Wiara‎ > ‎

Kto jest ubogi, a kto bogaty?

opublikowane: 17 lut 2019, 00:29 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 18 lut 2019, 01:05 ]

Homilia na VI niedzielę zwykłą

17 Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; 20 A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: «Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. 21 Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. 22 Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: 23 cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom. 24 Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. 25 Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. 26 Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom.
(Łk 6, 17.20–26)

Pamiętam z czasów dzieciństwa, że przygotowując się do Pierwszej Komunii św. i do bierzmowania, wyposażony byłem w tzw. Mały Katechizm, który zawierał najważniejsze modlitwy, których trzeba było się wyuczyć na pamięć. Wśród nich były także błogosławieństwa (osiem) w wersji Mateuszowej. W świadomości Kościoła mocniej, głębiej zapisane są te przekazane przez Mateusza.

W dzisiejszej liturgii Kościół proponuje nam lekturę błogosławieństw w wersji Łukasza. I on, i Mateusz zaczynają od ubogich, tyle że Mateusz dodaje w duchu, co nadaje tym błogosławieństwom wymiar eschatologiczny. Łukasz wydaje się kłaść nacisk na społeczno-ekonomiczne znaczenie ubóstwa. Takie ujęcie zostaje wzmocnione przez skonfrontowanie błogosławionych ubogich z przeklętymi bogaczami, którzy już odebrali swoją nagrodę.

Byłby to zatem fragment Ewangelii, który skłania nas do pewnej refleksji nad tym, co oznacza bogactwo, a co oznacza ubóstwo (lub jeszcze inaczej; co oznacza być bogatym, a co oznacza być ubogim). I być może nie trzeba aż tak bardzo przejmować się tym (niech wybaczą mi tę indolencję wszyscy uczeni egzegeci), jak poszczególne terminy były rozumiane w czasach Jezusa Chrystusa i na czym polegała siła Jezusowego skojarzenia ubóstwa ze szczęściem (tyle znaczy być błogosławionym), ile raczej spróbować poznać, jaka jest moc tego Słowa w naszym świecie, w którym prawie wszystkie instytucje tworzące nasz świat zachodni zostały rozbite: dogmat płci został poddany krytyce przez teorię gender; rodzina została rozczłonkowana; miasto (ponad 60% mieszkańców Ziemi żyje w miastach, a w roku 2050 ma to być już 80%) stało się azylem dla ludzi ze wsi, którzy weszli doń ze swoją mentalnością wiejską i żyją w paraliżującej anonimowości wydziedziczeni ze swoich tradycji, które nie ułatwiały im lektury świata, w którym się znaleźli. Przypomina to sytuację kogoś, kto nauczył się języka, którym dziś już nikt nie mówi; religia zaś została wypatroszona przez laicką wizję rzeczywistości. Jedyna instytucja, która w tym chaosie się ostała, to rynek, finanse. Prawdziwy moloch.

Według Międzynarodowego Funduszu Monetarnego światowe zadłużenie w 2017 roku wyniosło 233 biliony dolarów, co ponoć oznacza, że każdy mieszkaniec Ziemi jest zadłużony na jakieś 30 tysięcy dolarów. Rynek to idol, bożek, który pożera przyszłość swoich wiernych. Józef Stiglitz, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomi z 2001 roku, w swoich analizach dowodzi, że zdecydowana większość bogactwa USA skupiona jest w rękach 1% populacji tego kraju. Oto jawi się przed nami świat podporządkowany bóstwu Rynku – Pieniądza.

Czym skutkuje taki dyktat Rynku, Pieniądza? Jednym z rezultatów takiej dominacji kultu Rynku jest przekonanie, że wszystko ma swoją cenę. Chrześcijaństwo zwykło mówić, że wszystko na swój koszt, co nie jest tym samym. Wystawić cenę oznacza powiedzieć: wszystko można kupić. Dochodzi do tego, że w królestwie Rynku nie istnieją osoby, a służebności. Spustoszenie, które powoduje kult Rynku, jest przerażające. Do tego dodać trzeba klimat iluzoryczności, w jakim żyjemy, gdyż kupujemy nie dlatego, że potrzebujemy, ale po to, aby się pokazać.

Z nostalgią wyglądamy wybawienia od niepewnej przyszłości i przytłaczającej teraźniejszości. Spoglądamy ku Kościołowi, który sam o sobie mówi, że jest sakramentem zbawienia (Lumen Gentium, Konstytucja dogmatyczna o Kościele Soboru Watykańskiego II, punkt 48). Ale te nasze nadzieje związane z Kościołem mogą się okazać płonne, gdyż parafrazując nieco spostrzeżenie angielskiego historyka Arnolda Toynbee, trzeba przyznać, że Kościół na ołtarzu postawił Franciszka, świętego z Asyżu, który poślubił ubóstwo, ale ten sam Kościół bardziej związał się z jego ojcem, bogatym kupcem z Asyżu.

Papież Franciszek od początku swojego pontyfikatu (niebawem minie sześć lat) próbuje reformować Bank Watykański, który zgodnie z regułą iluzoryczności (wprowadzoną przez Rynek) nosi nazwę Instytutu Dzieł Religijnych. Reforma idzie jak po grudzie. Podobnie wygląda to na poziomie każdej kurii diecezjalnej czy prowincjonalnej. Dyktat Rynku, dyktat Pieniądza.

Ks. Adam Błyszcz