Wiara‎ > ‎

Kazanie pasyjne na drugą niedzielę Wielkiego Postu AD 2017

opublikowane: 11 mar 2017, 13:09 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 17 mar 2017, 14:00 ]

Amoris laetitia - cześć 1

Rok temu, niejako w dwóch etapach została zaprezentowana Kościołowi adhortacja apostolska Amoris laetitia. W dwóch etapach, gdyż papież Franciszek podpisał ją 19 marca, w uroczystość świętego Józefa 2016 roku. Przypomnijmy, rozpoczynał się czwarty rok pontyfikatu papieża z Argentyny, wybranego na stolicę piotrową 13 marca 2013 r., zaś 19 marca 2013 r.  odbyła się uroczysta inauguracja nowego pontyfikatu. Tyle podpisanie dokumentu. Został on oficjalnie zaprezentowany w Watykanie 8 kwietnia 2016 roku. Prezentacji dokonał arcybiskup Wiednia, kardynał Christoph Schönborn. Od tego momentu adhortacja zaczęła żyć (jak każda książka) swoim życiem. Wystawiona na wielorakie interpretacje, czasami wręcz przeciwstawne.

Najprzód zobaczmy, czym jest adhortacja. To jeden z typów dokumentów pisanych przez papieża. W hierarchii takowych dokumentów adhortacja (z łaciny: adhortatio – zachęta, upomnienie) zajmuje jedno z pierwszych miejsc. Na pewno nie jest tak ważna jak konstytucja apostolska lub encyklika, ale właściwie podąża zaraz za nimi. Adhortacja apostolska to coś, co rodzi się na skrzyżowaniu doktryny (zatem nauczania dogmatycznego Kościoła) i duszpasterstwa oraz misji Kościoła (w tej przestrzeni owo nauczanie Kościoła musi się zmierzyć z konkretnymi sytuacjami - dla Amoris laetitia ta przestrzeń wydaje się być określona przez doktrynę dotyczącą sakramentu małżeństwa i miłosierdzie). Znaczenie i niepowtarzalność adhortacji wynika także z procesu jej powstawania. Jest ona owocem pracy całego Kościoła. A pojawia się po pracach Synodu. I znowu nieco kuchni watykańskiej. Otóż synod biskupów to ostatnie dziecko Soboru Watykańskiego II. Synod został ustanowiony przez Pawła VI we wrześniu 1965 roku, a zatem na kilka miesięcy przed zakończeniem obrad Soboru Watykańskiego II. W zamyśle twórców (gdyż Paweł VI odpowiadał jakoś na zapotrzebowania i sugestie ojców soborowych) miał to być organ doradczy i w jakiejś mierze reprezentujący wobec Ojca Świętego (i pewnie jeszcze bardziej wobec Kurii Rzymskiej, która nie wiadomo dlaczego nie cieszy się sympatią – czego przykładem może być chociażby wywiad, którego udzieliła Marie Collins, ofiara molestowania) Kościoły lokalne. I nie bez znaczenia było i to, że ojcowie soborowi chcieli w jakiejś mierze utrzymać, zachować klimat Soboru. Musimy przyznać, że w naszej pamięci kościelnej zatarło się wspomnienie tego wydarzenia. Pamiętajmy, że działo się to niemal 20 lat po II wojnie światowej, która nie tylko zdziesiątkowała ludność, nadto jednak obnażyła słabość chrześcijaństwa, które ani w Rosji, ani w Niemczech nie było w stanie sprzeciwić się totalitaryzmom (męczennicy, którymi chlubią się Kościół rzymskokatolicki, wspólnoty protestanckie i Kościół prawosławny, nie potrafią zatrzeć wrażenia, że wyznawcy Jezusa Chrystusa dali się ponieść w pierwszej połowie XX wieku ideologiom pogańskim). Z punktu widzenia chrześcijaństwa dotkliwa była zwłaszcza porażka w Niemczech. To przecież XIX- i XX-wieczna teologia niemiecka malowała krajobraz chrześcijaństwa europejskiego. Sobór watykański był zatem takim momentem, w którym upokorzony i poraniony katolicyzm próbował zmierzyć się ze społeczeństwem, w którym procesy sekularyzacyjne nabrały wyjątkowej dynamiki.

