Wiara‎ > ‎

Filip na peryferiach Kościoła

opublikowane: 21 maj 2017, 10:31 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 maj 2017, 09:56 ]
Intryguje mnie dzisiejsze pierwsze czytanie. Próbuję je sobie przełożyć na język socjologiczny taką teologią podejrzeń. Oto, co mi wychodzi (pamiętajmy, że każdy przekład wiąże się z pewną niewiernością, wręcz zdradą). Filip głosi Chrystusa, opowiada o Chrystusie w Samarii. Kto, gdzie i o kim?

Kto?

Filip, był jednym z siedmiu diakonów, ustanowionych przez Dwunastu, aby w Kościele jerozolimskim (wspólnota matka) zajmowali się działalnością charytatywną. Czy należał, podobnie jak Szczepan – pierwszy męczennik, do frakcji hellenistów (Żydów mówiących po grecku i wychowanych w diasporze), czy też do frakcji Hebrajczyków (Żydów posługujących się hebrajskim i aramejskim), nie wiemy. Jego greckie imię, a przede wszystkim styl przepowiadania, w którym przejawia dużą dozę swobody wobec restrykcyjnych przepisów synagogi, zdają się wskazywać jego przynależność do frakcji hellenistów.

Bardzo szybko wybuchają prześladowania ze strony Żydów przeciwko rodzącemu się Kościołowi. Jakkolwiek są one skierowane przeciwko całej wspólnocie, najbardziej ucierpiała frakcja Hellenistów. Jej lider Szczepan zostaje zamordowany, za pozostali członkowie wypędzeni. Wśród nich jest także Filip. Paradoksalnie staje się to okazją do ewangelizacji. Nie brakuje historyków, którzy dowodzą, że do prześladowań doszło również dlatego, że Żydzi zobaczyli przed sobą podzielonego przeciwnika. A frakcja Hebrajczyków nie wykazywała wystarczającej determinacji, aby bronić swoich współbraci. Decydowały względy kulturowe czy też przywiązanie do Tradycji przodków? Jeden z pierwszych egzaminów, przed jakimi Kościół stanął, i wydaje się, że oblany. Jak pokazuje historia – nie ostatni. Czy u Hellenistów (na ten przykład Filipa) dostrzegamy świadomość opuszczenia i zdrady ze strony Kościoła? Zbyt mało mamy świadectw. Po ludzku rzecz biorąc, nikt z nas nie dziwiłby się frustracji Filipa i jego towarzyszy. Opuszczeni, zdradzeni, zostawieni samym sobie.
Jako uchodźca Filip podejmuje się dzieła ewangelizacji.

O kim?

To dzieło zostaje opisane w sposób radykalnie prosty: opowiada o Jezusie. I towarzyszą temu cuda. Takie spektakularne. Ale dla mnie największym cudem, objawem mocy Ducha jest to, że Filip nie poddaje się zgorzknieniu, nie zamyka się w perspektywie klęski, cierpienia, którego źródłem są przeciwnicy Kościoła i sam Kościół.

Gdzie?

Akcja rozgrywa się na terytorium Samarii. Samarytanie, pół Żydzi, pół poganie, od czasu powrotu z niewoli babilońskiej wykluczeni ze społeczności żydowskiej. W opozycji do sanktuarium jerozolimskiego wybudowali swoje w Gerizim. Dla prawowitych Żydów Samarytanie byli nieczyści i nie należało z nimi utrzymywać żadnych kontaktów. Ślady tej wrogości i obopólnego odrzucenia znajdujemy także na kartach ewangelii. Takim ludziom Filip głosi Jezusa. To już absolutne peryferie, żeby użyć ulubionego określenia papieża Franciszka.
Misja zakończona pełnym sukcesem. Słuchy o tym dochodzą do liderów wspólnoty jerozolimskiej. Zachwyceni lub zaniepokojeni próbują dowiedzieć się czegoś na miejscu, stąd dwóch emisariuszy: Piotr i Jan. Jednym słowem, nie byle kto. Pięknie to wygląda. Przychodzą, aby ofiarować im Ducha Świętego, bo tylko tego tym świeżo nawróconym brakuje. Tak dopełniają dzieła Filipa. Tak, jakby chcieli mu powiedzieć: Bez naszej pieczęci twój sukces jest niepełny. A może nie tylko o Ducha Świętego chodzi. Może to próba narzucenia Filipowi pewnej kontroli. Z taką praktyką w Dziejach Apostolskich spotkamy się jeszcze raz, kiedy to Jakub – głowa Kościoła jerozolimskiego wyśle do Antiochii swoich ludzi, aby kontrolowali lidera Kolegium Apostołów – samego Szymona Piotra.
Takim Kościołem nas przebodli.

ks. Adam Błyszcz