• Kazanie na Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego 70 lat temu, 14 października 1947 roku, as amerykańskiego lotnictwa, Charles „Chuck” Yeager jako pierwszy człowiek pokonał barierę dźwięku. To owoc rozwoju techniki i ludzkiej przemyślności. A zatem przedsięwzięcie powtarzalne ...
    Opublikowane: 29 maj 2017, 09:50 przez: Redakcja JotJotZet
  • Filip na peryferiach Kościoła Intryguje mnie dzisiejsze pierwsze czytanie. Próbuję je sobie przełożyć na język socjologiczny taką teologią podejrzeń. Oto, co mi wychodzi (pamiętajmy, że każdy przekład wiąże się z pewną niewiernością, wręcz zdradą ...
    Opublikowane: 29 maj 2017, 09:56 przez: Redakcja JotJotZet
  • Głoszenie Słowa - najpierw Homilia na V Niedzielę Wielkanocy Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. «Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo ...
    Opublikowane: 29 maj 2017, 10:04 przez: Redakcja JotJotZet
  • Chrystus zmartwychwstał – prawdziwie zmartwychwstał W Kościołach wschodnich przyjął się zwyczaj, że w dzień Wielkiej Nocy wierni pozdrawiają się wyznaniem – życzeniem: Chrystus zmartwychwstał – prawdziwie zmartwychwstał. To bez wątpienia życzenie, aby stojący naprzeciwko mnie człowiek, mój ...
    Opublikowane: 7 maj 2017, 02:02 przez: Redakcja JotJotZet
  • Św. Efrem, Hymn na Przaśniki, III W Egipcie był zabity baranek paschalny, na Syjonie był zamordowany prawdziwy Baranek. Bracia moi, weźmy pod uwagę oba baranki, Zobaczymy, czym się różnią, a w czym są do siebie podobne ...
    Opublikowane: 14 kwi 2017, 12:20 przez: Redakcja JotJotZet
Wyświetlanie postów 1 - 5 z 53. Zobacz więcej »

Kazanie na Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego

opublikowane: 29 maj 2017, 09:41 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 maj 2017, 09:50 ]

70 lat temu, 14 października 1947 roku, as amerykańskiego lotnictwa, Charles „Chuck” Yeager jako pierwszy człowiek pokonał barierę dźwięku. To owoc rozwoju techniki i ludzkiej przemyślności. A zatem przedsięwzięcie powtarzalne i manipulowalne.

Dwa tysiące lat temu, pewnej kwietniowej niedzieli, jeden z nas, Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, pokonał barierę śmierci. Zmartwychwstał. Albo jak w dzisiejszym drugim czytaniu powiada apostoł Paweł, że został wskrzeszony przez Ojca.

To pierwsze wydarzenie, powtarzalne, stało się udziałem innych pilotów.

To drugie wydarzenie, zmartwychwstanie – niepowtarzalne, póki co znajduje się przede wszystkim w przestrzeni naszej nadziei a to oznacza, że nie może być manipulowane przez żadną ludzką siłę.

Patrzymy na to zmartwychwstanie w takim pomnikowym, monumentalnym wymiarze. Nietykalnym w gruncie rzeczy.

Wspominam o tym dzisiaj, w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, bo wydaje się, że Zmartwychwstanie Jezusa jest głównym tematem dzisiejszej liturgii słowa: w pierwszym czytaniu, w Dziejach Apostolskich, autor mówi wprost, że Jezus „po swojej męce wiele razy okazywał [uczniom], że żyje”. W drugim czytaniu, Paweł w swoim liście do Efezjan, powiada, że „Bóg, wskrzesił [Jezusa] z martwych i posadził po swojej prawej stronie” a i w samej ewangelii jesteśmy świadkami spotkania Zmartwychwstałego z uczniami w Galilei.

Nie ma chyba w dziejach ludzkości ważniejszego wydarzenia. I myślę sobie, że te czterdzieści dni od zmartwychwstania do wniebowstąpienia Jezusa to najbardziej poukładane i zagospodarowane dni w życiu uczniów. Jeszcze zapewne nie wiedzą jak to zwycięstwo Jezusa nad śmiercią przełoży się na ich osobiste życie. Ale już wiedzą, że bariera została przekroczona. I nagle przychodzi taki moment, w którym zmartwychwstały zostaje im zabrany. Już dłużej Nie ma go więcej. Mogą tylko nostalgicznie wpatrywać się w niebo.

Mam takie wrażenie, że ta dzisiejsza uroczystość wniebowstąpienia to dramat, który rozgrywa się między dwoma biegunami: pierwszy wyznaczony jest przez deklaracje absolutnej władzy Jezusa Chrystusa, Pana historii. Zasiada po prawicy Ojca. Triumf zmartwychwstałego. A drugi biegun to ten moment, w którym uczniowie tracą z oczu Jezusa. Nie ma Go więcej. Po prostu brakuje Jezusa. Najzwyczajniej w świecie nie ma Go. Zatem dzisiejsza uroczystość to nie tylko deklaracja panowania Jezusa Chrystusa. Jego władzy nad całym uniwersum, ale też pytanie o Jego nieobecność.

Wystarczy przyjrzeć się naszemu życiu, naszym małżeństwom, rodzinom, kapłaństwu, ba, Kościołowi, żeby przekonać się, jak głęboko doskwiera nam grzech, którego moc wydaje się negować obecność samego Jezusa. Cóż począć?

Można na wzór apostołów z nostalgią wpatrywać się niebo. Ale to chyba niewiele zmieni. I taka postawa jest postponowana przez autora Dziejów Apostolskich. On sam sugeruje nieco inne rozwiązanie: wspomina wspólny posiłek Jezusa z uczniami (czyżby to reminiscencja Ostatniej Wieczerzy – Eucharystii) i przekazane im Słowo.

ks. Adam Błyszcz

Filip na peryferiach Kościoła

opublikowane: 21 maj 2017, 10:31 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 maj 2017, 09:56 ]

Intryguje mnie dzisiejsze pierwsze czytanie. Próbuję je sobie przełożyć na język socjologiczny taką teologią podejrzeń. Oto, co mi wychodzi (pamiętajmy, że każdy przekład wiąże się z pewną niewiernością, wręcz zdradą). Filip głosi Chrystusa, opowiada o Chrystusie w Samarii. Kto, gdzie i o kim?

Kto?

Filip, był jednym z siedmiu diakonów, ustanowionych przez Dwunastu, aby w Kościele jerozolimskim (wspólnota matka) zajmowali się działalnością charytatywną. Czy należał, podobnie jak Szczepan – pierwszy męczennik, do frakcji hellenistów (Żydów mówiących po grecku i wychowanych w diasporze), czy też do frakcji Hebrajczyków (Żydów posługujących się hebrajskim i aramejskim), nie wiemy. Jego greckie imię, a przede wszystkim styl przepowiadania, w którym przejawia dużą dozę swobody wobec restrykcyjnych przepisów synagogi, zdają się wskazywać jego przynależność do frakcji hellenistów.

Bardzo szybko wybuchają prześladowania ze strony Żydów przeciwko rodzącemu się Kościołowi. Jakkolwiek są one skierowane przeciwko całej wspólnocie, najbardziej ucierpiała frakcja Hellenistów. Jej lider Szczepan zostaje zamordowany, za pozostali członkowie wypędzeni. Wśród nich jest także Filip. Paradoksalnie staje się to okazją do ewangelizacji. Nie brakuje historyków, którzy dowodzą, że do prześladowań doszło również dlatego, że Żydzi zobaczyli przed sobą podzielonego przeciwnika. A frakcja Hebrajczyków nie wykazywała wystarczającej determinacji, aby bronić swoich współbraci. Decydowały względy kulturowe czy też przywiązanie do Tradycji przodków? Jeden z pierwszych egzaminów, przed jakimi Kościół stanął, i wydaje się, że oblany. Jak pokazuje historia – nie ostatni. Czy u Hellenistów (na ten przykład Filipa) dostrzegamy świadomość opuszczenia i zdrady ze strony Kościoła? Zbyt mało mamy świadectw. Po ludzku rzecz biorąc, nikt z nas nie dziwiłby się frustracji Filipa i jego towarzyszy. Opuszczeni, zdradzeni, zostawieni samym sobie.
Jako uchodźca Filip podejmuje się dzieła ewangelizacji.

O kim?

To dzieło zostaje opisane w sposób radykalnie prosty: opowiada o Jezusie. I towarzyszą temu cuda. Takie spektakularne. Ale dla mnie największym cudem, objawem mocy Ducha jest to, że Filip nie poddaje się zgorzknieniu, nie zamyka się w perspektywie klęski, cierpienia, którego źródłem są przeciwnicy Kościoła i sam Kościół.

Gdzie?

