Aktualności‎ > ‎

Ewangelizacyjna kreatywność

opublikowane: 21 paź 2016, 00:22 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 22 paź 2016, 10:05 ]
Wyjście w nieznane, bez bagażu, ekwipunku, zapewnionego schronienia – jedynie z Dobrą Nowiną. To jedno z zadań, które mieli wykonać nasi parafianie Ewa i Witold Czerwińscy uczestniczący w kursie ewangelizacyjnym Paweł.



Latem uczestniczyliście z mężem w kursie ewangelizacyjnym w diecezji koszalińskiej. Co to był za kurs?

Może zacznę od pragnienia. Dwa lata zdobywaliśmy z Witkiem doświadczenie w ewangelizowaniu młodych ludzi – na Lednicy w czasie posługi modlitwą wstawienniczą i w naszej parafii – w czasie spotkań z rodzicami, którzy prosili o chrzest dla swoich dzieci. Dawaliśmy świadectwo o tym, jak Jezus przemienił nasze życie, usiłowaliśmy głosić kerygmat (pierwsze głoszenie Dobrej Nowiny) i modliliśmy się z młodymi. Ale wydawało mi się, że czegoś jeszcze brakuje naszemu głoszeniu – mimo entuzjazmu i zaangażowania – że brakuje mocy i skuteczności. Zapragnęłam coś z tym zrobić. Należymy do Odnowy w Duchu Świętym i raczej nasza formacja nie przewiduje kształcenia ewangelizatorów. Z kolei Szkoła Nowej Ewangelizacji oferuje taki kurs jako ostatni etap szkolenia, czyli kilka kursów należałoby wcześniej zaliczyć, a na to brak nam czasu. Temat zostawiłam Jezusowi, bo ja tego nie byłam w stanie przeskoczyć.

Zatem jak trafiliście na kurs Paweł?

Wszystko „odgórnie” zostało przygotowane – koleżanka powiedziała mi o kursie formującym ewangelizatorów PAWEŁ, organizowanym w diecezji koszalińskiej, a tam biskup Dajczak wydał pozwolenie formacji dla ludzi z innych ruchów, pod warunkiem że spełnią pewne wymagania. Posprawdzałam, co trzeba, lekko się zdziwiłam, że Witek pół roku wcześniej planował urlop od 1-20 sierpnia, a kurs zaczynał się dokładnie 1 sierpnia – i zgłosiłam nas. Jesteśmy animatorami w naszej wspólnocie, ostro posługujemy, nie przepuściliśmy żadnych rekolekcji, więc nas przyjęto. Wciąż nie byłam pewna, czy powinniśmy tam jechać. Jednak argument, że to jest koło Sarbinowa, nad morzem, przeważył – nie wyobrażałam sobie, że nie zdołamy wyrwać z dwóch godzinek dziennie na spacerki nad Bałtykiem (ha, ha). Jakże się myliłam! W ciągu 11 dni byliśmy tam wszystkiego jedną godzinę!

Co zatem wypełniało Wam czas?

Czasu wciąż brakowało. I sił czasami też. I nieustannej wymaganej od nas kreatywności. Ale czuwał nad nami Jezus, wystawiony w Najświętszym Sakramencie przez 24 godziny na dobę i jak było ciężko, schodziło się na dół, by zrzucić na Niego trochę ciężarów, wyżalić się i wzmocnić. Najtrudniejsze były zadania, które przed nami stawiano – właściwie po ludzku nie do przejścia. Mieliśmy stać się ewangelizatorami, a nie tylko nauczyć się metody głoszenia. Przygotowywano nas do prowadzenia dużych imprez ewangelizacyjnych, festynów, koncertów, tworzyliśmy i wystawialiśmy scenki dla młodych, sztuki dla dzieci, tworzyliśmy bilbordy, instalacje, plakaty, pomniki. A w przerwach wymyślano sytuacje, np. ewangelizacja pielęgniarki, bezdomnego, lekarza. Ewangelizacja modlitwą, tańcem, słowem. Uff – że ja to przeżyłam! Szóstego dnia już się pakowałam, myślałam sobie, po co mi to, nie dam się zwariować! Jednak zostałam. Było ciężko, bo brakowało ognia, odwagi i mocy Ducha Świętego, więc przydała się modlitwa o nowe wylanie Jego darów. Potem wywieziono nas na dwa dni ze Słowem Bożym w ręce, bez trzosa i zbędnych rzeczy do ewangelizacji. Nie mogłam w to uwierzyć, że to robią. Ale rozmawiam z tobą, więc ten szturm na moje życie przeżyłam. Powiem więcej – działy się tak piękne rzeczy, nie da się ich zapomnieć. Jestem innym człowiekiem!

Jak to wywieziono Was? Jakie dostaliście dokładnie zadanie?

Zawieziono nas autobusem do Świdwina. Otrzymaliśmy identyfikatory z pieczątką tutejszego proboszcza, podzielono nas na zespoły dwuosobowe, przydzielono rewiry i ruszyliśmy na dwudniową ewangelizację od drzwi do drzwi i uliczną. Nikt nie spał na ulicy i nikt nie głodował.

Co dał Wam kurs?

Nie tylko wiem, jak się głosi Dobrą Nowinę, ale jestem i czuję się ewangelizatorem. Kocham człowieka. Pragnę, by przyjął od Jezusa najcenniejszy Dar – Dar Nowego Życia, by był zdrowy, szczęśliwy, radosny, by był zbawiony. Wciąż słyszę Jego Słowa skierowane do mnie: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!”, „Kto uwierzy i przyjmie chrzest będzie zbawiony”, „Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie”.

Pan chce, abyśmy mówili światu, że On kocha człowieka, ciebie i mnie dzisiaj, teraz. Abyśmy doświadczyli Jego miłości, a na potwierdzenie, że On żyje i jest blisko – nasze głoszenie potwierdza znakami. Ja jestem świadkiem tego, jak Jezus uzdrawia, uwalnia, przemienia człowieka właśnie dziś

Czy wiecie już o jakichś nawróceniach, uzdrowieniach za Wasza przyczyną? Nie tylko po tym kursie – podczas całej Waszej działalności?

Tak, jest kilka uzdrowień, np. z raka. O nawróceniach trudno mówić, bo jest to proces – jeden sieje, inny podlewa, a Ktoś inny daje wzrost.

Co dalej? Czy i gdzie będziecie wykorzystywać zdobyte kompetencje?

Pragniemy z Witkiem kontynuować spotkania z rodzicami proszącymi o chrzest dla swoich dzieci – grupowo, po spotkaniu z księdzem w parafii, głosić Dobrą Nowinę i prosić o wylanie Ducha Świętego dla nich. Teraz to wiem, że efekty były słabe, bo opieraliśmy się na swoich siłach, a nie na mocy Boga. Nie tracę nadziei, że to nastąpi. Mamy ekipę 8-10 ludzi z Poznania, którzy z nami skończyli kurs. Wybieramy się wspólnie na ewangelizację pod egidą Fundacji Pro publico w połowie listopada. Ta współpraca, jak sądzę, będzie się rozwijać. Posługujemy też na Lednicy i przed modlitwą wstawienniczą będziemy młodych ewangelizować. A poza tym o wszystko zatroszczy się Pan, On ma plany dla nas. Pośle nas w odpowiednie miejsca do konkretnych ludzi w wyznaczonym czasie.

Rozmawiała Romana Zygmunt