Aktualności‎ > ‎

Stworzyć warunki do rozmowy - archiwalny materiał o o. Meissnerze

opublikowane: 22 cze 2017, 03:57 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 22 cze 2017, 04:25 ]
Gdy w 2008 r. o. Karol Meissner OSB miał wygłosić rekolekcje wielkopostne w naszej (eks)parafii, w ramach przygotowań do nich sam z siebie zaproponował cykl spotkań - z młodymi ludźmi. My (dorośli) byliśmy zachwyceni, młodzież chyba mniej sądząc po tym, ile osób przychodziło na spotkania. Ale dla mnie - która była tam z dziennikarskiej ciekawości - były to jedne z najważniejszych spotkań w moim życiu.
(RZ)

Człowiek rozwija się przez rozmowę. Toteż dzięki rozmowie rozwija się nasza wiara. Rozmawiajmy więc! – zachęca benedyktyn z klasztoru w Lubiniu, ojciec Karol Meissner na organizowanych w naszej parafii co miesiąc seminariach dla młodzieży.

Seminarium z ks. Meissnerem

Spotkania z gimnazjalistami – pierwsze uczestniczki spotkania wybrały do rozważań temat wiary. Spotkanie polega na wspólnym czytaniu publikacji o. Meissnera „Czy ty wierzysz? Wykłady o rozwoju wiary i ludzkiej dorosłości”. Każdy uczestnik czyta fragment, który następnie omawia własnymi słowami. Terminy trudne lub niezrozumiałe są wspólnie objaśniane, często drogą dedukcji.

Mówi każdy, nie ma złych odpowiedzi, a w miarę trwania seminarium, uczestnicy mówią coraz śmielej. Spotkanie trwa 45 minut „Bo lepszy niedosyt, niż przesyt” – tą dewizą kieruje się o. Karol. Na koniec zachęca, by każdy sprawdził któryś z omawianych terminów w encyklopedii i na następnym seminarium podzielił się nowo nabytą wiedzą książkową z pozostałymi.

Spotkania z młodzieżą licealną i akademicką wyglądają podobnie. Młodzież wybrała temat rodziny, stąd rozważania są oparte na publikacji ks. Meissnera „Płciowość człowieka w kontekście wychowania”.

Nieco spóźniony do korytarza wkracza energicznie żwawy starszy pan, serdecznie witając się z czekającymi – jedna gimnazjalistka, trzech gimnazjalistów i ja – bierny słuchacz seminarium przewidzianego dla uczniów gimnazjum.
Po wzajemnym przedstawieniu przystępujemy do dzieła. Ksiądz wykłada publikacje swojego autorstwa, nad którymi będziemy się pochylać zgodnie z wolą uczestników z poprzedniego miesiąca. Główne zagadnienie – wiara.

Bezpośrednio, z szacunkiem

Choć o. Karol zwraca się do 12- czy 14-latków przez „pan” i „pani”, jest bezpośredni. Wprowadza ciepłą atmosferę zażyłości, acz szacunku dla drugiej osoby – czy tu obecnej, czy omawianej. Pierwsza osoba zaczyna czytać „Czy Ty wierzysz”. Ksiądz przerywa, gdy uzna, że to wystarczający fragment do omówienia. Trudno znaleźć własne słowa do opowiedzenia filozoficznie wyrażonych prawd kościelnego autorytetu, ale sam autorytet przychodzi z pomocą – stawia pytania, przybliża wydawałoby się teologiczne abstrakty, podając przykład z życia. Wyłuskuje z tekstu terminy, które mogą przysporzyć trudność nastolatkom: „depozyt wiary”, „akt wiary”, „teologia dogmatyczna”.

Ale młodzież nie siedzi bezczynnie, bo spotkania z o. Karolem to nie wykład. Odpowiada każdy, każdy jest zmuszany do myślenia. – Muszę zrozumieć sytuację drugiego człowieka. Dlaczego Franek, który jest fajnym kolegą, dobrze się uczy, mówi, że wierzy w Boga, nie chodzi do kościoła. Dlaczego ja chodzę, a on nie? – zachęca prowadzący, podkreślając, że my często nie mamy odwagi, by zadać sobie takie pytania i w związku z tym pomyśleć. Bez względu na to, czy któryś kolega chodzi do kościoła czy nie, należy mu się szacunek.

Chłopcy śmiało wyjaśniają, że część z ich rówieśników chodzi na msze, bo każą im rodzice. Inni nie chodzą, bo z kolei ich rodzice nie praktykują. – A dorośli zabraniają chodzić Frankowi do kościoła? Jeśli nie, to może on z własnej woli pójdzie? Jak możesz mu pomóc, by zaczął chodzić do kościoła? By odkrył dar wiary? Niech Franek chodzi do kościoła i jako wierzący niech nie ocenia. Zostaw rodziców w spokoju. Czcić ojca swego i matkę swego nie oznacza ślepo go naśladować. Masz wierzyć i iść słuszną drogą – padają kolejne konkluzje, które jeszcze nieco onieśmielona młodzież przerywa coraz to obszerniejszymi odpowiedziami.

Na równi

Z całej postaci benedyktyna emanuje radość i spokój. – Jakże ja się cieszę, że przyszliście. Jestem wam ogromnie wdzięczny – podkreśla. Uczy się imion i z wielką wdzięcznością mówi do osoby, która przyszła po raz drugi.