Akcja rozgrywa się na terytorium Samarii. Samarytanie, pół Żydzi, pół poganie, od czasu powrotu z niewoli babilońskiej wykluczeni ze społeczności żydowskiej. W opozycji do sanktuarium jerozolimskiego wybudowali swoje w Gerizim. Dla prawowitych Żydów Samarytanie byli nieczyści i nie należało z nimi utrzymywać żadnych kontaktów. Ślady tej wrogości i obopólnego odrzucenia znajdujemy także na kartach ewangelii. Takim ludziom Filip głosi Jezusa. To już absolutne peryferie, żeby użyć ulubionego określenia papieża Franciszka.
Misja zakończona pełnym sukcesem. Słuchy o tym dochodzą do liderów wspólnoty jerozolimskiej. Zachwyceni lub zaniepokojeni próbują dowiedzieć się czegoś na miejscu, stąd dwóch emisariuszy: Piotr i Jan. Jednym słowem, nie byle kto. Pięknie to wygląda. Przychodzą, aby ofiarować im Ducha Świętego, bo tylko tego tym świeżo nawróconym brakuje. Tak dopełniają dzieła Filipa. Tak, jakby chcieli mu powiedzieć: Bez naszej pieczęci twój sukces jest niepełny. A może nie tylko o Ducha Świętego chodzi. Może to próba narzucenia Filipowi pewnej kontroli. Z taką praktyką w Dziejach Apostolskich spotkamy się jeszcze raz, kiedy to Jakub – głowa Kościoła jerozolimskiego wyśle do Antiochii swoich ludzi, aby kontrolowali lidera Kolegium Apostołów – samego Szymona Piotra.
Takim Kościołem nas przebodli.

ks. Adam Błyszcz

Głoszenie Słowa - najpierw

opublikowane: 14 maj 2017, 08:58 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 maj 2017, 10:04 ]

Homilia na V Niedzielę Wielkanocy

Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. «Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły» - powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. «Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości! Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa». Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce. A słowo Boże rozszerzało się, wzrastała też bardzo liczba uczniów w Jerozolimie, a nawet bardzo wielu kapłanów przyjmowało wiarę.
(Dz 6, 1–7)

Fragment Dziejów Apostolskich proklamowany w liturgii dzisiejszej, piątej niedzieli po Wielkiej Nocy, przytacza ciekawy epizod z historii rodzącego się Kościoła. W związku z tym, że znajduje się to w kanonie Nowego Testamentu, nabiera pewnego charakteru modelowego. Przypomnijmy zatem: pierwsza wspólnota chrześcijan – wspólnota matka w Jerozolimie składała się z dwóch frakcji, z dwóch nierównych grup. Liczebniejszą, silniejszą i chyba bliższą samym Dwunastu stanowią Hebrajczycy. Uczniowie Jezusa, którzy wywodzili się z Judei (i być może z Galilei) i na co dzień posługiwali hebrajskim, aramejskim (ojczysty dialekt samego Jezusa). Oraz druga frakcja – Helleniści. To także Żydzi. Tyle że wywodzący się z diaspory, z kolonii żydowskich rozsianych w basenie Morza Śródziemnego. Ich codziennym językiem była greka. Najprawdopodobniej wśród nich znajdowali się prozelici, poganie, którzy najpierw zafascynowani judaizmem sympatyzowali z synagogą, a następnie dołączyli do ruchu Jezusa. Przyjmuje się, że ze względu na różnicę języka obie grupy nie sprawowały razem, wspólnie Eucharystii, liturgii. Poziom integracji był zatem niski, co dosadnie pokazała historia św. Szczepana [1]. Dochodzi między reprezentantami obydwóch frakcji do napięć i konfliktów. Jeden z takich zostaje opisany przez autora Dziejów Apostolskich. Wspólnota jerozolimska prowadzi jakąś akcję charytatywną wsparcia wobec bardziej potrzebujących. Coś jednak nie funkcjonuje tak jak trzeba, jak powinno. Być może dochodzi do pewnych nadużyć i zaniedbań. Helleniści czują się pokrzywdzeni. Sprawa trafia przed oblicze Dwunastu – to ci, których wybrał i ustanowił Jezus. Cieszący się autorytetem liderzy wspólnoty. Muszą sprostać sytuacji, której nikt nie przewidział (być może nie przewidział jej sam Jezus). Muszą znaleźć rozwiązanie pewnej biedy, która spadła na ten młody Kościół. Warto zauważyć kryteria tego wyboru, tego rozwiązania. Pierwszym jest lektura rzeczywistości, lektura wezwań, przed którymi stoi wspólnota. Historia Kościoła pokazuje, że taka lektura może być dokonana na dwa sposoby. Pierwszy, nazwijmy go akademickim; potrzeba do tego zmysłu prorockiego i pewnych kompetencji intelektualnych. Przykładami tej ścieżki niech będą Sobory i Synody. Drugi sposób, nazwijmy go ulicznym – pięścią między oczy. Kiedy wspólnota nie czyta rzeczywistości, świata, w którym jest, kiedy kurczy się, zamyka w sobie musi zdarzyć się jakieś nieszczęście. Powiedziałbym, że wspólnota (Kościół) musi zostać sponiewierana, żeby otworzyły się liderom oczy. Przykładami tej ewentualności niech będzie chociażby skandal pedofilii i jego ukrywanie w Kościele.

Drugim kryterium jest jakaś swoista wierność powołaniu. Priorytetem jest dla Dwunastu głoszenie Słowa Bożego. Ono w ich przypadku idzie przed działalnością charytatywną. I żeby było jasne: wybrani diakoni z tej misji głoszenia Słowa nie są wyłączeni. Ponownie świadczy o tym św. Szczepan, najwybitniejszy teolog i kaznodzieja Hellenistów. On, mimo że powołany, aby być jednym z filarów działalności charytatywnej rodzącego się Kościoła, dedykuje się również interpretacji i głoszeniu Słowa.

ks. Adam Błyszcz

[1] http://m.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,1458,swiety-szczepan-czyli-kto.html

Chrystus zmartwychwstał – prawdziwie zmartwychwstał

opublikowane: 17 kwi 2017, 01:12 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 7 maj 2017, 02:02 ]

W Kościołach wschodnich przyjął się zwyczaj, że w dzień Wielkiej Nocy wierni pozdrawiają się wyznaniem – życzeniem: Chrystus zmartwychwstał – prawdziwie zmartwychwstał. To bez wątpienia życzenie, aby stojący naprzeciwko mnie człowiek, mój bliźni, uczestniczył w radości zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Ale to także echo tych pierwszych deklaracji uczniów Jezusa, którym Pan się ukazał, którym pozwolił się widzieć i którzy pełni radości i zdumienia dzielili się wieścią, że Pan prawdziwie zmartwychwstał. Tak jak uczniowie z Emaus.

Dlatego też podczas liturgii tej nocy zmartwychwstania uświadamiamy sobie, jak bardzo w naszej wierze zależymy od wiary uczniów Jezusa, zwłaszcza tego, który był pierwszym, prawie że urzędowym świadkiem Paschy Jezusa Chrystusa, czyli Piotra.

Od tamtego wydarzenia dzieli nas prawie dwa tysiące lat. Wrodzony naszemu pokoleniu sceptycyzm wobec przekazów historycznych każe nam się pytać, czy to aby wszystko prawda. Przecież Ewangelie w opowiadaniach o zmartwychwstaniu wykazują znaczny stopień niedokładności; niektóre szczegóły tych opowiadań są ze sobą w sprzeczności.

Cóż jest dowodem prawdziwości tych wszystkich przekazów? Przecież nie pusty grób, bo on sam w sobie jest tylko i wyłącznie dowodem na to, że brakuje w nim ciała Ukrzyżowanego. Trudno jednak z tego wyciągnąć wniosek, że Ukrzyżowany zmartwychwstał. Argumentem pierwotnego Kościoła, pierwszej generacji uczniów, jest wyznanie, że oni widzieli Jezusa Chrystusa po Jego śmierci żywego. W tych przekazanych nam opowiadaniach świadkowie mówią, że Go widzieli, że pozwolił się widzieć. W ich rozumieniu było to bardziej doświadczenie niż oglądanie jakiejś zjawy czy ducha. Bardzo mocno zostaje podkreślona w przekazach tożsamość tej postaci (ten sam z Wielkiego Piątku i Niedzieli Zmartwychwstania), realność tego doświadczenia (żadne rojenia). Ale to oczywiście nie zmienia podstawowej kwestii (która – jestem o tym przekonany – trapi wielu z nas): wierzyć, że Jezus zmartwychwstał, oznacza uwierzyć, że uczniowie mówią prawdę, że Go widzieli, że się nie mylą. Jednym słowem w zmartwychwstanie proroka z Nazaretu wierzę, bo uwierzyłem Jego apostołom, uczniom. To moja decyzja, mój wybór, który zdaje się uprzedzać wysiłek intelektualny. Bo przecież nie uniknę pytań o to, czy mogli mnie wprowadzić w błąd? Czy byli zainteresowani manipulacją? Najpierw decyduje się na akt wiary, a potem dopiero zaczynam go opukiwać z każdej strony.

