów? Że nie będzie miał ani sił ani sposobności, aby być animatorem życia parafialnego. – tak jak dzieje się aktualnie w naszych parafiach, w których księża są wszystkim. Czasami wszystko w praktyce oznacza nic. Ten kryzys mamy przed sobą. Można się nań przygotować, ale to wymaga nie tyle i nie tylko modlitwy o liczne i święte powołania kapłańskie (pamiętajmy, że ci na Tytaniku też się modlili!), ale przemodelowania naszego duszpasterstwa parafialnego, aby otworzyć je na świeckich rozumianych nie jako przedmiot akcji ewangelizacyjnej, ale jako podmiot (a zatem z realnym wpływem na życie parafii) działalności Kościoła. Innymi słowy, jak to trafnie ocenia Fabrizio Mastrofini (włoski dziennikarz i psycholog) w swojej książeczce Siedem reguł szczęśliwej parafii: sprawa dotyczy w gruncie rzeczy sporu między tymi, którzy są kibicami tradycyjnej eklezjologii typu hierarchicznego, a tymi, którzy trzymają się eklezjologii wspólnotowej wypracowanej przez Sobór Watykański II. [1] Ale tym dzisiaj nie musimy się zajmować. Przed takim kryzysem Kościół w Polsce stanie za jakieś 20 lat. Obecnie żadnych zmian nie będzie, gdyż pieniądze z parafii regularnie spływają na konta kurialne, pokaźna grupa dzieci każdego roku przyjmuje Pierwszą Komunię Świętą; mniej liczna grupa dzieci i młodzieży przystępuje każdego roku do bierzmowania i żegna się z Kościołem do czasu ślubu kościelnego, wciąż możemy mówić, że około 25% ochrzczonych uczestniczy w niedzielnej liturgii. Wszystko to tępi wrażliwość pasterzy i sprawia, że nie patrzymy ku przyszłości.

My spróbujmy się zastanowić dzisiaj nad przyczynami faktu, że coraz mniej młodych mężczyzn decyduje się na życie kapłańskie. Mamy dwie możliwości. Albo szukać tych przyczyn poza nami, poza światem kapłańskim, kościelnym lub też szukać tych przyczyn w naszym świecie. Gdybyśmy mieli wskazać na jakieś czynniki zewnętrzne, to powiedziałbym o jednym. Mniejszej dzietności polskich rodzin. Nas materialnie, fizycznie jest mniej. Oczywiście możemy mówić i o tym, że współczesne społeczeństwo, media czy kultura masowa jakoś deprecjonują postać księdza. Wytyka się nam nasze grzechy (mniejsze czy większe), niekonsekwencje, również naszą niekompetencję. To prawda, ale jest też prawdą, że ta kultura masowa bez księdza nie umie się obejść. I pomyślcie, że w tak antyklerykalnym społeczeństwie (jak mniemamy) pojawiają się seriale telewizyjne, które lubimy oglądać, a w których najcieplejszymi postaciami są właśnie księża: „Plebania”, „Ranczo” czy „Ojciec Mateusz”. I nie są to żadne karykatury księży. Bohaterów tych seriali widzimy modlących się, odprawiających Mszę święta, słuchających spowiedzi i chodzących do chorych, zanurzonych w swoich lokalnych społecznościach. Więc może przyczyn tego kryzysu trzeba szukać nie tyle w działaniu środowisk, które za nami, księżmi, Kościołem nie przepadają, ile w nas. Może to nasz, księży, sposób przeżywania kapłaństwa sprawia, że ci patrzący na nas takim powołaniem, takim życiem nie są zafascynowani. Życie rodzi życie. Nigdy nie ukrywałem, że u podstaw mojej decyzji wstąpienia do seminarium było spotkanie z dwoma moimi katechetami: dwie różne kapłańskie osobowości. Myślę, że wielu księży mogłoby potwierdzić ten schemat. Życie rodzi życie.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że kryzys tłumaczę kryzysem. Spadek powołań do kapłaństwa tłumaczę kryzysem przeżywania kapłaństwa. Niewątpliwie tak. Ale i wtedy trzeba pytać o przyczyny czy źródła. I być może jest tak, że te dwie sprawy się jakoś zazębiają, że ci, co odchodzą z kapłaństwa, pokazują nam swoją decyzją coś, co w jakiejś mierze sprawia, że zmniejsza się liczba kandydatów do kapłaństwa. Dzisiaj jednak nie będziemy mówić o tożsamości kapłana.

I na jeszcze jedną sprawę chciałbym zwrócić uwagę. Przestrzenią takiego fundamentalnego, podstawowego doświadczenia Kościoła jest parafia. Dominującym modelem parafii polskiej jest model hierarchiczno-dystrybucyjny. Ja ksiądz rozdaję sakramenty. Taki trochę supermarket. Drugim modelem mógłby być/jest model wspólnotowo-integrujący. Ten drugi bardziej odpowiada wrażliwości współczesnego człowieka i bardziej odpowiada intuicjom Soboru Watykańskiego II i nauczaniu Franciszka (to kolejny temat: kwestia recepcji nauczania papieża Franciszka w polskim Kościele). Uważam, że spadek powołań do kapłaństwa bierze się także z obserwowalnej niewydolności duszpasterskiej naszych parafii.

I na koniec pytanie. Dopiero co zakończył się Tydzień biblijny. Czy w naszych parafiach z tej okazji miało miejsce coś więcej? Na przykład nabożeństwo Słowa? Nie kolejne wystawienie Najświętszego Sakramentu, ale celebracja Słowa. A może w niedzielę, na rozpoczęcie tegoż tygodnia w naszych parafiach uczestnikom niedzielnej Eucharystii były rozdawane bileciki z cytatem biblijnym? A może przygotowano rozpiskę czytań biblijnych na cały ten tydzień? A może na stronie internetowej zamieszczone jakieś linki biblijne. Ciekawym jest, czy pojawiło się coś nadto.

ks. Adam Błyszcz

[1] Fabrizio mastrofini, sette regole per una parrocchia felice, Bologna 2016, str. 77

Photo credit: [nelo] via Foter.com / CC BY-NC

Obraz Bożego Miłosierdzia

opublikowane: 20 kwi 2017, 23:58 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 7 maj 2017, 02:25 ]

W Wielkim Poście kontemplowaliśmy obraz Ecce Homo – wizerunek Jezusa ubiczowanego i ukoronowanego cierniem. Po Zmartwychwstaniu przyjrzyjmy się obrazowi Bożego Miłosierdzia. Okazją do tego niech będzie Święto Bożego Miłosierdzia.