Wróćmy jednak do synodów, które miały być kontynuacją przygody Vaticanum II. Każdorazowo synod jest zwoływany przez papieża. On określa temat spotkania. On również ustala komisję, która ma z zadanie przygotować tak zwany dokument roboczy. Powstaje on w oparciu o bardzo szerokie konsultacje. Tutaj zatem musimy obalić jeden z mitów związanych z posługą Franciszka. To nie jest tak, że wspomniane ankiety, przygotowujące synod, pojawiły się dopiero z jego pontyfikatem. One były już wcześniej. Zapewne nie towarzyszył temu taki jazgot medialny, ale były. I tak na przykład przed jednym synodem zwołanym przez Jana Pawła II ankietę wypełnił stuletni prawie obywatel Francji. Synod poświęcony może być jakimś zagadnieniom związanym z duszpasterstwem Kościoła (przykładem może być Synod z 1983 roku poświęcony sakramentowi spowiedzi i pojednania, który zaowocował adhortacją Reconciliatio et Paenitentia, lub też sytuacją Kościoła na konkretnym kontynencie - synody od 991 roku do 1999 roku).

Amoris laetitia to owoc refleksji dwóch synodów. Jednego nadzwyczajnego i jednego zwyczajnego, które miały miejsce w 2014 i 2015 roku. Tutaj należałoby przypomnieć i to, że Franciszek zmienił problematykę wspomnianych synodów. Pierwotnie planowano, że będą poświecone zagadnieniom bioetycznym. Dopiero interwencja nowego papieża sprawiła, że skoncentrowano się na małżeństwie i rodzinie.

I tak oto mamy adhortację poświęconą radości miłości w małżeństwie i rodzinie. Dokument składa się z dziewięciu rozdziałów i liczy ponad trzysta paragrafów. Punktem wyjścia – pierwszy rozdział – jest Słowo Boże – to horyzont lektury tego, co dzieje się z małżeństwem i rodziną w dobie współczesnej. Stąd od razu pytanie: w jaki sposób w naszym duszpasterstwie lokujemy Słowo Boże (co chociażby wyraża się chociażby przez kręgi biblijne lub grupy lectio divina działające przy naszych parafiach). Czy przyznajemy mu prymat czy też skazujemy się na określone projekty antropologiczne, które są wyrazem kontekstu społecznego, kulturowego czy też politycznego. Niekoniecznie jednak muszą takie projekty nawiązywać do Ewangelii. To Słowo Boże jest istotne nie tylko dlatego, że zawiera, wyraża pewien projekt Boga wobec tego, co dzieje się między mężczyzną a kobietą, ale również dlatego, że to Słowo Boże opowiada historię małżeństwa, miłości. „Biblia pełna jest rodzin, pokoleń, historii miłości i kryzysów rodzinnych, począwszy od pierwszej strony, gdzie wkracza na scenę rodzina Adama i Ewy z jej brzemieniem przemocy, ale także z siłą życia, które trwa nadal (por. Rdz 4), aż do ostatniej strony, gdzie pojawiają się zaślubiny Oblubienicy i Baranka (por. Ap 21, 2.9)”. (AL, 8). Chrześcijaństwo zasadza się na opowieści i jest opowieścią. Rozdział drugi natomiast stanowi refleksję papieża nad sytuacją małżeństwa i rodziny w dobie obecnej. To chyba najbardziej gorzki i smutny fragment Amoris laetitia. Franciszek mierzy się z tym, co zagraża małżeństwu i rodzinie.