Jakie mam argumenty na rzecz mojego wyboru? Przede wszystkim nie urąga mojej racjonalności, mojej godności istoty rozumnej, fakt, że pokładam ufność w drugim człowieku. Nie odkrywam tutaj żadnej Ameryki. Postępujemy tak przy najważniejszych decyzjach w naszym życiu: małżeństwie, kapłaństwie. Ufamy.

Po drugie, kiedy czytam opowiadania ewangeliczne o zmartwychwstaniu Jezusa (ale i to Pawłowe wyznanie wiary z Pierwszego Listu do Koryntian), to uświadamiam sobie, że starym językiem (co prawda biblijnym, ale starym) trzeba było wyrazić absolutną nowość, co nie jest proste. Ileż to razy, przy opisie doświadczeń z naszego porządku mamy tę samą trudność i mówimy w końcu zrezygnowani: brakuje mi słów?

Po trzecie, oni, apostołowie, za tę swoją wiarę oddali życie: jedni dosłownie (jak Piotr, Jakub czy Paweł), inni skazani zostali na tułaczkę, wygnanie, biedę. Bycie chrześcijaninem w pierwotnych wspólnotach (jak na przykład tych w Galacji, zakładanych przez Pawła) wiązało się z wykluczeniem z cechów rzemieślniczych, a co za tym idzie – utratą dochodów. Zastanawiam się, czy ktoś jest gotów ponosić takie ofiary za mrzonki?

I po czwarte, wiara w zmartwychwstanie Jezusa wpisuje się w biblijną wiarę w Boga życia. Jest zmartwychwstanie, możliwość zmartwychwstania (nawet jeśli brzmi to głupio) rozwiązaniem skandalu śmierci. Czasami wydaje mi się, że współczesny kryzys wiary w to, że Jezus zmartwychwstał, bierze się nie tylko z tego, że podejrzliwie patrzymy na pierwszych uczniów, ale i z tego (a może przede wszystkich z tego właśnie), żeśmy utracili ten biblijny klimat wiary w Boga życia.

ks. Adam Błyszcz
Kazanie wygłoszone w Wielkanoc 2015 r.

Św. Efrem, Hymn na Przaśniki, III

opublikowane: 14 kwi 2017, 12:18 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 14 kwi 2017, 12:20 ]

W Egipcie był zabity baranek paschalny,
na Syjonie był zamordowany prawdziwy Baranek.

Bracia moi, weźmy pod uwagę oba baranki,
Zobaczymy, czym się różnią, a w czym są do siebie podobne.

Rozważmy i porównajmy ich wypełnienie,
baranka, który był symbolem, i Baranka, który jest Prawdą.

Spójrzmy na symbol jak na cień,
Spójrzmy na Prawdę jak na wypełnienie.

Posłuchajmy zwykłych symboli, które dotyczą Paschy
i podwójnego wypełnienia tej naszej Paschy.

Dzięki barankowi paschalnemu miało miejsce dla ludu hebrajskiego
wyjście z Egiptu, a nie wejście.

Tak samo, dzięki prawdziwemu Barankowi, miało miejsce dla pogan
wyjście z Błędu, a nie wejście.

Dzięki Barankiem Żyjącemu miało miejsce również inne wyjście:
dla zmarłych, z Szeolu, jak z Egiptu.

W Egipcie zawierają się dwa symbole,
w nim odbija się zarówno Szeol, jak i Błąd.

Dzięki barankowi paschalnemu zachłanność Egipcjan
nauczyła się oddawać, przeciwko swojej woli.

Dzięki Barankiem Żyjącemu głód Szeolu
zwrócił umarłych, przeciwko swej naturze.

Dzięki prawdziwemu Barankowi zachłanny Błąd
odrzucił i odesłał Pogan, którzy zostali ocaleni.

Dzięki barankowi paschalnemu Faraon odesłał lud hebrajski,
który, podobnie jak Śmierć, zatrzymywał.

Dzięki Barankiem Żyjącemu Śmierć odesłała
sprawiedliwych, którzy opuścili swe groby.

Dzięki prawdziwemu Barankowi Szatan oddał pogan,
których, podobnie jak Faraon, zatrzymywał.

W Faraonie ukrywają się dwa typy:
był znakiem zarówno Śmierci, jak i Szatana.

Dzięki barankowi paschalnemu w Egipcie otwiera się wyrwa
i ścieżka się prostuje przed ludem hebrajskim.

Dzięki prawdziwemu Barankowi Szatan, który zablokował wszystkie drogi,
zostawia wolną drogę, która prowadzi do Prawdy.

Ten Prawdziwy Baranek, okrzykiem który z siebie wydał, otworzył
drogę z grobu dla tych, którzy leżą w nim pogrzebani.

Refren: Chwała Synowi, Panu zapowiedzi,
który dzięki Krzyżowi wypełnił każdą zapowiedź.

Kazanie Pasyjne na Niedzielę Palmową AD 2017

opublikowane: 9 kwi 2017, 09:37 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 9 kwi 2017, 09:40 ]

Amoris laetitia - cześć 4

W zrozumieniu przesłania papieża Franciszka, Jego adhortacji Amoris laetitia, pomóc może czytelnikowi przywołanie pewnych metafor, którymi Franciszek się posługuje, aby w swoim orędziu stać bliższym tym, którzy chcą Go słuchać i pojąć.

Pierwszą taką metaforą jest obraz matki. Zostaje przywołana w punkcie 308 adhortacji, ma mobilizować do takiej miłości, która nie boi się swoistej dwuznaczności. „Rozumiem tych, którzy wolą duszpasterstwo bardziej rygorystyczne, nie pozostawiające miejsca na żadne zamieszanie. Szczerze jednak wierzę, że Jezus Chrystus pragnie Kościoła zwracającego uwagę na dobro, jakie Duch Święty szerzy pośród słabości: Matki, która wyrażając jednocześnie jasno obiektywną naukę „nie rezygnuje z możliwego dobra, lecz podejmuje ryzyko pobrudzenia się ulicznym błotem. Pasterze proponujący wiernym pełny ideał Ewangelii i nauczanie Kościoła, muszą im także pomagać w przyjęciu logiki współczucia dla słabych i unikania prześladowania lub osądów zbyt surowych czy niecierpliwych” (AL, 308). Metafora matki nabiera swojej mocy, w momencie konfrontacji z postawą, której Franciszek przeciwstawia matczyną czułość. Swoje źródło ma ona w woli samego Chrystusa i odpowiada pierwotnemu zamysłowi Pana wobec Kościoła. Ale też, zgodnie z postulowanym przez papieża prymatem narracji nad dogmatem, ta matczyna czułość powinna pomóc odczytać Bożą obecność, łaskę w tych wszystkich sytuacjach naznaczonych słabością. Symbol matczynej miłości zostaje wzmocniony ulubioną metaforą Franciszka, który Kościół przyrównuje do szpitala polowego. „Oświecony spojrzeniem Jezusa Chrystusa, Kościół „zwraca się z miłością do tych, którzy uczestniczą w Jego życiu w sposób niepełny, uznając, że łaska Boga działa również w ich życiu, dając im odwagę do czynienia dobra, troszczenia się z miłością jedno o drugie i służenia wspólnocie, w której żyją i pracują”. Z drugiej strony postawa taka umacnia się w kontekście Roku Jubileuszowego poświęconego miłosierdziu. Chociaż zawsze proponuje doskonałość i zachęca do pełniejszej odpowiedzi Bogu, „Kościół musi bacznie i z troską towarzyszyć swoim dzieciom najsłabszym, naznaczonym miłością zranioną i zagubioną, przywracając nadzieję i zaufanie, jak światło latarni morskiej czy też pochodnia wniesiona pośród ludzi, by oświecić tych, którzy stracili kurs, czy też są w samym środku burzy”. Nie zapominajmy, że często zadanie Kościoła jest podobne do szpitala polowego” (AL, 291). Czyżby papież chciał podkreślić, że Kościół nigdy nie funkcjonuje w warunkach jakiejś iluzorycznej sterylności, czystości. I warto chyba odwołać się do jeszcze jednego obrazu, którego źródła znajdują się w Biblii. To obraz pasterza. „Oblubienica Chrystusa przyswaja sobie postawę Syna Bożego, który wszystkim wychodzi naprzeciw, nie pomijając nikogo”. Dobrze wie, że Jezus przedstawia się jako pasterz stu owiec, a nie dziewięćdziesięciu dziewięciu. Chce je wszystkie. Wychodząc z tej świadomości stanie się możliwe, że „do wszystkich, tak wierzących, jak i tych, którzy są daleko, dotrze balsam miłosierdzia jako znak królestwa Bożego, które jest już obecne pośród nas” (AL, 309). Nie możemy tracić sprzed oczu pewnej zasadniczej sprawy. Adhortacja niewątpliwie poświęcona jest małżeństwu i rodzinie, ale ona także postuluje odnowę Kościoła. Tu nie tyle chodzi o zmianę doktryny Kościoła odnośnie nierozerwalności małżeństwa czy dopuszczenia do Komunii świętej rozwodników, którzy są w ponownych związkach, ale o taki Kościół, który będzie odpowiadał pierwotnemu zamysłowi Jezusa Chrystusa. Oczywiście można się spierać czy taką refleksję teologiczną da się prowadzić symbolami i metaforami. Nie ulega jednak wątpliwości, że przemawiają one bardzo mocno do wyobraźni wierzących, angażując ich w taki projekt reformy.

