Wiara‎ > ‎

Misja uczniów Jezusa Chrystusa

opublikowane: 5 lut 2017, 08:18 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 7 lut 2017, 13:17 ]
Punktem wyjścia niech będzie dzisiejsza Ewangelia, kolejny fragment "Kazania na górze":

Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.
(Mt 5:13–16)

Co decyduje o tożsamości uczniów Jezusa Chrystusa? Mają być są solą ziemi i światłem świata. Symbole, które dają do myślenia i, co ciekawe, sugerują, że w swojej tożsamości uczniowie zostają odniesieni do świata. A następnie w relacji do Boga, nazywanego Ojcem.

Czegoś brakuje? Tak. Uczniowie nie zostają odniesieni do wspólnoty, do tego rodzącego się Kościoła. Czy taką sytuację można uznać za modelową? Za pewien paradygmat postawy uczniów? Taki paradygmat, który wydaje się wiążący dla każdej generacji tych, który zdążają za Jezusem Chrystusem? Również dla naszego pokolenia chrześcijan?

Jednym z grzechów, który Franciszek zarzuca współczesnemu Kościołowi, jest jego autoreferencjalność. Po mojemu wydaje się, że Kościół bardzo często, za często wydaje się być wsobny. Skoncentrowany na swoich strukturach i instytucjach staje się strażnikiem własnego posiadania (sens tego słowa nie zamyka się tylko w przestrzeni materialnej).

Podczas mszy św. 2 lutego 2017 r., mszy św. z okazji Światowego Dnia Życia Konsekrowanego, zwracając się do zakonników i zakonnic, Franciszek ostrzegał ich przed pokusą przeżycia. Jak mówił papież:

Przyjęcie postawy przetrwania sprawia, że stajemy się reakcjonistami, zaś wystraszeni, zamykamy się powoli i milcząco w naszych domach i w naszych schematach. Ona odsyła nas ku przeszłości – ku chwalebnym dziełom, które, należąc do przeszłości, zamiast wzbudzać profetyczną twórczość zrodzoną ze snów naszych założycieli, szuka skrótów, by móc uciec przed wyzwaniami, które pukają do naszych drzwi. Psychologia przetrwania unicestwia siłę naszych charyzmatów, ponieważ sprawia, że je w jakiejś mierze próbujemy udomowić, czynimy je „na wyciągniecie ręki’, ale tym samym pozbawiamy ich tej siły twórczej, które w sobie u początku posiadają. Taka postawa sprawia, że bardziej bronimy przestrzeni, budynków i struktur niż umożliwiamy rozwój nowych procesów. Pokusa przetrwania, sprawia, że zapominamy o łasce, stajemy się zawodowcami sacrum, ale nie ojcami, matkami lub braćmi nadziei, którą jesteśmy wezwani prorokować. Ten klimat przetrwania petryfikuje serca naszych starszych, pozbawiając ich zdolności marzenia i w taki sposób sterylizuje proroctwo, które młodsi są wezwani głosić i realizować.

Tyle papież Franciszek; kto ma uszy, niechaj słucha, kto ich nie ma, niech głupim zostanie.

Powróćmy jednak do dzisiejszej Liturgii Słowa. Pierwsze i drugie czytanie tę misję uczniów Jezusa Chrystusa opisują na dwa sposoby. I trzeba przyznać, że tego pierwszego sposobu (opisanego przez Izajasza) Kościół – uczniowie Jezusa – trzymają się dosyć wiernie. Po pierwsze Izajasz:
(...) dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: "Oto jestem!". Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem.
(Iz 58, 7–10)

Prorok prezentuje jakiś program współczucia i wrażliwości dla ludzkiej biedy oraz bardzo konkretne działania. Ta bieda zostaje wskazana bardzo wyraźnie: to człowiek głodny, tułacz (tutaj być może mogliśmy zdobyć się na reinterpretację i zamiast o tułaczu mówić o uchodźcy), nagi.

Jest jeszcze ta dusza przygnębiona, którą trzeba karmić. Czym się karmi duszę przygnębioną? Jakim słowem? Być może podpowiada nam to drugie czytanie – fragment Pierwszego listu św. Pawła apostoła do Koryntian. Tę wspólnotę zakładał Paweł. Stanął w środowisku pogańskim, w którym zapewne była pewna sympatia dla judaizmu. Kiedy po kilku latach pisze do nich list / listy, będzie twierdził, że stając pośrodku nich, chciał znać jedynie Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego i słowo o Nim przekazać Koryntianom.

I tak, jak nie mamy wątpliwości, że charytatywne zaangażowanie uczniów Jezusa pozostaje ważne i aktualne, to rodzi się pytanie, czy słowo o Jezusie Chrystusie ukrzyżowanym jest ciągle tym, które duszy przygnębionej chcemy przynieść jako pocieszenie. Co mamy do powiedzenia światu? Gdyby spróbować zrobić statystykę przepowiadania w Polsce, w naszych kościołach: ile razy w wygłaszanych homiliach, kazaniach pojawia się słowo Jezus? Ile razy natomiast pojawiają się refleksy jakiegoś dyskursu politycznego czy społecznego? Albo ile razy pojawiają się refleksy jakiegoś projektu antropologicznego (jak chociażby te dotyczące nierozerwalności małżeństwa)? Być może w tych pytaniach tkwi jakaś nostalgia za młodością Kościoła, bo staruszka jakoś nas rozczarowuje. A może to nostalgia za takim Kościołem, który Jezusowi Chrystusowi ukrzyżowanemu przyznaje absolutny prymat, bo wie, że inaczej przestaje być Kościołem.

ks. Adam Błyszcz