W sposób szczególny dokucza mu postawa mediów i instytucji państwowych, które wydają się osłabiać kondycję rodziny i małżeństwa. To również rozdział, w którym mierzymy się z problemem naszego sądu nad światem. Jak wyrazić nasz chrześcijański krytycyzm wobec świata. To pytanie sprowokowane lekturą drugiego rozdziału stawia przed nami kwestię języka, jakim komunikujemy się ze światem. Franciszek jest tego zadania świadom i dlatego podkreśla, „że nie ma sensu, aby zatrzymywać się na retorycznym oskarżaniu aktualnego zła, jakby to mogło coś zmienić. Niczemu nie służy także próba narzucania norm siłą władzy” (AL, 35). Bardzo ważne zdanie, gdyż postuluje nie tylko zmianę języka Kościoła, ale zapowiada zmianę akcentu w postrzeganiu edukacyjnej roli stanowionego prawa.

Postulat zmiany języka nakłada na duszpasterzy obowiązek swoistej samokrytyki. Jakżeż nie przyznać racji Franciszkowi, który pisze, że „trzeba pokornie i realistycznie uznać, że czasami nasz sposób prezentacji przekonań chrześcijańskich i sposób traktowania ludzi przyczyniły się do spowodowania tego, co obecnie jest powodem narzekania i z czego wypada nam dokonać zdrowej samokrytyki (AL, 35). Niech nam to pozostanie w głowie: postulat nowego, innego języka przepowiadania. Amoris laetitia jest adhortacją na wskroś duszpasterską!

W rozdziale trzecim Franciszek traktuje o tym, co Kościół, przekazując słowo Jezusa, ma do powiedzenia na temat małżeństwa. Czy to orędzie – jak chcą niektórzy - sprowadza się do obrony nierozerwalności małżeństwa, czemu papież poświęca zresztą sporo uwagi? A może rację mają ci, którzy uważają, że ten trzeci rozdział to ponowny (i może ostatni) refleks postawy Kościoła, który uczynił się bardziej nosicielem natury, prawa naturalnego, niż Objawienia? Sam Autor jakoś daje powody, aby tak myśleć, skoro w pierwszym paragrafie tegoż rozdziału pisze, że „przed rodzinami i pośród nich zawsze powinno rozbrzmiewać pierwsze orędzie, które jest tym, „co jest najpiękniejsze, większe, bardziej pociągające i jednocześnie bardziej potrzebne” i „powinno zajmować centralne miejsce w działalności ewangelizacyjnej”. Jest to orędzie zasadnicze, „do którego trzeba stale powracać i słuchać na różne sposoby i które trzeba stale głosić podczas katechezy w tej czy innej formie”. Bo „nie ma nic bardziej solidnego, bardziej głębokiego, bardziej pewnego, bardziej treściwego i bardziej mądrego od przepowiadania” a „cała formacja chrześcijańska jest przede wszystkim pogłębieniem kerygmatu” (AL, 58). To trochę tak jakby papież zdawał sobie sprawę z tego, że dyskurs o nierozerwalności małżeństwa musi rodzić frustrację. I jedyną odpowiedzią na tę frustrację tych, którym – mówiąc kolokwialnie nie wyszło - stanowi proklamacja kerygmatu a ten sprowadza się do wyznania, że miłość Boga do człowieka jest uprzednia, miłosierna.