ks. Adam Błyszcz

Kazanie pasyjne na czwartą niedzielę Wielkiego Postu AD 2017

opublikowane: 28 mar 2017, 13:11 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 9 kwi 2017, 09:33 ]

Amoris laetitia - cześć 3

Zobaczmy, czy jest możliwa bardziej optymistyczna lektura tego, co zaproponował nam Franciszek, rok temu publikując Amoris laetitia.

Wydaje się, że powinniśmy rozpocząć od tego, który przez samego papieża wskazywany jest na najtrafniejszego interpretatora adhortacji – kardynała Christopha Schönborna. Wiedeński arcybiskup powiada, że czytając Amoris laetitia, mamy do czynienia z papieskim dokumentem wysokiej jakości, że jest on autentyczną lekcją, studium świętej doktryny, który prowadzi nas ku teraźniejszości Słowa Bożego. W ocenie austriackiego purpurata Franciszek postrzega doktrynę Kościoła jako teraźniejszość, aktualizację Słowa Bożego, wcielonego w naszą historię i przekazuje [komunikuje] ją wsłuchując się w pytania, które zostają postawione Kościołowi i w Kościele, który jest w drodze. Ta metafora drogi, bycia w drodze jest czymś uprzywilejowanym przez Franciszka. I w trakcie pisania adhortacji Ojciec Święty będzie do niej często wracał. I nią też zakończy swoją refleksję, pisząc: „Rodziny, podążajmy naprzód i nie ustawajmy! Mamy obietnicę, że więcej jeszcze zawsze przed nami. Nie traćmy nadziei z powodu naszych ograniczeń, ale nie rezygnujmy też z dążenia do pełni miłości i jedności, które zostały nam obiecane” (AL, 325).

Co papież chce nam powiedzieć, posługując się symbolem drogi (przy czym założyć trzeba, że to niejedyny symbol przywołany przez Ojca Świętego)? Odnoszę wrażenie, że chce wskazać na dwa aspekty. Po pierwsze, będąc w drodze, cel/ideał ma się przed sobą. Co oznaczałoby, że należy zaakceptować pewną niedoskonałość, ułomność czy też chropowatość teraźniejszości, która ma prawo odbiegać od zakładanego celu lub ideału! Franciszek nastaje na to, że żadna rodzina, żadne małżeństwo nie są rzeczywistością doskonałą i zaprogramowaną raz na zawsze. „W ten sposób małżonkowie mogą rozpoznać sens pokonywanej drogi. Jak to bowiem wiele razy przypominaliśmy w tej adhortacji, żadna rodzina nie jest doskonała i uformowana raz na zawsze, ale wymaga stopniowego rozwoju swej zdolności do kochania” (AL, 325).

Ponadto droga suponuje pewien dynamizm, który bardziej – w rozumieniu Franciszka – skoncentrowany jest na konkrecie niż na abstrakcyjnych zasadach lub prawdach. Ta abstrakcyjność stanowi coś, co może alienować człowieka we wspólnocie i ze wspólnoty Kościoła.

Jestem przekonany, że położenie akcentu przez papieża na konkrecie (w jakimś sensie uważam to za eksplikację prymatu opowieści nad dogmatem) sprawia, że zostaje przewartościowane życie tych par, które zostały wpisane w klasyczną formułę cudzołóstwa, grzechu. Ich dzieci odkrywają powołanie do życia w małżeństwie lub kapłaństwie. Spotkałem w trakcie mojej posługi kapłańskiej takie związki niesakramentalne, których dzieci, patrząc na swoich rodziców, odkrywali powołanie do małżeństwa lub kapłaństwa. Konkret, idący przed dogmatem, zatem objawia działającą łaskę; nie mówiąc już o sytuacjach heroicznych, jak chociażby historia Anny Radosz (Kobiety, która w czasie ciąży miała nawrót choroby nowotworowej i odmówiła leczenia z uwagi na dziecko. Zmarła kilka miesięcy po urodzeniu syna – przyp. red.).

W przeciwieństwie do oponentów Franciszkowego nauczania kardynał Christoph Schönborn podkreśla, że Amoris laetitia jest mocno osadzona w Tradycji Kościoła. Wskazuje przede wszystkim na dwa punkty. Pierwszy, wywodzący się z duchowości ignacjańskiej, a mówiący o rozpoznaniu przez sumienie – temu poświęcimy nieco więcej uwagi w późniejszym momencie. Drugi, wywodzący się z tradycji dominikańskiej (tutaj punktem odniesienia jest przede wszystkim św. Tomasz z Akwinu), to moralność cnót. I zapewne byłoby dobrze zacytować fragment wywiadu, którego austriacki hierarcha udzielił ojcu Antonio Spadaro, redaktorowi jezuickiego dwutygodnika „La civiltà cattolica”. Odnosząc się do owej moralności cnót, powiada, że „odwracamy się od moralności opartej na obowiązku, powinności, które wskutek pewnej zewnętrzności kończą się zgodą na wszelkie możliwe zachowania, postawy lub absolutnym rygoryzmem. Po to, aby rzucić się w wielką tradycję katolicką, i dzięki niej, wszystko naznaczyć głębokim personalizmem”. [1]

Oczywiście, szukamy jakiegoś klucza lektury Amoris laetitia. O tym w następnej katechezie.

ks. Adam Błyszcz

fot. Paul Robinson, Freerange Stock

[1] Francesco, Amoris laetitia. Esortazione apostolica postsinodale sull’amore nella famiglia. Testo integrale e commento de La Civiltà Cattolica, Milano 2016, str. 212-213.

Kazanie pasyjne na trzecią niedzielę Wielkiego Postu AD 2017

opublikowane: 19 mar 2017, 05:39 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 9 kwi 2017, 08:59 ]

Amoris laetitia - cześć 2

Jaka zatem jest recepcja Amoris laetitia? Powiedzmy sobie szczerze, że to, co może ją spotkać najgorszego to nie zarzut zdrady doktryny, tradycji Kościoła lub zarzut, że niezbyt odważnie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom frakcji liberałów, którzy oczekiwaliby zmiany dyscypliny Kościoła. Sam papież to doskonale widzi, dlatego już na samym początku mówi: „Dyskusje, jakie mają miejsce w środkach przekazu lub w publikacjach, czy też pomiędzy ludźmi Kościoła, przebiegają od niepohamowanej chęci zmiany wszystkiego, pozbawionej wystarczającej refleksji i ugruntowania, do postawy usiłowania rozstrzygnięcia wszystkiego za pomocą ogólnych norm lub wyciągania daleko idących wniosków z niektórych refleksji teologicznych” (AL, 2). Nie to jednak jest pierwszym wrogiem adhortacji apostolskiej. Jej najbardziej zagraża obojętność, nieczytanie tego, co Ojciec Święty ma do powiedzenia Kościołowi. Lenistwo duszpasterzy, którzy będą w imię świętego spokoju lekceważyć, ignorować słowo Biskupa Rzymu. Dlatego zachęcam do czytania. Chociażby tak jak proponuje to niszowy portal www.jotjotzet.pl. Każdego dnia Wielkiego Postu jeden paragraf Amoris laetitia.