Obraz Bożego Miłosierdzia to pierwsza forma nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia, objawiona przez Pana Jezusa św. s. Faustynie Kowalskiej w 1931 r. w Płocku. Jezus poprosił: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z popisem: Jezu, ufam Tobie (Dz. 47). Prośba ta napotkała wiele trudności w realizacji, o czym dowiadujemy się z zapisków s. Faustyny (m.in. opór matki przełożonej, duchowa interpretacja nakazu przez spowiednika). Nie skończyły się one jednak ani z momentem powstania obrazu, ani ze śmiercią „Sekretarki Bożego Miłosierdzia” w roku 1938. Sprawę nabożeństwa, w tym i obrazu, prowadził dalej bł. ks. Michał Sopoćko, spowiednik św. Faustyny. Kult Bożego Miłosierdzia rozszerza się dziś na całym świecie, tym ciekawsze wydają się historia i treść obrazu, który wedle słów Jezusa jest naczyniem, z którym ludzie mają przychodzić po łaski (Dzienniczek, 327).

Pierwszy obraz namalowany według wskazówek świętej powstał w pracowni wileńskiego artysty Eugeniusza Kazimirowskiego. Obraz ten do dziś odbiera cześć w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Wilnie (po wojnie został więc poza granicami Polski). W 1944 r. zgłosił się do Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach artysta malarz Antoni Hyła, który pragnął namalować jakiś obraz jako wotum za uratowanie życia podczas wojny. W ten sposób stał się autorem najbardziej znanej wersji obrazu Bożego Miłosierdzia [1]. Obraz powstał oczywiście w oparciu o teksty objawień s. Faustyny oraz przy współpracy z jej drugim spowiednikiem, jezuitą, ks. Józefem Andraszem. Tu ujawniły się pewne rozbieżności między nim a wizją ks. Sopoćki i to właśnie one powodują, że obrazy Bożego Miłosierdzia różnią się między sobą. Warto zwrócić uwagę, że obraz wiszący w naszym kościele parafialnym [w kościele Zmartwychwstania Pańskiego w Poznaniu - przyp. red.] jest wzorowany właśnie na obrazie krakowskim Antoniego Hyły.

W 1954 r., na zlecenie Episkopatu Polski, powstał jeszcze jeden wizerunek Bożego Miłosierdzia. Nie miał się on odwoływać do objawień s. Faustyny, a tylko do sceny ukazania się Zmartwychwstałego Jezusa w Wieczerniku (J 20, 19-23). Jego autorem jest znakomity malarz krakowski Ludomir Ślendziński. Obraz ten został zatwierdzony oficjalnie. Od kilkudziesięciu lat znajduje się w kościele ojców jezuitów w Kaliszu, który jako pierwszy w świecie ogłoszony został Sanktuarium Serca Jezusa Miłosiernego.

Zasadnicze elementy wszystkich obrazów są jednak zawsze te same. Obraz przedstawia zawsze postać Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady (Dz. 47). Elementem obrazu jest też podpis podyktowany s. Faustynie: Jezu, ufam Tobie. (Oczywiście napis ten powinien być tłumaczony na języki poszczególnych ludzi, którzy czczą Boże Miłosierdzie). Napis ten wyrażać ma naszą ufność w miłosierdzie Boże dla nas, ale i „ufność Jezusa w nasze miłosierdzie dla braci” [2]. Kwestia tła, spojrzenia Jezusa, wzniesienia ręki pozostają nierozstrzygniętymi.

W tej sprawie ks. Sopoćko i ks. Andrasz mieli inne zdanie, stąd też są one powodem niekiedy znacznych różnic. W objawieniach s. Faustyny czytamy bowiem, że spojrzenie Jezusa ma być spojrzeniem z krzyża. Dlatego E. Kazimirowski malował Jezusa z oczami spuszczonymi w dół – tak interpretował treść objawienia ks. Sopoćko. Z kolei ks. Andrasz rozumiał to jako „spojrzenie pełne miłości”.

Również sprawa tła nie jest jednoznaczna. Podczas gdy ks. Sopoćko mówi, iż także drzwi Wieczernika mogą stanowić tło dla Jezusa, ks. Andrasz myśli o Jezusie, który idzie przez świat jako niebieski lekarz, aby leczyć zbolałą ludzkość [3]. Stąd też znane są wizerunki namalowane przez Antoniego Hyłę, na których Jezus idzie prze łąki i pola (w pierwszym jego obrazie, później przemalowanym, tło stanowił podbeskidzki pejzaż). Nigdy natomiast nie było niejasności co do promieni wychodzących z serca Jezusa. Czerwony i blady (nie biały, jak czasem pisano) promień, odwołują się do sceny na Krzyżu, gdy z boku Chrystusa wypłynęła krew i woda, i tam wzięły początek sakramenty Kościoła [4]. Głęboka treść teologiczna promieni zawiera się w odniesieniu ich do sakramentu Eucharystii (krew) i chrztu (woda). W pięknej interpretacji św. Tomasza z Akwinu są one szerzej symbolem wszystkich sakramentów. Promień blady – tzw. sakramentów umarłych, czyli chrztu i pokuty, promień czerwony – tzw. sakramentów żywych: Eucharystii, bierzmowania, małżeństwa, kapłaństwa, namaszczenia chorych. O wielkim znaczeniu tych promieni świadczy fakt, iż Koronkę do Bożego Miłosierdzia kończymy wezwaniem: O Krwi i Wodo, któraś wtrysnęła z Najświętszego Serca Jezusowego jako zdrój miłosierdzia dla nas – Ufamy Tobie [5]. Ideę tę wspaniale wyraża (według mnie najpiękniejszy) wizerunek Bożego Miłosierdzia, czczony w kościele pw. Maryi Królowej przy Rynku Wildeckim w Poznaniu, namalowany przez artystę malarza Andrzeja Okińczyca [6]. Promienie Łaski wypełniają obraz, ogarniając swym światłem każdego, kto pragnie Bożego Miłosierdzia.

Wymowę teologiczną obrazu warto uzupełnić o wyjaśnienie podane przez bł. ks. Sopoćkę, który jako pierwszy głosił wiernym przesłanie św. Faustyny. Wierni zobaczyli obraz po raz pierwszy w II Niedzielę Wielkanocną 1935 r., wystawiony w Ostrej Bramie w Wilnie. Tego dnia w liturgii czytana jest Ewangelia o ukazaniu się Jezusa w Wieczerniku, łączona tradycyjnie z sakramentem pokuty: Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. (J 20, 22). Treść obrazu stanowi misterium paschalne wyrażone w dwóch momentach: śmierci Jezusa na Krzyżu oraz ukazaniu się Zmartwychwstałego w Wieczerniku. Obraz jest też „syntezą i kluczem do zrozumienia innych form Nabożeństwa” [7] (Godzina miłosierdzia, Koronka, Nowenna i Litania do Bożego Miłosierdzia oraz święto Bożego Miłosierdzia). Tak tłumaczył sens nabożeństwa bł. Jan Paweł II w homilii podczas mszy kanonizacyjnej s. Faustyny: Wpatrując się w Niego, jednocząc się z Jego ojcowskim Sercem, stajemy się zdolni patrzeć na braci nowymi oczyma, w postawie bezinteresowności i solidarności, hojności i przebaczenia. Tym wszystkim jest właśnie miłosierdzie! [8]

