Wiara‎ > ‎

Związki niesakramentalne - adresaci Bożego Słowa

opublikowane: 17 gru 2016, 14:31 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 17 gru 2016, 14:44 ]
Związki niesakramentalne. Próba podsumowania - część IX

Benedykt XVI wspomina o tym, że niesakramentalni mają prawo do szczerej rozmowy z kapłanem lub ojcem duchownym. Czy chodzi o coś, co miałoby zastąpić spowiedź i być jakimś surogatem sakramentu pojednania? Takie wrażenie może powstać po pierwszej, powierzchownej lekturze. Przywołanie jednak kogoś kto jest kierownikiem duchowym (niestety, polskie tłumaczenie w tym miejscu nie do końca oddaje zamysł papieża, gdyż nie chodzi o kogoś, kto jest duchownym – a więc przynależącym do duchowieństwa – a o kogoś, kto jest przewodnikiem duchowym [1]) odsyła nas do bogatej tradycji ojców duchowych w chrześcijaństwie. Wcale nie chodzi o spotkanie z kimś, kto ma, mocą swojej mądrości i doświadczenia, rozwiązać cudze problemy lub trudności. W praktyce poradnictwa duchowego chodzi raczej o coś innego. O pomoc w odszyfrowaniu śladów Boga, o zrozumienie Jego natchnień w życiu poszczególnych osób. Benedykt XVI w gruncie rzeczy mówi fenomenalną rzecz: osoby żyjące w związkach niesakramentalnych nie przestały być adresatem Bożego Słowa. Bóg do nich mówi. I oni mają prawo oczekiwać od wspólnoty pomocy w odcyfrowaniu tego orędzia. To takie piękne wyznanie papieża, że Bóg nie odwraca się od człowieka i nie zostawia go samego. Nawet wtedy kiedy on sam wydaje się nie mieć o sobie najlepszego zdania ani wtedy kiedy wspólnota wydaje się go marginalizować.

Obydwaj papieże wspominają o konieczności słuchania Słowa Bożego.

Spośród wszystkich sposobów obcowania ze Słowem Pana chciałbym polecić lectio divina – boże czytanie. To specyficzna technika (właśnie tak – technika) słuchania słowa Bożego. Lectio divina została skodyfikowana pod koniec XII wieku. Dokonał tego pewien mnich kartuski Guigo II. Nie ulega jednak wątpliwości, że korzenie tej metody sięgają początków chrześcijaństwa (niektórzy wskazują wręcz, że trzeba jej początków szukać w żydowskich, synagogalnych zwyczajach lektury Słowa Bożego sprzed narodzin Jezusa Chrystusa) [2].

Lectio składa się z czterech etapów. Wszystkie one wymagają czasu i wysiłku, co wydaje się być pierwszym mankamentem tej metody. Moje osobiste doświadczenie podpowiada, że dla owocności takiej modlitwy potrzeba dysponować około 40 – 50 minutami niepodzielnego czasu. Wszystko rozpoczyna się od próby zrozumienia pierwotnego sensu tekstu natchnionego. Ten etap nazywa się lectio. Wielki popularyzator lectio divina w naszych czasach, nieżyjący już kardynał Carlo Maria Martini, powtarzał, że chodzi o to, aby zrozumieć, pojąć, co rozważany tekst mówił w czasach, w których powstawał. W tym miejscu natrafiamy na kolejny kłopot. Dla zdecydowanej większości chrześcijan najbliższy kontekst kulturowy, językowy, religijny pism Starego i Nowego Testamentu jest obcy. To po prostu inne czasy. Na tym etapie nie sposób obyć się albo bez przewodnika albo bez komentarza. Na całe szczęście w języku polskim ukazuje się coraz więcej znakomitych komentarzy biblijnych [3], które mogą zainteresowane osoby wprowadzić w świat Biblii. Lektura tekstu biblijnego nieodparcie musi prowadzić do pytania co to Słowo ma do powiedzenia dzisiaj. Czym Ono niepokoi, nawiedza, inspiruje współczesnego człowieka. Jeszcze inaczej: mnie! Ten drugi etap w klasycznej wersji nazywa się meditatio. To już nie jest moment, w którym szuka się pierwotnego rozumienia Słowa. To jest już moment, w którym szuka się znaczenia Słowa tu i teraz. To rozumienie aktualne nie może przekreślić sensu pierwotnego, ale nie może także pomijać egzystencjalnej sytuacji słuchacza Słowa.

I właśnie w takim napięciu rodzi się modlitwa. Ów trzeci etap, oratio, stanowi odpowiedź na prowokację Słowa. Czasami będzie to modlitwa uwielbienia, czasami modlitwa prośby, czasami modlitwa przebłagania. Słowo porusza w nas najbardziej intymne struny. I skłania nas do najbardziej zadziwiających wyznań.

Ci wszyscy, którzy idą drogą lectio divina, słuchania Słowa, zdają sobie, po pewnym czasie, sprawę, że w tym wszystkim nie zależą od siebie, że jest Ktoś, kto woła i nakazuje. Tak jak działo się to w historii Abrahama i Mojżesza. Słowo, które wywracało ich dotychczasowe życie do góry nogami. Ten czwarty etap nazywamy contemplatio. Ojciec Andrzej Geniusz CR, we wspomnianej publikacji, charakteryzuje to tak:
Kontemplacja jest tym rodzajem (etapem) lectio divina, w którym sami z siebie nie mamy już nic do zrobienia. Lectio, meditatio i oratio przygotowują nas do niej i bez nich by­łaby ona „rzadkim i graniczącym z cudem wyjątkiem” (Scala claustralium, XIV). Nie jest ona jednak „produktem” naszych wysiłków ani nie wymaga żadnej specjalnej techniki. Jest mo­mentem zażyłego spotkania z Panem, w którym On sam i tylko On działa, doświadczeniem Go sercem, które tylko On porusza, a także zanurzeniem w naszą własną historię oraz codzien­ność i radosnym odkryciem w nich aktywnej i twórczej obecności Bożego słowa. [4]

ks. Adam Błyszcz

[1] Oryginał włoski adhortacji niemieckiego papieża mówi o szczerej rozmowie z kapłanem lub mistrzem życia duchowego.
[2] W języku polskim ukazało się w ostatnich latach kilka cennych publikacji poświęconych lecio divina. W sposób szczególny chciałbym polecić pracę australijskiego trapisty Michaela Caseya Lectio divina. Sztuka świętego czytania. Wiele dla popularyzowania lectio uczynił nieżyjący już kardynał Carlo Maria Martini. Nie zapominam także o zwięzłej publikacji mojego współbrata ojca Andrzeja Gieniusza CR, która ukazała się w 2014 roku w Poznaniu.
[3] Należałoby wspomnieć przede wszystkim o Biblii Lubelskiej (tzw. KUL-owska) oraz o najnowszej edycji wydawnictwa paulistów.
[4] ks. Andrzej Gieniusz CR, Lectio divina, Poznań 2014.