Mówiąc o recepcji papieskiej adhortacji dedykowanej miłości w małżeństwie i rodzinie zacznijmy od tych, którzy widzą w niej zagrożenie dla integralności katolickiej nauki o małżeństwie. Najgłośniej wyrazili to czterej kardynałowie (Raymond Leo Burke, Walter Brandmüller, Carlo Caffarra oraz Joachim Meisner), którzy postawili Franciszkowi pięć pytań oczekując na nie odpowiedzi "tak" lub "nie". Papież widzi w nich tych, którzy reprezentują duszpasterstwo czarno-białe, ale tej wizji On sam nie zamierza się podporządkować. Gdyż rozumie „tych, którzy wolą duszpasterstwo bardziej rygorystyczne, nie pozostawiające miejsca na żadne zamieszanie. Szczerze jednak wierzę, że Jezus Chrystus pragnie Kościoła zwracającego uwagę na dobro, jakie Duch Święty szerzy pośród słabości: Matki, która wyrażając jednocześnie jasno obiektywną naukę „nie rezygnuje z możliwego dobra, lecz podejmuje ryzyko pobrudzenia się ulicznym błotem” (AL, 308).

Pytania hierarchów


O co pytała wspomniana czwórka hierarchów?  Pierwszą wątpliwością jest pytanie, czy obecnie można udzielać rozgrzeszenia i w konsekwencji dopuszczać do Komunii św. osoby, które mając zawarty ważnie związek małżeński, żyją z inną osobą i współżyją z nią seksualnie, bez spełnienia warunków przewidzianych w adhortacji Familiaris Consortio (84) [1] i potwierdzonych następnie w adhortacjach Reconciliatio et paenitentia (34) i Sacramentum caritatis (29) Czy wyrażenie „w pewnych przypadkach” z przypisu 351. do punktu 305. adhortacji Amoris laetitia można zastosować do osób rozwiedzionych, które w nowym związku współżyją seksualnie? – pyta czterech kardynałów.

Ich druga wątpliwość dotyczy tego, czy po publikacji punktu 304. Amoris laetitia nadal ważne jest nauczanie z punktu 79. encykliki sw. Jana Pawła II Veritatis Splendor, oparte na Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła nt. istnienia absolutnych norm moralnych, które zabraniają czynów ze swej istoty złych, co jest wiążące bez wyjątku.

Trzecia wątpliwość została wyrażona w pytaniu, czy po Amoris laetitia (301) nadal można twierdzić, że osoba, która notorycznie żyje w sprzeczności z przykazaniami prawa Bożego, np. w przypadku cudzołóstwa, znajduje się w obiektywnej sytuacji ciężkiego grzechu.

Wątpliwość czwarta dotyczy tego, czy po stwierdzeniu Amoris laetitia (302), że okoliczności mogą zmniejszać moralną odpowiedzialność za czyny, nadal należy uważać za ważne nauczanie św. Jana Pawła II z encykliki Veritatis splendor (81), oparte na Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła, zgodnie z którym „okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn «subiektywnie» godziwy lub taki, którego wybór można usprawiedliwić”.

Wreszcie piąta wątpliwość dotyczy tego, czy po Amoris laetitia (303) należy nadal uważać za ważne nauczanie św. Jana Pawła II z encykliki Veritatis Splendor (56), oparte na Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła, które wyklucza twórczą interpretację roli sumienia i podkreśla, że sumienie nigdy nie jest upoważnione do legitymizowania wyjątków do absolutnych norm moralnych, które zabraniają czynów ze swej istoty złych ze względu na ich przedmiot. [2]

Dlaczego Papież nie odpowiada?


Nie rozstrzygniemy tych wątpliwości, bo nie chce ich rozstrzygnąć sam Franciszek. Co więcej, jak przyznaje kard. Gerhard Müller, prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, ta dykasteria mogłaby wprost odpowiedzieć na wątpliwości czterech kardynałów. Tak jak oni sobie tego życzą w formule zerojedynkowej. Ale może to uczynić wyłącznie na polecenie samego papieża. A ten milczy. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że on przyznaje prymat opowieści nad dogmatem. I to rodzi pewne zamieszanie lub napięcia. Ale kryje się w tym również, tak to interpretuję, pewna pedagogia. Wypowiedź papieża zamknęłaby drogę jakimkolwiek poszukiwaniom teologicznym, chociażbym takim, jakim w przestrzeni teologii języka włoskiego prowadzą Giovanni Cereti (kwestia dopuszczenie rozwodników żyjących w ponownych związkach w Kościele pierwotnym), Basilio Petrà (Tradycja Kościoła Prawosławnego i problem małżeństw wdowców i wdów) czy Andrea Grillo (usytuowanie katolickiej doktryny małżeńskiej w kontekście historycznym). Uchylenie się papieża Franciszka wydaje się respektować zasadność reguły: Roma locuta, causa finita (Rzym przemówił, sprawa zakończona).

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś innego. Wydaje się, że Franciszek jest konfrontowany przez swoich oponentów przede wszystkim ze św. Janem Pawłem II, ale przywołowywana nie jest adhortacja Familiaris Consortio, której punkt 84. otwierał możliwości duszpasterstwa osób żyjących w ponownych związkach i postulował dla nich „wspólnotę kościelną” (podkreślał, że pozostają dziećmi Kościoła i mają w Nim swoje prawa i obowiązki), utrzymując zarazem „ekskomunikę eucharystyczną” (bez wstrzemięźliwości seksualnej nie mogli i nie mogą przyjmować Komunii św.). Przeciwko Franciszkowi przywoływana jest przede wszystkim encyklika Veritatis Splendor [Blask prawdy]. To jeden z najważniejszych dokumentów bogatego pontyfikatu św. Jana Pawła II. To jest właściwie encyklika (praca nad nią trwać miała kilka lat i pewnie święty Jan Paweł II zaangażował w to dzieło niejeden ośrodek akademicki), która zbiera wielowiekową Tradycję Kościoła orzekania kwestii moralnych. W związku z tym zarzut formułowany pod adresem Franciszka przez autorów wątpliwości jest bardzo poważny: zanegowane nie jest nauczanie jednego papieża, ale doktryna Kościoła, cała Tradycja Kościoła.

Polski teolog i publicysta w swoim eseju "Trzy hipotezy o Franciszku" [3] próbuje sformułować trzy wyjaśnienia takiej postawy Ojca Świętego zaprezentowanej w Amoris laetitia. Czy Papież chce zrewidować całą dotychczasową naukę Kościoła (papieży i Soborów) odnośnie do sakramentu małżeństwa, a zatem także spowiedzi i Eucharystii? A może Franciszek jest przekonany, że istnieje możliwość teologicznego przepracowania doktryny sakramentu małżeństw, tak aby „pozwolić na zdjęcie z pewnej części osób w związkach niesakramentalnych pełnej odpowiedzialności za grzech współżycia pozamałżeńskiego poprzez maksymalne rozszerzenie katechizmowego braku pełnego przyzwolenia woli i rozumu”. Michał Barcikowski słusznie zauważa tutaj nacisk Franciszka na problem kształtowania sumienia. Do tego tematu wrócimy nieco później. I na samym końcu, może jest tak, że Amoris laetitia stanowi wyznanie klęski Kościoła wobec spoganienia jego członków. Zobaczymy, czy jest możliwa bardziej optymistyczna lektura tego, co zaproponował nam Franciszek rok temu, publikując Amoris laetitia.

ks. Adam Błyszcz

[1] Święty Jan Paweł II stwierdził, że rozwodnicy żyjący w ponownych związkach mogą przyjmować Komunię św., pod warunkiem że zrezygnują w nowym związku ze współżycia seksualnego. O konsekwencjach dyscyplinarnych lub dogmatycznych dla rozumienia sakramentu małżeństwa mówić będziemy później.

[2] por. Michał Barcikowski, Trzy hipotezy o Franciszku, w: Christianitas 65/2016, str. 12–13.

[3] por. Michał Barcikowski, Trzy hipotezy o Franciszku, w: Christianitas 65/2016, str. 5–16.

Kazanie pasyjne na drugą niedzielę Wielkiego Postu AD 2017

opublikowane: 11 mar 2017, 13:09 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 17 mar 2017, 14:00 ]

Amoris laetitia - cześć 1

Rok temu, niejako w dwóch etapach została zaprezentowana Kościołowi adhortacja apostolska Amoris laetitia. W dwóch etapach, gdyż papież Franciszek podpisał ją 19 marca, w uroczystość świętego Józefa 2016 roku. Przypomnijmy, rozpoczynał się czwarty rok pontyfikatu papieża z Argentyny, wybranego na stolicę piotrową 13 marca 2013 r., zaś 19 marca 2013 r.  odbyła się uroczysta inauguracja nowego pontyfikatu. Tyle podpisanie dokumentu. Został on oficjalnie zaprezentowany w Watykanie 8 kwietnia 2016 roku. Prezentacji dokonał arcybiskup Wiednia, kardynał Christoph Schönborn. Od tego momentu adhortacja zaczęła żyć (jak każda książka) swoim życiem. Wystawiona na wielorakie interpretacje, czasami wręcz przeciwstawne.