Maria Pazder
Tekst pochodzi z archiwalnego wydania (11/2011) "Ja Jestem Zmartwychwstaniem"

Literatura:
[1] Pierwszy obraz nie pasował zresztą do rozmiarów ołtarza, w związku z czym artysta namalował kolejny. Oryginał znalazł się ostatecznie w kościele pw. Serca Bożego we Wrocławiu.
[2] A. Witko, Święta Faustyna i Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego, Kraków 2001 s. 122.
[3] A. Witko, dz. cyt., s. 123.
[4] Prefacja o Najświętszym Sercu Jezusa.
[5] A. Witko, dz. cyt., s. 119.
[6] Obraz został niestety, bez wiedzy artysty, „poprawiony” przez dodanie bocznych skrzydeł z domalowanymi promieniami. Jednak mimo tej zmiany można spróbować skupić się na oryginalnym obrazie centralnym.
[7] A. Witko, dz. cyt., s. 116.
[8] Kanonizacja miała miejsce w Rzymie 30 kwietnia 2000 r. Cytuję za: www.milosierdzieboze.pl/homilia.php?text=12.

Ecce Homo - medytacja obrazu

opublikowane: 13 kwi 2017, 23:53 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 7 maj 2017, 02:31 ]

Ecce Homo, św. Albert Chmielowski
W Wielkim Tygodniu możemy spróbować rozważyć tajemnicę Męki Pańskiej z pomocą pewnego nadzwyczajnego obrazu. Został on namalowany przez św. Brata Alberta (Adama Chmielowskiego) i nosi tytuł „Ecce Homo” (są to słowa Piłata Oto Człowiek, J 19, 5). Ten właśnie obraz szczególnie cenił Sługa Boży Jan Paweł II. Na początku kapłaństwa Karol Wojtyła napisał sztukę teatralną o bracie Albercie zatytułowaną „Brat naszego Boga”. Umieścił w niej następujące motto – własne spojrzenie na obraz:

Jesteś jednakże straszliwie niepodobny do Tego, którym jesteś –
Natrudziłeś się w każdym z nich.
Zmęczyłeś się śmiertelnie.
Wyniszczyli Cię –
To się nazywa Miłosierdzie.

Przy tym pozostałeś piękny.
Najpiękniejszy z synów ludzkich.
Takie piękno nie powtórzyło się już nigdy później –
O, jakież trudne piękno, jak trudne.


Takie piękno nazywa się Miłosierdzie.”Obraz „Ecce Homo” malował Adam Chmielowski, świetnie wykształcony artysta malarz, długo przed założeniem habitu, w latach 1879-1904. Dzieło to jest zapisem jego duchowego dojrzewania i czasu wewnętrznych zmagań (porzucenie sztuki na rzecz służby ubogim, ciężka depresja, decyzja poświęcenia się Bogu w życiu zakonnym). Dlatego wrażenie, jakie czyni na widzu, jest zawsze tak silne. Patrzymy na obraz i widzimy Jezusa „zelżywie wyśmianego, przez szyderstwo okrutne, cierniowym wieńcem ukoronowanego”, oplutego, obiekt naigrawania się ze strony żołnierzy i żądnego krwi tłumu. W purpurowym płaszczu, w cierniowej koronie na głowie, z trzciną jako berłem w dłoni, obwiązany sznurami Skazaniec. Ale naszą uwagę zwraca Jego twarz – zamknięte oczy i ten niesamowity spokój Człowieka, który świadomie i dobrowolnie wydaje się na wszystko to, co ma Go spotkać. Więcej nawet, z tego spokoju płynie do nas jakaś nieludzka siła.

Spróbujmy przyjrzeć się obrazowi głębiej. Wyśmiewany Jezus stoi na tle ściany pałacu Piłata. Układ linii stworzony przez tę architekturę jeszcze bardziej Go w obrazie unieruchamia, sznury na szyi jeszcze mocniej wiążą Go z tłem i płaszczyzną obrazu.

Teraz spróbujmy umiejscowić siebie jako widza. Jezus stoi za krawędzią muru, jest powyżej niego, na wprost naszych oczu. Mamy więc dwa optyczne centra obrazu: linie zbiegu perspektywy wyznaczonej architekturą oraz twarz Jezusa. Sens takiego potraktowania tematu „Ecce Homo” możemy rozumieć następująco: to, co przygotowali Jezusowi ludzie, nie jest w stanie zniszczyć Jego Boskiej Wszechmocy. To On sam wydaje się w ludzkie ręce, jest bowiem Bogiem-człowiekiem. Dwie natury Chrystusa: boska i ludzka, zostały tu ukazane środkami malarskimi. „Jezus aktem wolnej decyzji wpasowuje się w ziemski byt i jego realia. Bóg staje się człowiekiem, przyjmuje więc tym samym na siebie cierpienie i śmierć” (W. Bałus). Ten, Którego chciano wyśmiać jako króla z trzciną zamiast berła i cierniami zamiast złotej korony, jest rzeczywiście Królem. Jednak trzeba pamiętać, że „królestwo Jego nie jest z tego świata” (J 18, 36). Imieniem tego Króla jest Miłość, Jego panowanie to Miłosierdzie. Pozwala ludziom zrobić z sobą to wszystko, co chcą – a przy tym pozostaje Panem i Bogiem, „w którym nie ma idei zła” (J.-M. Garrigues OP). Nałożona prześmiewcza szata układa się na Jego na ramionach w kształt najpiękniejszy – kształt serca, które jest Jego symbolem.

Kiedy metropolita Andrzej Szeptycki pokazywał jednemu księdzu ów obraz (wyproszony u Brata Alberta), mówił:
„To przecież nowy, genialny sposób przedstawienia Serca Pana Jezusa. Picasso czasem zniekształcał jakieś szczegóły w budowie anatomicznej człowieka, kiedy chciał wydobyć na wierzch niedostępny dla innych szczegół duszy. Brat Albert zdeformował trochę ramię Chrystusa, lecz co z tego wyniknęło? (…) Czerwona chlamida opada z ramion tak, że zarysowuje na ubiczowanej piersi Chrystusa olbrzymie serce. Cały Chrystus zamienia się w serce. To zbiczowane Boże Serce.”

A sam brat Albert tak modlił się do umęczonego Mistrza:

Królu Niebios Cierniem ukoronowany,
ubiczowany, w purpurę odziany –
Królu znieważony, opluwany –
Bądź Królem panem naszym tu i na wieki. Amen.