Ale i ten kerygmat wystawiony jest na niebezpieczeństwo instytucji Kościoła. Zdaje sobie z tego sprawę sam Franciszek, skoro pisze: "Nauczanie teologii moralnej nie powinno pomijać przyswojenia sobie tych rozważań, bo o ile prawdą jest, że musimy dbać o integralność nauczania moralnego Kościoła, to zawsze należy przykładać szczególną uwagę, aby ukazać i zachęcić do najwznioślejszych i centralnych wartości Ewangelii, szczególnie prymatu miłości jako odpowiedzi na bezinteresowną inicjatywę miłości Boga. Czasami wiele kosztuje nas zrobienie w duszpasterstwie miejsca na bezwarunkową miłość Boga. Stawiamy tak wiele warunków miłosierdziu, że ogołacamy je z konkretnego sensu i realnego znaczenia, a to jest najgorszy sposób rozwodnienia Ewangelii. [kursywa moja]. Prawdą jest, na przykład, że miłosierdzie nie wyklucza sprawiedliwości i prawdy, ale trzeba przede wszystkim powiedzieć, że miłosierdzie jest pełnią sprawiedliwości i najjaśniejszą manifestacją prawdy Bożej. Dlatego też należy zawsze uznać za „nieadekwatną jakąkolwiek koncepcję teologiczną, która ostatecznie kwestionuje wszechmoc Boga, a w szczególności Jego miłosierdzie” (AL, 311). Dlaczego tak się dzieje? Być może dlatego, że w naszym duszpasterstwie rozumienie miłosierdzia oparliśmy się przede wszystkim o paradygmat sakramentu spowiedzi. Ten paradygmat konstytuowany jest przez pięć warunków dobrej spowiedzi, z których trzy recytujemy na jednym wydechu - a zatem: żal za grzechy, mocno postanowienie poprawy, zadośćuczynienie (cokolwiek miałoby ono oznaczać). To chyba z wierności takiej wizji duszpasterstwa płynie surowe zdanie, ale czy słuszne, arcybiskupa Bolonii, kardynała Carlo Caffarry (niewątpliwie sprzeciwiającego się nauczaniu Franciszka. To jeden z autorów owych wątpliwości, o których kilka miesięcy temu donosiły światowe media, a które zostały wyartykułowane przez czterech kardynałów po ich lekturze Amoris laetitia). Otóż kardynał Caffarra w swoim eseju poświęconym nierozerwalności małżeństwa, zamieszczonym w książce Pozostać w prawdzie Chrystusa. Małżeństwo i komunia w Kościele katolickim, powiada, że „Bóg nie przebacza temu, kto nie żałuje, ponieważ pragnie odnowić relację prawdziwej przyjaźni w wolności” (str. 172). Brzmi to strasznie!

Amoris laetitia ukazała się w trakcie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia. Ono wydaje się być horyzontem hermeneutycznym papieskiego dokumentu. Na zakończenie Roku Miłosierdzia Franciszek ofiarował Kościołowi medytację w formule listu apostolskiego Misericordia et Misera poświęconą początkowi ósmego rozdziału Ewangelii świętego Jana, który opowiada historię kobiety pochwyconej na zdradzie małżeńskiej i oskarżonej o cudzołóstwo. Jezus jej przebacza i ją broni, chociaż z jej strony nie ma żadnego wyznania grzechów czy też żalu za nie. Ktoś oczywiście może postawić mi zarzut, że mieszam dwa porządki, dwa języki. Porządek, język narracyjny – chrześcijaństwo to opowieść, narracja o Jezusie Chrystusie i o rodzącej się wspólnocie Jego uczniów - z porządkiem, językiem dogmatycznym, dyscyplinarnym tejże wspólnoty – Kościoła. Chcę jedynie wskazać na to, że język dyscyplinarny jest zależny od opowieści. I myśl o tym, że jedynym czy wyłącznym szlakiem Bożego miłosierdzia jest paradygmat sakramentu spowiedzi, wydaje się swoistą uzurpacją porządku dogmatycznego wobec porządku ewangelicznej narracji.