Najprzód zobaczmy, czym jest adhortacja. To jeden z typów dokumentów pisanych przez papieża. W hierarchii takowych dokumentów adhortacja (z łaciny: adhortatio – zachęta, upomnienie) zajmuje jedno z pierwszych miejsc. Na pewno nie jest tak ważna jak konstytucja apostolska lub encyklika, ale właściwie podąża zaraz za nimi. Adhortacja apostolska to coś, co rodzi się na skrzyżowaniu doktryny (zatem nauczania dogmatycznego Kościoła) i duszpasterstwa oraz misji Kościoła (w tej przestrzeni owo nauczanie Kościoła musi się zmierzyć z konkretnymi sytuacjami - dla Amoris laetitia ta przestrzeń wydaje się być określona przez doktrynę dotyczącą sakramentu małżeństwa i miłosierdzie). Znaczenie i niepowtarzalność adhortacji wynika także z procesu jej powstawania. Jest ona owocem pracy całego Kościoła. A pojawia się po pracach Synodu. I znowu nieco kuchni watykańskiej. Otóż synod biskupów to ostatnie dziecko Soboru Watykańskiego II. Synod został ustanowiony przez Pawła VI we wrześniu 1965 roku, a zatem na kilka miesięcy przed zakończeniem obrad Soboru Watykańskiego II. W zamyśle twórców (gdyż Paweł VI odpowiadał jakoś na zapotrzebowania i sugestie ojców soborowych) miał to być organ doradczy i w jakiejś mierze reprezentujący wobec Ojca Świętego (i pewnie jeszcze bardziej wobec Kurii Rzymskiej, która nie wiadomo dlaczego nie cieszy się sympatią – czego przykładem może być chociażby wywiad, którego udzieliła Marie Collins, ofiara molestowania) Kościoły lokalne. I nie bez znaczenia było i to, że ojcowie soborowi chcieli w jakiejś mierze utrzymać, zachować klimat Soboru. Musimy przyznać, że w naszej pamięci kościelnej zatarło się wspomnienie tego wydarzenia. Pamiętajmy, że działo się to niemal 20 lat po II wojnie światowej, która nie tylko zdziesiątkowała ludność, nadto jednak obnażyła słabość chrześcijaństwa, które ani w Rosji, ani w Niemczech nie było w stanie sprzeciwić się totalitaryzmom (męczennicy, którymi chlubią się Kościół rzymskokatolicki, wspólnoty protestanckie i Kościół prawosławny, nie potrafią zatrzeć wrażenia, że wyznawcy Jezusa Chrystusa dali się ponieść w pierwszej połowie XX wieku ideologiom pogańskim). Z punktu widzenia chrześcijaństwa dotkliwa była zwłaszcza porażka w Niemczech. To przecież XIX- i XX-wieczna teologia niemiecka malowała krajobraz chrześcijaństwa europejskiego. Sobór watykański był zatem takim momentem, w którym upokorzony i poraniony katolicyzm próbował zmierzyć się ze społeczeństwem, w którym procesy sekularyzacyjne nabrały wyjątkowej dynamiki.

Wróćmy jednak do synodów, które miały być kontynuacją przygody Vaticanum II. Każdorazowo synod jest zwoływany przez papieża. On określa temat spotkania. On również ustala komisję, która ma z zadanie przygotować tak zwany dokument roboczy. Powstaje on w oparciu o bardzo szerokie konsultacje. Tutaj zatem musimy obalić jeden z mitów związanych z posługą Franciszka. To nie jest tak, że wspomniane ankiety, przygotowujące synod, pojawiły się dopiero z jego pontyfikatem. One były już wcześniej. Zapewne nie towarzyszył temu taki jazgot medialny, ale były. I tak na przykład przed jednym synodem zwołanym przez Jana Pawła II ankietę wypełnił stuletni prawie obywatel Francji. Synod poświęcony może być jakimś zagadnieniom związanym z duszpasterstwem Kościoła (przykładem może być Synod z 1983 roku poświęcony sakramentowi spowiedzi i pojednania, który zaowocował adhortacją Reconciliatio et Paenitentia, lub też sytuacją Kościoła na konkretnym kontynencie - synody od 991 roku do 1999 roku).

Amoris laetitia to owoc refleksji dwóch synodów. Jednego nadzwyczajnego i jednego zwyczajnego, które miały miejsce w 2014 i 2015 roku. Tutaj należałoby przypomnieć i to, że Franciszek zmienił problematykę wspomnianych synodów. Pierwotnie planowano, że będą poświecone zagadnieniom bioetycznym. Dopiero interwencja nowego papieża sprawiła, że skoncentrowano się na małżeństwie i rodzinie.

I tak oto mamy adhortację poświęconą radości miłości w małżeństwie i rodzinie. Dokument składa się z dziewięciu rozdziałów i liczy ponad trzysta paragrafów. Punktem wyjścia – pierwszy rozdział – jest Słowo Boże – to horyzont lektury tego, co dzieje się z małżeństwem i rodziną w dobie współczesnej. Stąd od razu pytanie: w jaki sposób w naszym duszpasterstwie lokujemy Słowo Boże (co chociażby wyraża się chociażby przez kręgi biblijne lub grupy lectio divina działające przy naszych parafiach). Czy przyznajemy mu prymat czy też skazujemy się na określone projekty antropologiczne, które są wyrazem kontekstu społecznego, kulturowego czy też politycznego. Niekoniecznie jednak muszą takie projekty nawiązywać do Ewangelii. To Słowo Boże jest istotne nie tylko dlatego, że zawiera, wyraża pewien projekt Boga wobec tego, co dzieje się między mężczyzną a kobietą, ale również dlatego, że to Słowo Boże opowiada historię małżeństwa, miłości. „Biblia pełna jest rodzin, pokoleń, historii miłości i kryzysów rodzinnych, począwszy od pierwszej strony, gdzie wkracza na scenę rodzina Adama i Ewy z jej brzemieniem przemocy, ale także z siłą życia, które trwa nadal (por. Rdz 4), aż do ostatniej strony, gdzie pojawiają się zaślubiny Oblubienicy i Baranka (por. Ap 21, 2.9)”. (AL, 8). Chrześcijaństwo zasadza się na opowieści i jest opowieścią. Rozdział drugi natomiast stanowi refleksję papieża nad sytuacją małżeństwa i rodziny w dobie obecnej. To chyba najbardziej gorzki i smutny fragment Amoris laetitia. Franciszek mierzy się z tym, co zagraża małżeństwu i rodzinie.

W sposób szczególny dokucza mu postawa mediów i instytucji państwowych, które wydają się osłabiać kondycję rodziny i małżeństwa. To również rozdział, w którym mierzymy się z problemem naszego sądu nad światem. Jak wyrazić nasz chrześcijański krytycyzm wobec świata. To pytanie sprowokowane lekturą drugiego rozdziału stawia przed nami kwestię języka, jakim komunikujemy się ze światem. Franciszek jest tego zadania świadom i dlatego podkreśla, „że nie ma sensu, aby zatrzymywać się na retorycznym oskarżaniu aktualnego zła, jakby to mogło coś zmienić. Niczemu nie służy także próba narzucania norm siłą władzy” (AL, 35). Bardzo ważne zdanie, gdyż postuluje nie tylko zmianę języka Kościoła, ale zapowiada zmianę akcentu w postrzeganiu edukacyjnej roli stanowionego prawa.

Postulat zmiany języka nakłada na duszpasterzy obowiązek swoistej samokrytyki. Jakżeż nie przyznać racji Franciszkowi, który pisze, że „trzeba pokornie i realistycznie uznać, że czasami nasz sposób prezentacji przekonań chrześcijańskich i sposób traktowania ludzi przyczyniły się do spowodowania tego, co obecnie jest powodem narzekania i z czego wypada nam dokonać zdrowej samokrytyki (AL, 35). Niech nam to pozostanie w głowie: postulat nowego, innego języka przepowiadania. Amoris laetitia jest adhortacją na wskroś duszpasterską!