Maria Pazder

Inspiracją i głównym źródłem przedstawionych idei był dla mnie tekst prof. W. Bałusa pt. Adam Chmielowski: Ecce homo i rozterki ducha (W. Bałus, Figury losu, Kraków cop, 2002, s. 120-136). Cytaty – jeśli nie zaznaczono inaczej – także pochodzą z tego tekstu.

Tekst archiwalny, pochodzi z "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" (9/2011)

Pamiętaj: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz

opublikowane: 28 lut 2017, 01:59 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 28 lut 2017, 11:42 ]

W najbliższą środę pochylimy głowy, by przyjąć z rąk kapłana tę szczyptę popiołu, która za jego słowami przypomina nam te kardynalne prawdy, że „z prochu powstaliśmy i w tenże proch zamienimy się po śmierci”. Ale kapłan napomina nas także: „nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”, bo z kart Ewangelii płynie dla nas ta wielkiej wagi nadzieja: „Pan cię wskrzesi w dniu ostatecznym”. Tę prawdę należy zestawić z innym wersetem z Ewangelii, gdy Pan Jezus mówił: „niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”.

Czy zatem śmierć powinna nas przerażać? Otóż nie! Po ludzku boimy się śmierci, ale jeżeli naprawdę wierzymy, winniśmy na ten moment spojrzeć nie tylko z obawą, ale i z nadzieją, że przechodzimy do życia wiecznego. Oczywiście na to musimy sobie zasłużyć naszym życiem doczesnym.

Popielec stanowi pierwszy stopień wejścia w okres Wielkiego Postu, tego wielkanocnego adwentu, gdy mamy się przygotować na przyjście Zmartwychwstałego Chrystusa, który poprzez swoje zmartwychwstanie pokazuje nam to, co czeka nas po śmierci. By jednak dobrze się do tego przysposobić, przyjmijmy na nasze głowy tę tchnącą nadzieją grudkę popiołu i niech ona wprowadzi nas w to wielkopostne oczekiwanie, byśmy u progu Wielkiej Nocy poczuli się właściwie przygotowani na spotkanie ze Zmartwychwstałym Jezusem.

Ks. Jan Twardowski pisał:

Od ciemnej grudki prochu, którą smolisz ręce
Z namaszczeniem rzuconej w Popielcową Środę
- Cichutka radość wzbiera.
O, rzuć prochu więcej,
Na warkocz, na czuprynę, w książeczki, na brodę….

Bo przecież od tej grudki – wiosna w drzwiach kościoła.
Będzie więcej spowiedzi i dobrych przyrzeczeń -
Wiele skradzionych powróci w czas krótki -
A wszystko się rozpocznie po prostu od Środy,
I właśnie od popiołu….od smolącej grudki.

Zatem, przyjmując też zaproszenie ks. Floriana z łamów „Tygodnika Katolickiego Niedziela”: „zachęćmy naszych bliskich, by w Środę Popielcową udali się do Kościoła, aby przeżyć tę tak bogatą w treść ceremonię. A tym, którzy naprawdę nie mogą przyjść, przynieśmy z popielcowego nabożeństwa szczyptę popiołu, by mogli sami posypać sobie nim własną głowę. Taki bowiem gest dobrze służy życiu duchowemu każdego człowieka. A odrobina popiołu, o której włożenie między stronice naszego modlitewnika poprosimy kapłana, będzie nam przez wiele lat przypominała, że jesteśmy prochem, w którym Wiekuista Miłość pragnie mieć swe odbicie”.

Janusz Marczewski
Fot. M. Świderska

Biblijni.pl - Biblia z duchem czasu

opublikowane: 19 sty 2017, 05:57 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 19 sty 2017, 12:00 ]

Kontynuujemy cykl materiałów informacyjnych o ułatwieniach ze strefy elektronicznej, które to ułatwienia mogą być przydatne w życiu religijnym. Dziś kolejna strona internetowa – serwis biblijni.pl.

Serwis powstał w 2011 roku, choć autorzy starania rozpoczęli już trzy lata wcześniej. Celem, który przyświecał autorom jest popularyzacja Biblii i ułatwienie dostępu do treści biblijnych. Serwis bazuje na tekście Biblii Tysiąclecia wydanej przez Wydawnictwo Księży Pallotynów.

Naszym zdaniem naturalnymi odbiorcami treści oferowanych przez serwis są osoby z ograniczeniami w czytaniu. To ograniczenie może wynikać zarówno z przyczyn zdrowotnych (np.: słaby wzrok) jak i sytuacyjnych (kierowcy, uczniowie, czy studenci w drodze do szkoły).

A słuchać można zarówno „czytań z dnia”, które obejmują w dni zwykłe I Czytanie, Ewangelię oraz Rozważanie, a w niedzielę i święta także II Czytanie, jak również dowolnego fragmentu Pisma Świętego. Ponadto serwis oferuje możliwość odsłuchu wybranych modlitw. (LZ)

Głód kazań

opublikowane: 11 sty 2017, 11:03 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 11 sty 2017, 14:27 ]

Okres Bożego Narodzenia to czas wzmożonej aktywności religijnej. I nawiedzania różnych kościołów, parafii w różnych miejscowościach. Jakakolwiek to różnorodność to daje się zauważyć jeden słaby wspólny mianownik - mizeria kazań polskich duszpasterzy.
Z okazji Bożego Narodzenia - świąt Tajemnicy Wcielenia, jednej z najtrudniejszych do ogarnięcia ludzkim rozumem, w polskich parafiach słyszy się banały, powtarzane czasem od kilkunastu lat do tej samej wspólnoty (w niedużym mieście), o trywializacji i komercjalizacji "tych pięknych świąt". Ale co w zamian, tego autorzy takowych homilii nie wygłosili. Jakby nie wiedzieli, że autorytetu nie buduje się mówieniem, ale postawą - czy klepanie co roku formułek o tym, jak powinny wyglądać porządne katolickie święta (i postna wigilia - jakby to był co najmniej dogmat) wpłynie na traktowanie świąt z większym pietyzmem i atencją? [Tak, przeciętny Polak-katolik rozumie takie terminy pietyzm i atencja]. Równie miernie wypadał Nowy Rok, w tym roku w Dniu Pańskim, a nierzadko potraktowany tak powierzchownie, by nie rzec płytko, jakby to ksiądz odprawiający mszę był na kacu równym sumie kaców jego parafian.

Co jeszcze można było usłyszeć? Ano że Matka Boża choć ważna, to nie należy do Trójcy Świętej (fakt, warte przypomnienia), że mamy z Niej brać przykład (a jakże, wykładnia na poziomie 6-latków), że od czasów pokłonu Trzech Króli szatan wykorzystuje fałszywe gwiazdy, "które na zgubę nas prowadzić mają, z grubsza: satanizm, inne religie, np. islam czy buddyzm oraz psychoterapeuci i horoskopy" (cytat za kolegą Pawłem).