Powróćmy do Amoris laetitia. Czwarty rozdział to chyba najbardziej wdzięczny fragment adhortacji. W gruncie rzeczy to egzegeza (czego chyba we Franciszkowym nauczaniu nie oczekiwaliśmy – ot, taki parweniusz z peryferyjnego Buenos Aires, z końca świata – czyż nie myślimy tak?) 13 rozdziału Listu świętego Pawła do Koryntian, czyli Hymnu o miłości. Ilekroć prosiłem nowożeńców w trakcie mojej pracy duszpasterskiej, aby przygotowali Liturgię Słowa swojego ślubu najczęściej sięgali właśnie po ten tekst: "proszę księdza, to czytanie gdzie się mówi, że ona wszystko znosi". Ano miłość wszystko znosi: „Miłość nie daje się opanować urazami, pogardą dla ludzi, pragnieniem zranienia lub obciążania drugiego. Ideałem chrześcijańskim, zwłaszcza w rodzinie, jest miłość mimo wszystko. Czasami podziwiam na przykład postawę ludzi, którzy musieli rozejść się ze swoim małżonkiem, aby chronić się przed przemocą fizyczną, ale jednak ze względu na miłość małżeńską, która potrafi wyjść poza uczucia, byli w stanie działać na rzecz ich dobra, choć za pośrednictwem innych, w czasie choroby, cierpienia lub trudności. To także miłość mimo wszystko” (AL, 119).

Wartość czwartego rozdziału (można byłoby wydać go w formie osobnej książeczki i wręczać w parafiach tym wszystkim, którzy przygotują się do sakramentu małżeństwa lub szykują się do celebracji rocznicy swojego małżeństwa jako zachętę do refleksji! Raz jeszcze chcę podkreślić wymiar duszpasterski papieskiej adhortacji, który może być realizowany na różne sposoby) zasadza się nie tylko na jakości analizy biblijnej, ale i na tym, że jest ona przeplatana radami dziadka, który znając (tylko skąd to wie, będąc celibatariuszem, czyli dziadkiem bez babci) napięcia towarzyszące życiu małżeńskiemu i rodzinnemu, udziela rad, jak te napięcia rozwiązywać, rozwiązywać, a nie ich unikać! „Dlatego nigdy nie należy kończyć dnia bez pojednania w rodzinie". „A jak mam się jednać? Na kolanach? Nie! Wystarczy mały gest, mała rzecz, i wraca zgoda w rodzinie. Wystarczy pieszczota, bez słów. Lecz niech nigdy dzień rodziny nie kończy się bez pogodzenia się” (AL, 104).

W piątym rozdziale Amoris laetitia koncentrujemy się na płodności miłości małżeńskiej. Jak podkreśla o. Antonio Spadaro SI w swoim komentarzu, Franciszek podąża ścieżką duchową i psychologiczną. I to jest zapewne cenne, ale ci, którzy oczekiwali pewnej modyfikacji nauczania zawartego w encyklice Pawła VI Humanae Vitae są zapewne rozczarowani. Więcej, Franciszek zachęca do tego, aby „odkryć na nowo orędzie encykliki Humanae vitae Pawła VI, która podkreśla potrzebę poszanowania godności osoby przy moralnej ocenie sposobów regulacji urodzin [...]. Wybór adopcji i powierzenia w opiekę wyraża szczególną płodność doświadczenia małżeńskiego” (AL, 82).

Tematem szóstego rozdziału są duszpasterskie propozycje, które miałyby pomóc w tworzeniu trwałych i płodnych małżeństw odpowiadających zamysłowi Boga. Ale tutaj Franciszek zgodnie ze swoją wrażliwością proponuje, aby konkretnymi rozwiązaniami zajęły się lokalne Kościoły: „Dialogi w procesie synodalnym doprowadziły do przedstawienia potrzeby wypracowania nowych dróg duszpasterskich, które obecnie postaram się ogólnie podsumować. Poszczególne wspólnoty będą musiały wypracować propozycje bardziej praktyczne i efektywne, uwzględniające zarówno naukę Kościoła, jak i lokalne potrzeby i wyzwania” (AL, 199).