W rozdziale trzecim Franciszek traktuje o tym, co Kościół, przekazując słowo Jezusa, ma do powiedzenia na temat małżeństwa. Czy to orędzie – jak chcą niektórzy - sprowadza się do obrony nierozerwalności małżeństwa, czemu papież poświęca zresztą sporo uwagi? A może rację mają ci, którzy uważają, że ten trzeci rozdział to ponowny (i może ostatni) refleks postawy Kościoła, który uczynił się bardziej nosicielem natury, prawa naturalnego, niż Objawienia? Sam Autor jakoś daje powody, aby tak myśleć, skoro w pierwszym paragrafie tegoż rozdziału pisze, że „przed rodzinami i pośród nich zawsze powinno rozbrzmiewać pierwsze orędzie, które jest tym, „co jest najpiękniejsze, większe, bardziej pociągające i jednocześnie bardziej potrzebne” i „powinno zajmować centralne miejsce w działalności ewangelizacyjnej”. Jest to orędzie zasadnicze, „do którego trzeba stale powracać i słuchać na różne sposoby i które trzeba stale głosić podczas katechezy w tej czy innej formie”. Bo „nie ma nic bardziej solidnego, bardziej głębokiego, bardziej pewnego, bardziej treściwego i bardziej mądrego od przepowiadania” a „cała formacja chrześcijańska jest przede wszystkim pogłębieniem kerygmatu” (AL, 58). To trochę tak jakby papież zdawał sobie sprawę z tego, że dyskurs o nierozerwalności małżeństwa musi rodzić frustrację. I jedyną odpowiedzią na tę frustrację tych, którym – mówiąc kolokwialnie nie wyszło - stanowi proklamacja kerygmatu a ten sprowadza się do wyznania, że miłość Boga do człowieka jest uprzednia, miłosierna.

Ale i ten kerygmat wystawiony jest na niebezpieczeństwo instytucji Kościoła. Zdaje sobie z tego sprawę sam Franciszek, skoro pisze: "Nauczanie teologii moralnej nie powinno pomijać przyswojenia sobie tych rozważań, bo o ile prawdą jest, że musimy dbać o integralność nauczania moralnego Kościoła, to zawsze należy przykładać szczególną uwagę, aby ukazać i zachęcić do najwznioślejszych i centralnych wartości Ewangelii, szczególnie prymatu miłości jako odpowiedzi na bezinteresowną inicjatywę miłości Boga. Czasami wiele kosztuje nas zrobienie w duszpasterstwie miejsca na bezwarunkową miłość Boga. Stawiamy tak wiele warunków miłosierdziu, że ogołacamy je z konkretnego sensu i realnego znaczenia, a to jest najgorszy sposób rozwodnienia Ewangelii. [kursywa moja]. Prawdą jest, na przykład, że miłosierdzie nie wyklucza sprawiedliwości i prawdy, ale trzeba przede wszystkim powiedzieć, że miłosierdzie jest pełnią sprawiedliwości i najjaśniejszą manifestacją prawdy Bożej. Dlatego też należy zawsze uznać za „nieadekwatną jakąkolwiek koncepcję teologiczną, która ostatecznie kwestionuje wszechmoc Boga, a w szczególności Jego miłosierdzie” (AL, 311). Dlaczego tak się dzieje? Być może dlatego, że w naszym duszpasterstwie rozumienie miłosierdzia oparliśmy się przede wszystkim o paradygmat sakramentu spowiedzi. Ten paradygmat konstytuowany jest przez pięć warunków dobrej spowiedzi, z których trzy recytujemy na jednym wydechu - a zatem: żal za grzechy, mocno postanowienie poprawy, zadośćuczynienie (cokolwiek miałoby ono oznaczać). To chyba z wierności takiej wizji duszpasterstwa płynie surowe zdanie, ale czy słuszne, arcybiskupa Bolonii, kardynała Carlo Caffarry (niewątpliwie sprzeciwiającego się nauczaniu Franciszka. To jeden z autorów owych wątpliwości, o których kilka miesięcy temu donosiły światowe media, a które zostały wyartykułowane przez czterech kardynałów po ich lekturze Amoris laetitia). Otóż kardynał Caffarra w swoim eseju poświęconym nierozerwalności małżeństwa, zamieszczonym w książce Pozostać w prawdzie Chrystusa. Małżeństwo i komunia w Kościele katolickim, powiada, że „Bóg nie przebacza temu, kto nie żałuje, ponieważ pragnie odnowić relację prawdziwej przyjaźni w wolności” (str. 172). Brzmi to strasznie!

Amoris laetitia ukazała się w trakcie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia. Ono wydaje się być horyzontem hermeneutycznym papieskiego dokumentu. Na zakończenie Roku Miłosierdzia Franciszek ofiarował Kościołowi medytację w formule listu apostolskiego Misericordia et Misera poświęconą początkowi ósmego rozdziału Ewangelii świętego Jana, który opowiada historię kobiety pochwyconej na zdradzie małżeńskiej i oskarżonej o cudzołóstwo. Jezus jej przebacza i ją broni, chociaż z jej strony nie ma żadnego wyznania grzechów czy też żalu za nie. Ktoś oczywiście może postawić mi zarzut, że mieszam dwa porządki, dwa języki. Porządek, język narracyjny – chrześcijaństwo to opowieść, narracja o Jezusie Chrystusie i o rodzącej się wspólnocie Jego uczniów - z porządkiem, językiem dogmatycznym, dyscyplinarnym tejże wspólnoty – Kościoła. Chcę jedynie wskazać na to, że język dyscyplinarny jest zależny od opowieści. I myśl o tym, że jedynym czy wyłącznym szlakiem Bożego miłosierdzia jest paradygmat sakramentu spowiedzi, wydaje się swoistą uzurpacją porządku dogmatycznego wobec porządku ewangelicznej narracji.

Powróćmy do Amoris laetitia. Czwarty rozdział to chyba najbardziej wdzięczny fragment adhortacji. W gruncie rzeczy to egzegeza (czego chyba we Franciszkowym nauczaniu nie oczekiwaliśmy – ot, taki parweniusz z peryferyjnego Buenos Aires, z końca świata – czyż nie myślimy tak?) 13 rozdziału Listu świętego Pawła do Koryntian, czyli Hymnu o miłości. Ilekroć prosiłem nowożeńców w trakcie mojej pracy duszpasterskiej, aby przygotowali Liturgię Słowa swojego ślubu najczęściej sięgali właśnie po ten tekst: "proszę księdza, to czytanie gdzie się mówi, że ona wszystko znosi". Ano miłość wszystko znosi: „Miłość nie daje się opanować urazami, pogardą dla ludzi, pragnieniem zranienia lub obciążania drugiego. Ideałem chrześcijańskim, zwłaszcza w rodzinie, jest miłość mimo wszystko. Czasami podziwiam na przykład postawę ludzi, którzy musieli rozejść się ze swoim małżonkiem, aby chronić się przed przemocą fizyczną, ale jednak ze względu na miłość małżeńską, która potrafi wyjść poza uczucia, byli w stanie działać na rzecz ich dobra, choć za pośrednictwem innych, w czasie choroby, cierpienia lub trudności. To także miłość mimo wszystko” (AL, 119).

Wartość czwartego rozdziału (można byłoby wydać go w formie osobnej książeczki i wręczać w parafiach tym wszystkim, którzy przygotują się do sakramentu małżeństwa lub szykują się do celebracji rocznicy swojego małżeństwa jako zachętę do refleksji! Raz jeszcze chcę podkreślić wymiar duszpasterski papieskiej adhortacji, który może być realizowany na różne sposoby) zasadza się nie tylko na jakości analizy biblijnej, ale i na tym, że jest ona przeplatana radami dziadka, który znając (tylko skąd to wie, będąc celibatariuszem, czyli dziadkiem bez babci) napięcia towarzyszące życiu małżeńskiemu i rodzinnemu, udziela rad, jak te napięcia rozwiązywać, rozwiązywać, a nie ich unikać! „Dlatego nigdy nie należy kończyć dnia bez pojednania w rodzinie". „A jak mam się jednać? Na kolanach? Nie! Wystarczy mały gest, mała rzecz, i wraca zgoda w rodzinie. Wystarczy pieszczota, bez słów. Lecz niech nigdy dzień rodziny nie kończy się bez pogodzenia się” (AL, 104).

W piątym rozdziale Amoris laetitia koncentrujemy się na płodności miłości małżeńskiej. Jak podkreśla o. Antonio Spadaro SI w swoim komentarzu, Franciszek podąża ścieżką duchową i psychologiczną. I to jest zapewne cenne, ale ci, którzy oczekiwali pewnej modyfikacji nauczania zawartego w encyklice Pawła VI Humanae Vitae są zapewne rozczarowani. Więcej, Franciszek zachęca do tego, aby „odkryć na nowo orędzie encykliki Humanae vitae Pawła VI, która podkreśla potrzebę poszanowania godności osoby przy moralnej ocenie sposobów regulacji urodzin [...]. Wybór adopcji i powierzenia w opiekę wyraża szczególną płodność doświadczenia małżeńskiego” (AL, 82).

Tematem szóstego rozdziału są duszpasterskie propozycje, które miałyby pomóc w tworzeniu trwałych i płodnych małżeństw odpowiadających zamysłowi Boga. Ale tutaj Franciszek zgodnie ze swoją wrażliwością proponuje, aby konkretnymi rozwiązaniami zajęły się lokalne Kościoły: „Dialogi w procesie synodalnym doprowadziły do przedstawienia potrzeby wypracowania nowych dróg duszpasterskich, które obecnie postaram się ogólnie podsumować. Poszczególne wspólnoty będą musiały wypracować propozycje bardziej praktyczne i efektywne, uwzględniające zarówno naukę Kościoła, jak i lokalne potrzeby i wyzwania” (AL, 199).