Oczywiście do tego doliczyć trzeba kazania przeględzone, o niczym (stąd trudno tu coś napisać - należałoby zamilknąć i byłaby to i tak zbyt rozbudowana opinia o takichże), wygłaszane do nikogo (czyli do tych, których w kościele nie ma i dawno nie było, a przy takim poziomie duszpasterstwa też nie będzie).

Ale nie czepiam się tylko świąt - ja od pół roku nie słyszałam porządnego, mądrze skleconego, opartego na Biblii lub wartej cytowania literaturze (Ojcowie Kościoła, nauczanie papieży, dokumenty soborowe itp.). Szerokie grono znajomych to powtarza. Na szczęście mam archiwum 10 lat "Ja Jestem Zmartwychwstaniem", w którym najsłabszy tekst był lepszy od kazań, które w podanym czasie słyszałam w polskich kościołach. I bez liku książek - papieży, mądrych biskupów, rekolekcjonistów. I internet.

Wniosek jednak nasuwa mi się tylko taki - gros polskich księży nie czyta nic lub zatrzymało się na lekturach podstawówki (jak zresztą wielu nauczycieli). Wielu z nich wydawało się, że pozjadali wszystkie rozumy, choć brzmią nierzadko, jakby z takowym minęli się w odrzwiach świątyni. Może i są tacy, którym się wydaje, że każde otwarcie ust na ambonie gwarantuje prowadzenie przez Ducha Świętego, a ich słowa są natchnione równie jak Pismo Święte, bez żadnego wysiłku intelektualnego. Niestety nie są. Drodzy księża, niejeden świecki z marszu, bez przygotowania wygłosiłby składniejsze, mądrzejsze i prawdziwsze kazanie stanowiące większą wartość dla wiernych. A wielu pokornych miałoby na tyle rozsądku, by nic nie mówić, gdy nie potrafią w myśl starej, sprawdzonej, acz zapominanej maksymy - jak nie potrafisz, nie pchaj się na afisz. Warto pomyśleć o pokorze również w swoim kontekście, a nie tylko wypominać jej potrzebę wiernym, gdy krytycznie odnoszą się do takiej swobodnej twórczości ołtarzowej.

Wiara, pozbawiona oparcia w rozumie, skupiła się bardziej na uczuciach i przeżyciach, co stwarza zagrożenie, że przestanie być propozycją uniwersalną. Złudne jest mniemanie, że wiara może silniej oddziaływać na słaby rozum; przeciwnie, jest wówczas narażona na poważne niebezpieczeństwo, może bowiem zostać sprowadzona do poziomu mitu lub przesądu. Analogicznie, gdy rozum nie ma do czynienia z dojrzałą wiarą, brakuje mu bodźca, który kazałby skupić uwagę na specyfice i głębi bytu.

(Jan Paweł II, Fides et Ratio, 14 IX 1998)

Wszystkim - tym, którzy chcą się rozwijać w homiletyce i tym, którzy na duchowej pustyni szukają słowa mądrego - polecam skromne, acz przepełnione mądrością i wygłoszone z prostotą serca kazania dla parafian z Pentling wybitnego teologa... Josepha Ratzingera - pięknie wydany tomik "Głód Boga" to skuteczna odtrutka na to, czego można doświadczyć na co dzień.

Romana Zygmunt

Czekajmy na Niego z nadzieją

opublikowane: 21 gru 2016, 01:29 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 21 gru 2016, 10:52 ]

Wraz z nadejściem grudnia otwiera się księga oczekiwań. Na roraty – boć to przecież adwent, na mikołaja, na pierwszy śnieg, na sylwestra. Ale przede wszystkim na Niego.

Kiedy myślimy o oczekiwaniu, uzmysławiamy sobie, jakie ono może być różne. Oczekujemy na radosne wydarzenie, jakim jest Boże Narodzenie. Adwent naszych praojców trwał tysiąclecia, czekali z wiarą na Jego przyjście, a gdy przyszedł, nie rozpoznali Go. Upokorzyli, znieważyli, ukrzyżowali. A gdy zmartwychwstał, jeszcze wątpili. Dzisiaj też niektórzy nie mogą odnaleźć do Niego drogi. Myśmy uwierzyli. Czekamy na Jego powtórne przyjście. Co roku obchodzimy Jego narodziny i to już trwa dwa tysiące lat.

W grudniową noc, rękoma kapłana złożymy Go w żłóbku. Jest tam dla Niego przygotowane miejsce. Jest tam ciepło, przytulnie, radośnie i bezpiecznie – nie tak, jak w Betlejem. Ta cicha i święta noc niesie radość wielką. Przychodzi do nas, niosąc nadzieję i miłość.

Nie lękajcie się, otwórzcie drzwi Chrystusowi. To On puka do waszych drzwi. Jesteście zażenowani, że On zniżył się z wysokości, by was odwiedzić. Pytasz się, czy jesteś godzien, aby On wszedł do twego domu. Ale przecież wierzysz, że każde Jego słowo niesie tobie zbawienie. Nie strać tej wiary.

A gdy weźmiesz do ręki opłatek, gdy będziesz przekazywał życzenia, nie zapomnij, że wypowiadane słowa niosą nadzieję. Niech twój bliski nie ma wątpliwości, że są to życzenia szczere.

W trudnych czasach polskiej rzeczywistości politycznej, gdy tak mało szczerości, a tak wiele zacietrzewienia, pomówień, rozgrzebywania przeszłości, jątrzenia - ufajmy, że Ten, który wkrótce ma do nas przyjść, przyniesie radość i spokój, wiarę i nadzieję oraz miłość. Niech Jego przyjście wyzwoli nas z wzajemnych uprzedzeń, umocni zgodę, byśmy z otwartym sercem mogli zaśpiewać „chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”.

„Podnieś rękę, Boże Dziecię – Błogosław Ojczyznę miłą… dom nasz i majętność całą i wszystkie wioski z miastami”.

Na nadchodzące dni, kiedy przyjdzie do nas „dzieciątko małe z rajskich wzgórz – piękniejsze nad promienie zórz, niech przyniesie nam do niebios i swych skarbów klucz”.


Janusz Marczewski

Lektura (obowiązkowa) dla każdego

opublikowane: 13 lis 2016, 09:23 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 13 lis 2016, 10:45 ]

W marketingu uważa się, że by produkt odniósł sukces, musi mieć dokładnie dobraną grupę celową. Bo jak coś jest dla każdego, to jest do nikogo (i jednocześnie do niczego). Myśląc o książce „Miłosierdzie to imię Boga”, o tej marketingowej zasadzie trzeba zapomnieć. Bo ta książka niewątpliwie jest dla każdego. I warto, by każdy ją przeczytał. Każdy, to nie znaczy tylko katolik czy człowiek wierzący.