To jeden z podstawowych dynamizmów adhortacji. Przeniesienie odpowiedzialności na Kościoły lokalne. Rzym może dać impuls, ale nie potrafi ogarnąć konkretu. Rzym może wypracować pewne kryteria, ale ich aplikacją muszą zająć się poszczególne Kościoły lokalne. Tylko, co zrobić jeśli Kościoły lokalne nie będą tego chciały podjąć tego wezwania? Wydarzenia ostatnich tygodni, miesięcy pokazały, że ta pedagogia papieża (przenoszenia odpowiedzialności na Kościoły lokalne) nie dotyczy tylko duszpasterstwa małżeństwa i rodziny, ale także tego, co przynosi nam, Kościołowi wstyd. Jak chociażby skandal pedofilii wśród duchownych. I ukrywania tego faktu przez biskupów!

Niejako kontynuacją tej refleksji poświęconej płodności małżeństwa jest rozdział siódmy poświęcony wychowaniu dzieci. Zmysł pedagogiczny Franciszka daje znać o sobie, kiedy przeciwstawia dwa obrazy Kościoła. Jeden obraz to urząd celny a drugi to obraz ojcowskiego domu: Nie możemy zapomnieć, że „miłosierdzie to nie jest tylko działanie Ojca, lecz staje się kryterium pozwalającym zrozumieć, kim są Jego prawdziwe dzieci. Jesteśmy więc wezwani do życia miłosierdziem, ponieważ to my najpierw doznaliśmy miłosierdzia”. Nie jest to romantyczna propozycja lub słaba odpowiedź na miłość Boga, która zawsze pragnie promować ludzi, ponieważ „architrawem, na którym wspiera się życie Kościoła, jest miłosierdzie. Wszystko w działaniu duszpasterskim Kościoła powinno być przepojone czułością, z którą kieruje się do wiernych; w tym, co głosi i o czym daje świadectwo światu, nie może nigdy brakować miłosierdzia”. To prawda, że czasami „zachowujemy się jak kontrolerzy łaski, a nie jak ci, którzy ją przekazują. Kościół jednak nie jest urzędem celnym, jest ojcowskim domem, gdzie jest miejsce dla każdego z jego trudnym życiem”.

Z determinacją dobrego, pobożnego dziadka Franciszek podkreśla, że „dzieci potrzebują symboli, gestów, opowiadań [ponownie zostaje podkreślony prymat porządku narracji nad porządkiem dogmatycznym, dyscyplinarnym - uwaga moja]. Nastolatki często doświadczają kryzysu względem instytucji i norm. Dlatego trzeba pobudzać ich osobiste doświadczenie wiary i dawać im jasne świadectwo, które narzucają się z powodu samego ich piękna. Rodzice, którzy chcą wspomagać wiarę swoich dzieci powinni dostrzegać zachodzące w nich zmiany, wiedząc, że doświadczenie duchowe nie może być narzucone, ale powinno być zaproponowane ich wolności. Istotne znaczenie ma to, aby dzieci widziały w konkretny sposób, że dla ich rodziców modlitwa jest naprawdę ważna. Dlatego chwile modlitwy rodzinnej i przejawy pobożności ludowej mogą mieć większą siłę ewangelizacyjną od wszelkich katechez i wszystkich przemówień. Pragnę wyrazić szczególną wdzięczność wszystkim matkom, które modlą się nieustannie, podobnie jak św. Monika, za dzieci, które oddaliły się od Chrystusa” (AL, 288).

