Wiara‎ > ‎

W obliczu katastrofy

opublikowane: 12 lis 2016, 09:57 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 19 lis 2016, 04:36 ]
Kazanie wygłoszone podczas dorocznej mszy św. Wielkopolskiego Hospicjum Domowego, która została odprawiona 12 listopada 2016 r. w kościele pw. Św. Jana Kantego w Poznaniu.


Drodzy Bracia i Siostry,

wysłuchaliśmy w dzisiejszej Liturgii Słowa fragment ostatniej mowy Jezusa. Niejako Jego Testament duchowy.

Uderza nas wizja (proroctwo) zburzenia świątyni jerozolimskiej. Ona była chlubą Narodu Wybranego. Jej budowę rozpoczął Herod Wielki w 22 roku przed Chrystusem. Prace zakończono na początku lat 60. pierwszego stulecia. Herod już wtedy od dawna nie żył. Ponad 80 lat pracy, wielkich wysiłków i kosztów. Jak podają historycy, ostatnie prace ukończono na sześć lat przed zburzeniem sanktuarium przez Rzymian, którzy zdobyli Jerozolimę. Jakiż paradoks czy bezsens historii. O ogromie świątyni niech świadczy chociażby Dziedziniec Pogan – liczył ok 15 h powierzchni. To był plac, na który mogli wchodzić nie-Żydzi, poganie. Tylko tam. Reszta sanktuarium była dla nich zamknięta. Za przekroczenie granicy Dziedzińca Pogan nieobrzezanym groziła śmierć, o czym informowały rozmieszczone na placu tabliczki w trzech językach: w hebrajskim, greckim i po łacinie.

Kiedy Jezus wygłasza swoją ostatnią mowę, świątynia fascynuje, oszałamia swoim pięknem i ogromem. Wręcz zniewala. Nic nie zapowiada katastrofy, z którą Żydzi będą musieli się zmierzyć za kilkadziesiąt lat. To dla nich będzie oznaczało koniec świata; koniec pewnej wizji Boga i religijności. To wszystko się zawali i pójdzie w ruinę.

Gromadzimy się w tej poznańskiej świątyni, w kościele świętego Jana Kantego, aby jak każdego roku w listopadzie sprawować Eucharystię we wspólnocie Wielkopolskiego Hospicjum Domowego. Chcemy miłosiernemu Bogu polecać tych, którzy z naszego grona odeszli.

Spotykamy się w takiej specyficznej wspólnocie osób. Nasze życie lub naszych bliskich zostało naznaczone chorobą, która w powszechnym odbiorze oznacza wyrok śmierci. Słyszałem to, kiedy rozmawiałem z wieloma osobami, które dowiadywały się, że mają raka, albo że rak zaczyna je mieć. Nagle piękny i monumentalny gmach naszego życia, nasze projekty i marzenia, nasze więzi i relacje – to wszystko, co stanowi nasze życie, naszą historię, nagle obraca się w popiół. Przestaje istnieć. Umiera.

Nasze ruiny są cenniejsze niż te, o których mówi Jezus, patrząc na jerozolimskie sanktuarium. Ale my tak samo jesteśmy pobici jak ci, którzy oglądali zniszczenie sanktuarium. Nie jesteśmy troglodytami, ludźmi jaskiń i ruin. Jak zatem nie zgłupieć? Jak się bronić przed tą nawałnicą, która usuwa nam ziemię spod nóg?

Przede wszystkim – brzmi to bardzo źle, ale ma w sobie wielką moc wyzwolenia z lęku – przyjąć perspektywę choroby (być może trzeba powiedzieć jeszcze mocniej: przyjąć perspektywę śmierci). Pamiętam Roberta, dobrego, młodego i zdolnego człowieka. Pamiętam jedną z naszych ostatnich rozmów. Siedział w mojej bibliotece i patrząc na mnie, powiedział: „Mam raka. Nic innego mi nie dokucza. Mam raka.”. Przyjął perspektywę, która pozwoliła mu właściwie, słusznie czytać rzeczywistość.

Tę perspektywę przeżywamy w życiu codziennym. Umiłowanie szczegółu i konkretu. Nie dyspensować się od codzienności. Mimo że ona przynosi sugestię nieistotności.

Oraz pamięć. W czasie moich tegorocznych wakacyjnych podróży udało mi się w Asyżu natknąć na książkę amerykańskiego franciszkanina, o. Roberta Stewarta, która nosi dosyć prowokacyjny tytuł „Brat Rak”. To aluzja do św. Franciszka i jego pieśni słonecznej, w której pisze:

Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę naszą Śmierć cielesną,
przed którą nikt z żyjących ujść nie może:
biada umierającym w grzechu ciężkim;

błogosławieni, których zastaniesz, pełniących Twą najświętszą wolę,
śmierć druga nie uczyni im żadnej szkody
.

Ojciec Stewart opisuje swoje doświadczenia, kiedy dowiedział się, że toczy go nowotwór. Jak mu się wydawało, że Bóg odsunął się od niego i że czuł, że Bóg opowiedział się przeciw niemu. I wtedy, ratując swoją wiarę, zaczął sobie przypominać te wszystkie chwile, w których Bóg był mu bliski. Również my w chwilach, w których wydaje się, że zawziął się na nas Najwyższy i odmawia nam swojej łaski czy miłości, winniśmy sobie przypominać te wszystkie tropy i ślady Jego błogosławionej obecności w naszym życiu i historii.

Nadto również doświadczenie hospicjum, czyli doświadczenie kompetentnej wspólnoty. Akcent położyłbym na tę kompetencję. Tak jak rozumiem ideę hospicjum, chodzi o towarzyszenie. Temu, tym, którzy dotknięci są chorobą i cierpieniem. Uczynić się towarzyszem tego, który cierpi. Piękny obraz miłosiernego samarytanina niech prowadzi tych wszystkich, którzy tworzą społeczność Wielkopolskiego Hospicjum Domowego. Amen.

ks. Adam Błyszcz