„Miłosierdzie to imię Boga” (Wydawnictwo Znak) to zapis rozmowy dziennikarza Andrea Torniellimiego z papieżem Franciszkiem. Zapis krótki. Wydawca zadbał o poważną oprawę książki, którą – pozbawiwszy dużego druku i równie sporych marginesów oraz załącznika w postaci treści bulli papieskiej „Misericordiae Vultus”, udałoby się zmieścić w kieszonkowym wydaniu. Nic tej książce nie ujmując. Zawartość bowiem zachęca, by tę książkę mieć pod ręką, otwierać w dowolnym miejscu i wyławiać słowa miłosierdzia, które płyną z każdej kartki tej książki. I tym miłosierdziem obdarowywać bliźnich.

Papież Franciszek raczej nie zaskakuje, zwłaszcza tych, którzy śledzą Jego nauczanie – jeśli więc ktoś oczekuje efektu „wow”, powinien szukać innych książek. Za to Franciszek zachwyca swoją konsekwencją – od dnia wyboru głosi prawdziwie dobrą nowinę o Bożym Miłosierdziu, nie tylko słowem, ale i czynem, i zachęca do tego każdego chrześcijanina. Robi to przy tym z właściwą sobie czułością i wyrozumiałością oraz prostotą – Boże miłosierdzie znosi z piedestału niedostępnych terminów i zawiłych przepisów prawnych między pogubionych w dzisiejszym świecie ludzi.

Książka nie jest zbiorem teologicznych rozważań i traktatów, jej prostota, a czasem wręcz powtórzenia, rozczarują łowców naukowych rozpraw. To raczej liczne przykłady z życia wzięte, pokazujące korzenie chrześcijaństwa, czyli podstawy, o których zbyt często zapominają katolicy, zwłaszcza w pierwszym świecie, np.

Pana przebaczanie nigdy nie męczy: nigdy! To nas męczy proszenie o przebaczenie. Musimy więc prosić o łaskę, byśmy bez znużenia wciąż błagali o przebaczenie (…).

Papież na czynniki proste rozkłada słowa Ewangelii i pokazuje jej zastosowanie w naszym dzisiejszym życiu, tu i teraz, bez względu na to, gdzie żyje chrześcijanin. Że peryferia, na które mamy wychodzić, mogą być na naszej klatce – w drzwiach sąsiada, w ławce kościelnej, konfesjonale czy budynku więzienia nieopodal.

Pójście do wykluczonych, w stronę grzeszników, nie oznacza pozwolenia wilkom na wejście do stada. Oznacza to, że próbujemy dotrzeć do wszystkich, że niesiemy im świadectwo miłosierdzia, którego sami wcześniej doświadczyliśmy. Nie można jednak ulegać pokusie czucia się sprawiedliwym i doskonałymi.

Tu wszędzie musi być głoszona dobra nowina, a nasza postawa nie powinna budzić wątpliwości. Porusza zwłaszcza tematyka więzienia. Papież mówi:

Za każdym razem, kiedy przekraczam bramy więzienia z powodu jakichś obchodów albo odwiedzin, nachodzi mnie myśl: dlaczego oni, a nie ja? To ja powinienem tu być, zasługiwałbym na to, by tu być. Ich upadki mogłyby być moimi, nie czuję się lepszy od osób, przed którymi stoję. I tak powtarzam i modlę się: dlaczego oni, a nie ja?

Trafnie odniósł się do tego wątku w swoim felietonie w najnowszym wydaniu miesięcznika „W drodze” Szymon Hołownia, rozwijając papieską myśl. „Duszpasterska kokieteria czy głęboka samoświadomość?” – pyta felietonista i podaje przykłady takich sytuacji, za które niektórzy odsiadują wyrok, a które mogłyby przy jakimś wcale nie niewiarygodnym zbiegu okoliczności być naszym udziałem (wypadek samochodowy z ofiarami śmiertelnymi, odsiadka za kogoś, by ten ktoś miał łatwiej…).

Jak wspomniałam, książkę powinien przeczytać każdy. Zobojętniałym chrześcijanom zapewne dobrze zrobią ciepłe słowa Papieża o tym, że miłosierdzie to zachowanie Boga, który przytula, to ofiarowanie się Boga, który przyjmuje, który pochyla się, by przebaczyć. Czy w innym miejscu: Możesz odrzucić Boga, możesz zgrzeszyć przeciwko Niemu, lecz Bóg nie może zaprzeć się samego siebie, On pozostaje wierny.

Tym bardziej po książkę sięgnąć powinni ci, którzy czują się grzesznikami niegodnymi jakichkolwiek łask i trwale odwrócili się od Pana Boga. Papież przekonuje: Przestrzenią, w której dochodzi do spotkania z miłosierdziem Jezusa, jest mój grzech.

Ci, którzy pracują nad sobą, też nie powinni być rozczarowani. Bo choć miłosierdzie Boga jest dla każdego, to nie oznacza, by Papież teraz zniósł wszelkie wymagania względem obecnych czy potencjalnych chrześcijan i był pobłażliwy, skoro Bóg się i tak nad nimi zlituje. Wręcz przeciwnie! Głowa Kościoła katolickiego trafnie diagnozuje (zresztą powołując się na swoich poprzedników, np. Piusa XII), że poranienie dzisiejszych polega m.in. na tragedii uznawania naszego zła, naszego grzechu, za nieuleczalne; za coś, czego nie można uzdrowić ani przebaczyć. To również z innej strony efekt braku wstydu. A przecież wstyd jest łaską: kiedy ktoś czuje miłosierdzie Boga, bardzo wstydzi się sam siebie, swojego grzechu.

Stąd już krótka droga, by zaznaczyć wagę sakramentu spowiedzi, któremu poświęcony jest jeden z rozdziałów. Papież daje wytyczne zarówno spowiednikom, jak i spowiadającym się, robiąc przy tym niezłą reklamę pomijanej w zachodniej cywilizacji spowiedzi w konfesjonale. Wszystkim sceptykom wyznawania grzechu przed kapłanem papież tłumaczy cierpliwie:

Jeśli nie jesteś w stanie porozmawiać o swoich błędach z twoim bratem, możesz być pewien, że nie będziesz w stanie porozmawiać o nich również przed Bogiem, tak więc wyspowiadasz się tyko przed lustrem, przed samym sobą.