Nadszedł czas tego rozdziału, który był chyba najbardziej oczekiwany. Rozdział ósmy zatytułowany: "Towarzyszyć, rozpoznać i włączyć to, co kruche". Zanim adhortacja została opublikowana wiele osób zastanawiało się czy papież razem z synodem / synodami wprowadzi zmianę kościelnej dyscypliny i zezwoli, aby osoby żyjące w ponownych związkach, po rozpadzie uprzedniego i ważnego sakramentu małżeństwa mogły przyjmować Komunię świętą. I zapewne wielu z czytelników pozostało rozczarowanych, gdyż nie znalazło jednoznacznej odpowiedzi. Sam Franciszek uważa, że to nie jest najważniejsza kwestia. W wywiadzie, którego udzielił kilka miesięcy temu mocno podkreśla, że głównym problemem, przed którym staje Kościół to nie kwestia Komunii świętej dla rozwodników a kryzys małżeństwa i rodziny. Co wcale nie oznacza, że ósmy rozdział nie przynosi żadnych zmian, niekoniecznie te zmiany należy nazywać nowościami. Największa chyba polega na zmianie języka, jakim opisane są pary żyjące w sytuacji naznaczonej kruchością. Franciszek nie lubi określenia nieregularne, niesakramentalne. Kwintesencją tej zmiany jest deklaracja, że „aby właściwie zrozumieć, dlaczego możliwe i konieczne jest szczególne rozeznanie w niektórych sytuacjach zwanych „nieregularnymi”, istnieje pewna kwestia, którą zawsze należy uwzględniać, aby nigdy nie pomyślano, że usiłuje się minimalizować wymagania Ewangelii. Kościół dysponuje solidną refleksją na temat uwarunkowań i okoliczności łagodzących. Dlatego nie można [podkreślenie moje] już powiedzieć, że wszyscy, którzy są w sytuacji tak zwanej „nieregularnej”, żyją w stanie grzechu śmiertelnego, pozbawieni łaski uświęcającej" (AL, 301). Do czasu Amoris laetitia używaliśmy określeń cudzołożnicy, jawnogrzesznicy, aby opisać ich stan życia. W opisie tym w najmniejszym stopniu nie braliśmy pod uwagę wierności jaką te osoby sobie okazywały przez dziesięciolecia swojego związku. Powrócimy do tego jeszcze później.

Oczywiście od pytania o Komunię świętą dla rozwodników nie uciekniemy. Franciszek jest świadomy tego stąd słynny przypis 351. Przywołajmy go w całości: „w pewnych przypadkach mogłaby to być również pomoc sakramentów. Dlatego „kapłanom przypominam, że konfesjonał nie powinien być salą tortur, ale miejscem miłosierdzia Pana”, (Adhortacja apostolska Evangelii gaudium [24 listopada 2013], 44: AAS 105 [2013], 1038). Zaznaczam również, że Eucharystia „nie jest nagrodą dla doskonałych, lecz szlachetnym lekarstwem i pokarmem dla słabych”, (tamże, 47: 1039). Jest to przypis do paragrafu 305. Zajmiemy się tym nieco później.

Na tym etapie naszej refleksji przyjmijmy sugestię zmiany języka. Zmiany, która wynika z szacunku dla realiów, w których żyją „niesakramentalni” i Tradycji Kościoła. Ukoronowaniem tej refleksji jest rozdział dziewiąty poświęcony duchowości małżeńskiej i rodzinnej, na którą „składa się tysiące prawdziwych i konkretnych gestów” (AL, 315).

Niewątpliwie jest metodologia pisania i jest metodologia czytania. Sam Franciszek o niej nadmienia. „…nie polecam pośpiesznej lektury całości. Lepiej zostanie wykorzystana, zarówno przez rodziny, jak i przez osoby pracujące w duszpasterstwie rodzin, jeśli będą zgłębiały jej kolejne części lub jeśli będą szukały w niej tego, co może być potrzebne w każdej konkretnej okoliczności. Możliwe, na przykład, że małżeństwa utożsamią się bardziej z rozdziałami czwartym i piątym, że duszpasterze szczególnie zainteresują się rozdziałem szóstym, a wszyscy będą bardzo zaintrygowani rozdziałem ósmym. Mam nadzieję, że każdy, poprzez lekturę, poczuje się wezwany do troszczenia się z miłością o życie rodzin, ponieważ one „nie są problemem, są przede wszystkim szansą” (AL, 7).

ks. Adam Błyszcz