Gdy pytam uczestników, co przywiodło ich wbrew małemu zainteresowaniu młodzieży tą propozycją, odpowiadają niepewnie:
– Trochę ciekawość, chęć poszerzenia wiary.
– Mnie namówiła koleżanka, więc spróbuję.

Niewielu dało się namówić, ale to absolutnie nie przeszkadza prowadzącemu. Kiedy tylko może, powtarza, iż należy się cieszyć, że ktoś w ogóle chce przychodzić. – Trzeba się pogodzić z tym, że żyją wśród nas ci bardziej i mniej świadomi. I robić coś dla tych, co naprawdę chcą – kwituje z uśmiechem.

Choć ksiądz później przyznaje skonfundowany, że żenuje go jego wiek – „mam przecież 80 lat!” – rozmawia z młodymi jak z rówieśnikami, gdyż jego zdaniem jako wierzący wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

Bliski kontakt z osobą, z którą prowadzi zajęcia, benedyktyn wyniósł z tajnych kompletów, w których uczestniczył w czasie okupacji w Warszawie. I to tę atmosferę próbuje zaszczepić na swoich seminariach.

– Nie traktuję ich jako uczniów – mówi o przychodzących na spotkania. – Raczej tak jak nas traktowano na kompletach, czyli jak towarzyszy niedoli. Szanuję też ich świat, na pewno to wyczuli.

Z domu rodzinnego wyniósł szacunek, z jakim mówiono lub zwracano się do osób mniej wykształconych czy ubogich. Przypomina sobie, jak jego babka często to powtarzała. Wspomina ojca, który jako lekarz tak pomagał wszystkim potrzebującym, że zwolnił się z pracy w ramach ówczesnych kas chorych, gdyż notorycznie przekraczał wyznaczone limity.

Pełnym zdaniem

– Oni są strasznie mądrzy. Bystrzachy. Na komputerach znają się znacznie lepiej, na piłce nożnej też. Uczą się zupełnie innych rzeczy w szkole niż ja. Tylko nie potrafią o tym mówić.

Ojciec Karol nie zakłada, że młodzież nie potrafi mówić tylko o wierze czy seksie (chyba najczęściej w kontekście jego pracy wymienianych zagadnień), ale o wszystkim. Spostrzeżenie to poparł wykład o wpływie telewizji na dzieci i młodzież, którego słuchaczem był kiedyś o. Meissner. Otóż poruszyła go teza pewnego profesora o tym, że telewizja zamyka dziecko w milczeniu i samotności. Dziecko słucha telewizora, ale nic nie mówi. Obcuje z przedmiotem, a nie z osobą, a to właśnie kontaktu osobowego potrzebuje każdy z nas. Bo człowiek rozwija się poprzez mowę. Przez rozmowę.

– Jeszcze 20 lat temu jako katecheta czy duszpasterz mogłem prowadzić katechezę czy kazanie na mszy metodą hermeneutyki, czyli poprzez ciąg pytań i odpowiedzi. Dzieci odpowiadały całymi zdaniami, każde kolejne pytanie prowadziło nas bliżej sedna. Ale kilka lat później i dziś wszystko sprowadziło się do monosylab – opowiada i podaje przykład rozmowy z dzieckiem: „Gdzie urodził się Jezus?”, „W Betlejem”. Proszę dziecko, by powiedziało całym zdaniem. „W Betlejem” – powtarza bezwiednie. To ja cierpliwie proszę ponownie.
I znów: ”No mówię, w Betlejem”. A nawet jak już powtórzy to zdanie „Jezus urodził się w Betlejem”, robi to tak, jakby nie rozumiało przekazu, jakby brakowało w mózgu syntezy. Uznałem więc, że dziecko trzeba nauczyć mówić i stworzyć mu ku temu warunki. Dzieci i młodzież mają przecież wiele do powiedzenia – w ich świecie wiele się dzieje, dużo przeżywają.

Tak zrodził się pomysł, by dotrzeć do młodych i uczyć ich rozmowy – o wierze, Kościele, życiu rodzinnym czy relacjach damsko-męskich, ale i choćby o polityce. Dotychczas podobne zajęcia ks. Meissner prowadził z trzema grupami – zawsze równie kameralnymi. Nie chodzi bowiem o ilość. Ważne, by przyszło kilku, by chcieli, by robili to systematycznie.

– Na razie jeszcze za mało prowadziłem tego typu zajęć, by mówić o wynikach takiego katechetycznego eksperymentu, ale widzę, że po trzecim spotkaniu młodzież mówi znacznie więcej. Na razie to jeszcze ja dominuję, ale zobaczy pani, oni będą mówić. Jeśli tylko przyjdą ponownie. Byle wytrwali przez ten cykl.

Zauważa: – Nie mam wątpliwości, że gdy tak się spotykamy i rozmawiamy, jest wśród nas Duch Święty i nas łączy – bez względu na wiek. Pytanie tylko, czy potrafimy odczytać Jego obecność. Przywołując zdanie św. Augustyna: „Obawiam się Pana Jezusa przechodzącego mimo”.

W minioną środę się nie minęliśmy.

Kończąc naszą rozmowę, stwierdza: – Wiem jedno: z tymi, którzy tu przychodzą, nikt tak dotąd nie rozmawiał.

Romana Zygmunt