Dlatego sporo miejsca w tej rozmowie poświęca postawie spowiednika, przypominając tych, których miał łaskę spotkać w swoim życiu i którzy tak go ukształtowali – księży pełnych wyrozumiałości, pośredników Bożego miłosierdzia w czasach, gdy przesłanie s. Faustyny nie było powszechnie znane. Stawia ich za wzór współczesnym kapłanom, zachęcając, by szukali choćby szczeliny w sercu człowieka, przez którą mogłoby się wedrzeć Boże miłosierdzie. Dlatego to tak ważna książka dla wszystkich spowiedników…

Ale i penitentów nie oszczędza papież. W dobitnych słowach upomina, by z konfesjonału nie robili „pralni”. To słowa do tych, którzy sądzą, że grzech to plama, tylko plama, że wystarczy pójść do pralni, by wszystko sprać i by później wszystko mogło wrócić do wcześniejszego stanu. (…) Grzech to jednak coś więcej niż plama. Grzech jest zranieniem, a rana musi być opatrzona, leczona.

Żeby nie było ckliwie czy sentymentalnie – papież wprost nazywa grzechy współczesności, wytykając zwłaszcza obłudę: Grzesznicy tak, niemoralni nie! Co innego bowiem popełniać błąd, co innego robić z tego normę i udawać, że nic się nie dzieje. Franciszek podaje przykład oburzenia człowieka, któremu ukradziono portfel, który pomstuje na system i dzisiejszą ludzkość, podczas gdy sam wyzyskuje w swojej firmie zatrudnionych pracowników i oszukuje skarb państwa. Niemoralność sprawia, że traci się poczucie wstydu, które strzeże prawdy, dobroci i piękna.

Dlaczego ta książka jest dla każdego?
Bo mimo zwięzłości papież wymienia bardzo wiele ludzkich postaw, które każdy z nas zna z autopsji – również nie będąc księdzem, spowiednikiem, ale po prostu będąc chrześcijaninem.

Właściwie przesłanie rozmowy papieża można streścić w słowach Jana Vianeya – „Gdy cię nie pytają, o Bogu nie mów, ale żyj tak, żeby cię o Niego zapytali”.

Romana Zygmunt
Tekst ukazał się w "Ja Jestem Zmartwychwstaniem" w numerze 5 (295) 2016


Do kogo należy kościół?

opublikowane: 29 paź 2016, 09:07 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 paź 2016, 11:50 ]

W święto poświęcenia własnego kościoła kilka refleksji o trosce nad dobrem wspólnym. Wspólnym, czyli czyim?


Ostatnia niedziela października w polskim kalendarzu liturgicznym jest świętem poświęcenia własnego kościoła. Dzień ten obok „imienin” kościoła (czyli święta jego patrona) to najważniejsze święto. Dlaczego? Ponieważ poświęcenie kościoła – zwane dawniej konsekracją – stanowi początek sprawowania w nim kultu. To od tego uroczystego dnia w kościele na stałe w tabernakulum znajduje się Hostia.

To święto jest świętem wspólnoty – skupionej wokół jednego budynku – miejsca sprawowania kultu na co dzień i w niedzielę oraz święta. Ale to święto uświadamia nam też współodpowiedzialność świeckich za materię – za sam budynek kościoła. I tu dochodzimy do kwestii, która od jakiegoś czasu w polskim społeczeństwie jest dość drażliwa, przynajmniej w niektórych środowiskach.

Czyj jest kościół?

O tym, że my, świeccy, jesteśmy częścią Kościoła, nie ma wątpliwości. Stąd wielu z nas nie ma też wątpliwości co do tego, że naszym wspólnym zadaniem jest utrzymanie kościoła – miejsca, w którym jako wspólnota możemy się modlić i przyjmować sakramenty. Problem zaczyna się wówczas, gdy zaczyna się mowa o konkretach – konkretnych kosztach utrzymania świątyni i całego obejścia wraz z decyzjami dotyczących finansów. Kto i za co podejmuje odpowiedzialność?

Do kogo należą dobra kościelne? W Polsce parafia ma osobowość prawną – zatem to parafia może mieć owe dobra (czasem parafia, czasem diecezja, a czasem zgromadzenie czy zakon). Jednak jedynym upoważnionym do podpisywania się pod wszelkiego rodzaju decyzjami jest proboszcz (w ramach swoich uprawnień – nie ma ich np. przy sprzedaży dóbr parafialnych poza Kościół, to jest regulowane odrębnie). Zatem, choć majątek jest wspólny, to jego zarządcą z urzędu jest ksiądz proboszcz.

Pewnie nie popełnię dużego błędu, zakładając, że w większości polskich parafii proboszcz samodzielnie zarządza całym majątkiem parafialnym (a są to nie tylko tereny wokół kościoła, czasem jest to również cmentarz lub konkretne nieruchomości – pola, działki budowlane, kamienice itp.), choć w polskim Kościele od lat mówi się o roli i znaczeniu ekonomicznych rad parafialnych.

Swoje założenie opieram na stwierdzeniach dyrektora Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, ks. dra Wojciecha Sadłonia, który w audycji Polskiego Radia „Familijna Jedynka” (niedziela 9.10.2016) opowiadał o najnowszych badaniach statystyczno-pastoralnych o odbiorze przez katolików duszpasterstwa parafialnego. Z badań wynika, że w mniejszych parafiach (a to one stanowią większość z ok. 10,5 tys. parafii w Polsce) zaangażowanie świeckich w kwestie parafialne jest znikome. W dużych miastach jest większe, ale też wiąże się z wyższymi wymaganiami świeckich wobec kleru.

Co mogą świeccy?

Dawać na tacę. To na pewno. I patrząc na niektórych hierarchów oraz księży, niektórzy chcieliby na tym poprzestać. Rośnie jednak grupa księży, którzy chcą korzystać z kompetencji ludzi świeckich w szeroko rozumianym zarządzaniu majątkiem – remonty, inwestycje, a wręcz oczekują współodpowiedzialności. Księża w seminarium studiują przede wszystkim teologię, a ich nadrzędnym celem jest prowadzenie ludzi do Boga. Czy znajomość prawideł rachunkowości, przepisów budowlanych lub cen materiałów remontowych w czymś im lub jego duszpasterstwu pomoże? Problem w tym, że w wielu parafiach albo nie ma kompetentnych chętnych, którzy by bezinteresownie angażowali się w administrowanie parafią (bo którą parafię w Polsce stać na opłacanie swego rodzaju managementu?), albo proboszczowie nie uważają za stosowne włączać świeckich w takie – dla niektóry „sekretne” – sprawy, jak pieniądze, bo obawiają się utraty kontroli.

