Wiara‎ > ‎

Związki niesakramentalne - spojrzenie zdradzonego Jezusa

opublikowane: 24 gru 2016, 01:33 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 24 gru 2016, 01:40 ]
Związki niesakramentalne. Próba podsumowania - część X

Nie unikniemy pytania o winę. Musimy się z tym skonfrontować.

Moim zamiarem nie jest jednak uprawienia psychologii. Nie chcę także racjonalizować ludzkiego zła. Nie chodzi mi także o to, aby znaleźć ulgę tylko dlatego, że opowiemy o naszej traumie, grzechu czy winie i to z siebie wyrzucimy. I rzecz nie polega na usprawiedliwieniu, czyli na szukania czynników zmniejszających lub znoszących odpowiedzialność poszczególnego człowieka.

Ale żeby było jasne, nie chodzi także o jakiś (neo)pogański mit samoodkupienia. Nie. Wszystkie te drogi nie są drogami Ewangelii. To nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Można zaproponować tylko jeden szlak. Zaprosić do tego, abyśmy wzrok utkwili w Ukrzyżowanym. Patrzeć do końca na Kogoś, kto przywrócił nam zdolność bożego patrzenia. Jego śmierć, w której zostaje objawiona miłość niewykluczająca nikogo i nikim niemanipulująca, przywraca umiejętność patrzenia po bożemu na człowieka i jego historię.

To pozostanie na zawsze metrum miłości. Czasami miłości nieosiągalnej. [1]

Jeśli mówić o ludzkim grzechu i ludzkiej winie to należałoby zapytać o scenę zaparcia się Piotra – to taka modelowa scena, w której zostaje pokazany człowiek sprzeniewierzający się swojej deklaracji miłości, przyjaźni i który uświadamia sobie własny grzech, własną słabość i w tym samym momencie szczęśliwie napotyka wzrok Boga, Jezusa Chrystusa:
55 Gdy rozniecili ogień na środku dziedzińca i zasiedli wkoło, Piotr usiadł także między nimi. 56 A jakaś służąca, zobaczywszy go siedzącego przy ogniu, przyjrzała mu się uważnie i rzekła: «I ten był razem z Nim». 57 Lecz on zaprzeczył temu, mówiąc: «Nie znam Go, kobieto». 58 Po chwili zobaczył go ktoś inny i rzekł: «I ty jesteś jednym z nich». Piotr odrzekł: «Człowieku, nie jestem». 59 Po upływie prawie godziny jeszcze ktoś inny począł zawzięcie twierdzić: «Na pewno i ten był razem z Nim; jest przecież Galilejczykiem». 60 Piotr zaś rzekł: «Człowieku, nie wiem, co mówisz». I w tej chwili, gdy on jeszcze mówił, kogut zapiał. 61 A Pan obrócił się i spojrzał na Piotra. Wspomniał Piotr na słowo Pana, jak mu powiedział: «Dziś, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». 62 Wyszedł na zewnątrz I gorzko zapłakał”. (Łk 22, 55 – 62)

W tym spojrzeniu Jezusa musiało być coś, co z jednej strony uświadomiło Piotrowi powagę sytuacji (płacz Piotra), a z drugiej strony nie pozbawiło go nadziei. Czy tego spojrzenia zabrakło Judaszowi?

W spojrzeniu Jezusa, zdradzonego i opuszczonego, musiała być obecna miłość, która dała znać o sobie na krzyżu. Jezus nie przyszedł upokorzyć człowieka. Jezus nie przyszedł zniszczyć człowieka.

Jak zatem zmierzyć się z mroczną, niewygodną historią swojego życia?

Przede wszystkim mając na sobie to dziwne, tajemnicze spojrzenie Jezusa. Tylko wtedy, kiedy jesteśmy przekonani, że patrzy na nas Jezus zdradzony i opuszczony możemy mierzyć się ze złem naszego życia. Zacznijmy zatem od wyznania grzechów.

Stajemy przed Panem z całą prawdą historii naszego życia. Z tym wszystkim, czego się wstydzimy, z poczuciem winy i odpowiedzialności za to, co zniszczyliśmy i czego nie zdołaliśmy ocalić. Bo strach, bo egoizm, bo szukanie siebie.

Przychodzimy również z poczuciem własnej bezsilności, gdyż rozpad małżeństwa sakramentalnego oznaczał cierpienie dzieci. I nie potrafiliśmy (a może nie chcieliśmy) temu zaradzić. I nie potrafimy naprawić tamtej krzywdy. Mimo naszych usilnych wysiłków. Nie jesteśmy zdolni do tego.

Wyznajemy to przed Tobą, Panie. I powierzamy się Twojemu Miłosierdziu.

Na nic więcej nas nie stać.

Ale stoimy przed Tobą również jak ci, którzy czują się skrzywdzeni, upokorzeni, wyzyskani. Wydaje się nam, że uczyniliśmy wszystko, aby ocalić nasze małżeństwa. Zostaliśmy zdradzeni i oszukani. Byliśmy okłamywani. I nie potrafimy się z tym do dzisiaj pogodzić.

Na nic więcej w tym wyznaniu nas nie stać.

Nie ulega wątpliwości, że najprostsza (i zapewne jedyna) droga do uzyskania wolności serca to codzienna modlitwa za tych, których uważamy za naszych wrogów i krzywdzicieli. Codzienne Ojcze nasz.

Powierzamy Twojemu Miłosierdziu tych, którzy nas zawiedli. Nie opuszczaj ich i błogosław im. Bez względu na to, co odczuwa nasze serce. Prosimy.

Ale i na ten gest modlitwy nie zawsze nas stać.

Tak trudno, tak ciężko było zaufać ponownie. Było trudno, gdyż znamy siebie i znamy innych. Zawiedliśmy i zostaliśmy oszukani. A mimo to powiodło się. Jeśli to prawda, że jesteś źródłem każdej ludzkiej miłości, która nie szuka siebie i w siebie nie jest wpatrzona to musimy rozpoznać ślady Twojej błogosławionej obecności w naszym teraźniejszym związku. Nie chcemy przez to powiedzieć, że znaczy on tyle, co małżeństwo sakramentalne. Chcemy tylko powiedzieć, że widzimy ślady Twojej obecności, błogosławione ślady Twojej obecności, na drodze, którą przemierzamy razem. I jesteśmy Ci za to wdzięczni. Tak wiele osób odwróciło się od nas. Wydawało się, że odwróciła się od nas również wspólnota Twoich uczniów – Kościół. [2] Ale Ty pozostałeś wierny. Dziękujemy Ci ePanie.

ks. Adam Błyszcz

[1] Jeden z najwybitniejszych polskich filozofów, Roman Ingarden w swoim eseju noszącym tytuł Książeczka o człowieku, istotę człowieczeństwa określił w sposób następujący: „jest jednak czymś specyficznie ludzkim działać wyłącznie dla cudzego dobra czy szczęścia i w wypadkach wyjątkowych oddać swe życie dla ratowania cudzego, czasem nawet kogoś zupełnie obcego…”.
[2] Trzeba przyznać, że tę moc miłości rozpoznaje i Kościół. W dokumencie, który został przygotowany na Nadzwyczajny Synod Biskupów w 2014 w punkcie w punkcie 80 czytamy, że "kryją się nich [w związkach niesakramentalnych] pokłady wielkiego cierpienia i świadectwa szczerej miłości".