Z drugiej strony rośnie grupa świeckich wiernych, którzy nie chcą dawać pieniędzy, gdy nie mają dowodów na ich gospodarne wykorzystywanie. Nie ufają decyzjom osób duchownych w kwestiach rozbudowy czy inwestycji, skoro osoby te nie maja odpowiedniego przygotowania merytorycznego. Dobroczynne organizacje, w postaci fundacji i stowarzyszeń, działając zgodnie z prawem, informują o swoich rozliczeniach, zatem każdy dociekliwy darczyńca sam może ocenić, czy jego donacje rozsądnie wykorzystano. Tego samego chcą ludzie, którzy nie mogą patrzeć na marnotrawienie pieniędzy w Kościele (bo i takie sytuacje się zdarzają). Z finansów parafii rozliczany jest tylko ksiądz proboszcz, ale tylko wobec swoich przełożonych i kurii. Świeccy nie mają tu nic do powiedzenia i nawet jeśli są innego zdania niż proboszcz, to ten nie musi ich opinii uwzględniać. Rady parafialne są bowiem wyłącznie ciałem doradczym. Mimo to statuty poznańskiej archidiecezji (Statut Parafialnej Rady Ekonomicznej od strony 82) przewidują, że przy zmianie proboszcza, gdy następuje przekazanie parafii, powinien być obecny jeden przedstawiciel rady ekonomicznej (obok proboszcza ustępującego i następującego, dziekana i przedstawiciela kurii). Tylko kto te zapisy egzekwuje?

Oczywiście wobec braku jakiejkolwiek przejrzystości finansowej i tak długo, jak Kościół pozostanie w szarej strefie, tak długo sprawne i sensowne działanie rad ekonomicznych pozostanie pobożnym życzeniem. Jak bowiem zarządzać, gdy nie ma się pełnej wiedzy, ale i odpowiedzialności? Zauważalna jest tendencja do podnoszenia świadomości świeckich względem finansów – publiczne informowanie o planowanych inwestycjach i ich kosztach, sposobach na pozyskanie dotacji itp., środków finansowych. Rzadko kiedy jednak słychać o pełnym rozliczaniu wszystkiego. Czy ktoś widział kiedykolwiek rozliczenie jakiejś kurii z tego, co pobiera w ciągu roku od wszystkich parafii i wiernych? Dlaczego utrzymanie jednostek centralnych kosztuje tyle? (Tyle oznacza grube dziesiątki tysięcy rocznie złotych wpływające z dużych wielkomiejskich parafii w archidiecezji poznańskiej na konto kurii - na różne centralne cele, a jest ich kilkanaście). Wielu świeckich, gdyby tylko im uchylić rąbka kurialnych tajemnic, szybko znalazłoby możliwości optymalizacji kosztów. Bo dlaczego pracownicy kurii w koloratkach, którzy mają zapewniony wikt i opierunek, mają zarabiać średnią krajową lub przybliżone kwoty? Ks. kard. Nycz w rozmowie z radiem RMF w minionym tygodniu ujawnił wysokość swojej pensji – 2.700 zł i abpa Hosera – 3.500 zł. I zapewne to jedne z wyższych uposażeń w kurii z uwagi na wysokość na drabince hierarchii, ale przecież rozmawiamy o osobach, które nie muszą opłacać czynszu za mieszkanie, nie mają na utrzymaniu rodzin czy dzieci do wykształcenia.

Ktoś znający choćby podstawy rachunkowości i księgowości, po wysłuchaniu namiastek raportów finansowych w parafiach (rozliczenie remontu czy inwestycji) szybko dojdzie do wniosku, że Kościół ma swoją ekonomię, która z tym, czego ludzie uczą się na studiach zarządzania i rachunkowości, nie ma wiele wspólnego. I niestety z Ewangelią jeszcze mniej (ta bowiem nie jest podręcznikiem gromadzenia dóbr). Doświadczenie i obserwacje z naszej archidiecezji uczą zaś, że nadrzędnym celem parafii jest wykonywanie (najlepiej bezrefleksyjne) wszelkich dyrektyw kurialnych i biskupich, w tym zwłaszcza tych finansowych. Bez względu na wszystko. A że opór wobec wszelkich danin w Polsce rośnie, tym bardziej rośnie niechęć świeckich wobec płatności na struktury kościelne.

A gdyby tak inaczej?

Kościół katolicki na Zachodzie inaczej radzi sobie z finansami. Bo nie robi z nich tabu. Na przykład w Szwajcarii ksiądz jest zatrudniony na etacie (zwykła umowa o pracę, z pełnymi świadczeniami i przepisami prawa) do posługi duszpasterskiej. Widełki wynagrodzeń w całym kraju są znane. Duszpasterz ma zapewnione wynagrodzenie i zazwyczaj mieszkanie przy kościele lub w parafii, a o całą sferę materialną troszczą się świeccy wybrani w wyborach przez parafian. Tamtejsza rada działa niczym zarząd w firmach – podejmuje decyzje finansowe, robi zakupy, tnie koszty, asygnuje środki na takie lub inne cele, dba o to, by pomieszczenia kościelne nie stały puste i nie niszczały, szuka najemców, lokuje środki, jeśli takowe ma. Musi tak gospodarzyć, by wystarczało na pensję dla księdza, bieżące utrzymanie i przyszłe renowacje. Jakieś środki odprowadza do kurii, ale też jakieś środki wracają z góry – w ramach redystrybucji środków (np. dla najbiedniejszych parafii). Finanse są bowiem prowadzone profesjonalnie, zgodnie z prawami rachunkowości. Kuria nie jest tylko biorcą, ale i partnerem w finansach. W przypadku większych przedsięwzięć służy wsparciem (prawnicy, ekonomiści).

Podobnie jest w Niemczech – tam parafie mają obowiązek przedkładania budżetu na dany rok w kurii. Muszą wykazać, ile są w stanie pozyskać samodzielnie, jakie inwestycje lub działalność planują i ile są w stanie zaoszczędzić. Niemiecki Kościół wymaga na przykład od parafii przechodzenia na energooszczędne rozwiązania w świątyniach, wiedząc o rentowności. Ponieważ takie inwestycje wiążą się z jednorazowymi wysokimi nakładami, to po przedstawieniu planu finansowego kuria go opiniuje i decyduje, ile może do niego dołożyć – ze wspólnych, kościelnych środków. Po to, by utrzymanie parafii było tańsze.

W ten sposób odciąża się księży, którzy mają być specjalistami od duszpasterstwa i zajmować się wyłącznie kwestiami życia duchowego, od rzeczy, których nie są uczeni – budownictwa, inwestycji, remontów, spraw prawnych. Wierni dbają o sferę materialną, ksiądz – duchową. I mogą żyć w syntezie, nie wchodząc sobie w paradę.

Znajomi księża studzą moje myślenie, mówiąc, że w polskich realiach to wręcz fantazjowanie. Twierdzą, że ok. 50 lat będzie trzeba, by w Polsce wypracować podobny model. Ja odpowiadam, że pewnie nastąpi to wtedy, gdy w kościołach będą takie pustki, że trzeba je będzie sprzedawać pod magazyny lub galerie sztuki (oby tylko tak). Ale może to za 50 lat. Takiego scenariusza nam nie życzę, można mu zapobiec. Tylko chyba niewielu widzi tego potrzebę.

Romana Zygmunt
fot. Jerzy Bruski

1-10 of 17