To jeden z podstawowych dynamizmów adhortacji. Przeniesienie odpowiedzialności na Kościoły lokalne. Rzym może dać impuls, ale nie potrafi ogarnąć konkretu. Rzym może wypracować pewne kryteria, ale ich aplikacją muszą zająć się poszczególne Kościoły lokalne. Tylko, co zrobić jeśli Kościoły lokalne nie będą tego chciały podjąć tego wezwania? Wydarzenia ostatnich tygodni, miesięcy pokazały, że ta pedagogia papieża (przenoszenia odpowiedzialności na Kościoły lokalne) nie dotyczy tylko duszpasterstwa małżeństwa i rodziny, ale także tego, co przynosi nam, Kościołowi wstyd. Jak chociażby skandal pedofilii wśród duchownych. I ukrywania tego faktu przez biskupów!

Niejako kontynuacją tej refleksji poświęconej płodności małżeństwa jest rozdział siódmy poświęcony wychowaniu dzieci. Zmysł pedagogiczny Franciszka daje znać o sobie, kiedy przeciwstawia dwa obrazy Kościoła. Jeden obraz to urząd celny a drugi to obraz ojcowskiego domu: Nie możemy zapomnieć, że „miłosierdzie to nie jest tylko działanie Ojca, lecz staje się kryterium pozwalającym zrozumieć, kim są Jego prawdziwe dzieci. Jesteśmy więc wezwani do życia miłosierdziem, ponieważ to my najpierw doznaliśmy miłosierdzia”. Nie jest to romantyczna propozycja lub słaba odpowiedź na miłość Boga, która zawsze pragnie promować ludzi, ponieważ „architrawem, na którym wspiera się życie Kościoła, jest miłosierdzie. Wszystko w działaniu duszpasterskim Kościoła powinno być przepojone czułością, z którą kieruje się do wiernych; w tym, co głosi i o czym daje świadectwo światu, nie może nigdy brakować miłosierdzia”. To prawda, że czasami „zachowujemy się jak kontrolerzy łaski, a nie jak ci, którzy ją przekazują. Kościół jednak nie jest urzędem celnym, jest ojcowskim domem, gdzie jest miejsce dla każdego z jego trudnym życiem”.

Z determinacją dobrego, pobożnego dziadka Franciszek podkreśla, że „dzieci potrzebują symboli, gestów, opowiadań [ponownie zostaje podkreślony prymat porządku narracji nad porządkiem dogmatycznym, dyscyplinarnym - uwaga moja]. Nastolatki często doświadczają kryzysu względem instytucji i norm. Dlatego trzeba pobudzać ich osobiste doświadczenie wiary i dawać im jasne świadectwo, które narzucają się z powodu samego ich piękna. Rodzice, którzy chcą wspomagać wiarę swoich dzieci powinni dostrzegać zachodzące w nich zmiany, wiedząc, że doświadczenie duchowe nie może być narzucone, ale powinno być zaproponowane ich wolności. Istotne znaczenie ma to, aby dzieci widziały w konkretny sposób, że dla ich rodziców modlitwa jest naprawdę ważna. Dlatego chwile modlitwy rodzinnej i przejawy pobożności ludowej mogą mieć większą siłę ewangelizacyjną od wszelkich katechez i wszystkich przemówień. Pragnę wyrazić szczególną wdzięczność wszystkim matkom, które modlą się nieustannie, podobnie jak św. Monika, za dzieci, które oddaliły się od Chrystusa” (AL, 288).

Nadszedł czas tego rozdziału, który był chyba najbardziej oczekiwany. Rozdział ósmy zatytułowany: "Towarzyszyć, rozpoznać i włączyć to, co kruche". Zanim adhortacja została opublikowana wiele osób zastanawiało się czy papież razem z synodem / synodami wprowadzi zmianę kościelnej dyscypliny i zezwoli, aby osoby żyjące w ponownych związkach, po rozpadzie uprzedniego i ważnego sakramentu małżeństwa mogły przyjmować Komunię świętą. I zapewne wielu z czytelników pozostało rozczarowanych, gdyż nie znalazło jednoznacznej odpowiedzi. Sam Franciszek uważa, że to nie jest najważniejsza kwestia. W wywiadzie, którego udzielił kilka miesięcy temu mocno podkreśla, że głównym problemem, przed którym staje Kościół to nie kwestia Komunii świętej dla rozwodników a kryzys małżeństwa i rodziny. Co wcale nie oznacza, że ósmy rozdział nie przynosi żadnych zmian, niekoniecznie te zmiany należy nazywać nowościami. Największa chyba polega na zmianie języka, jakim opisane są pary żyjące w sytuacji naznaczonej kruchością. Franciszek nie lubi określenia nieregularne, niesakramentalne. Kwintesencją tej zmiany jest deklaracja, że „aby właściwie zrozumieć, dlaczego możliwe i konieczne jest szczególne rozeznanie w niektórych sytuacjach zwanych „nieregularnymi”, istnieje pewna kwestia, którą zawsze należy uwzględniać, aby nigdy nie pomyślano, że usiłuje się minimalizować wymagania Ewangelii. Kościół dysponuje solidną refleksją na temat uwarunkowań i okoliczności łagodzących. Dlatego nie można [podkreślenie moje] już powiedzieć, że wszyscy, którzy są w sytuacji tak zwanej „nieregularnej”, żyją w stanie grzechu śmiertelnego, pozbawieni łaski uświęcającej" (AL, 301). Do czasu Amoris laetitia używaliśmy określeń cudzołożnicy, jawnogrzesznicy, aby opisać ich stan życia. W opisie tym w najmniejszym stopniu nie braliśmy pod uwagę wierności jaką te osoby sobie okazywały przez dziesięciolecia swojego związku. Powrócimy do tego jeszcze później.

Oczywiście od pytania o Komunię świętą dla rozwodników nie uciekniemy. Franciszek jest świadomy tego stąd słynny przypis 351. Przywołajmy go w całości: „w pewnych przypadkach mogłaby to być również pomoc sakramentów. Dlatego „kapłanom przypominam, że konfesjonał nie powinien być salą tortur, ale miejscem miłosierdzia Pana”, (Adhortacja apostolska Evangelii gaudium [24 listopada 2013], 44: AAS 105 [2013], 1038). Zaznaczam również, że Eucharystia „nie jest nagrodą dla doskonałych, lecz szlachetnym lekarstwem i pokarmem dla słabych”, (tamże, 47: 1039). Jest to przypis do paragrafu 305. Zajmiemy się tym nieco później.

Na tym etapie naszej refleksji przyjmijmy sugestię zmiany języka. Zmiany, która wynika z szacunku dla realiów, w których żyją „niesakramentalni” i Tradycji Kościoła. Ukoronowaniem tej refleksji jest rozdział dziewiąty poświęcony duchowości małżeńskiej i rodzinnej, na którą „składa się tysiące prawdziwych i konkretnych gestów” (AL, 315).

Niewątpliwie jest metodologia pisania i jest metodologia czytania. Sam Franciszek o niej nadmienia. „…nie polecam pośpiesznej lektury całości. Lepiej zostanie wykorzystana, zarówno przez rodziny, jak i przez osoby pracujące w duszpasterstwie rodzin, jeśli będą zgłębiały jej kolejne części lub jeśli będą szukały w niej tego, co może być potrzebne w każdej konkretnej okoliczności. Możliwe, na przykład, że małżeństwa utożsamią się bardziej z rozdziałami czwartym i piątym, że duszpasterze szczególnie zainteresują się rozdziałem szóstym, a wszyscy będą bardzo zaintrygowani rozdziałem ósmym. Mam nadzieję, że każdy, poprzez lekturę, poczuje się wezwany do troszczenia się z miłością o życie rodzin, ponieważ one „nie są problemem, są przede wszystkim szansą” (AL, 7).

ks. Adam Błyszcz

Wystawienie Jezusa na próbę

opublikowane: 5 mar 2017, 02:36 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 17 mar 2017, 13:57 ]

Kazanie na I niedzielę Wielkiego Postu

Sekwencja zdarzeń jest następująca: chrzest, a po nim pobyt na pustyni, następnie kuszenie i publiczne wystąpienie Jezusa. Jak pisze Benedykt XVI w swoim dziele poświęconym Jezusowi: „Działalność jest poprzedzona wewnętrznym skupieniem, a skupienie to z konieczności jest także wewnętrzną walką o powierzone zadanie, walką prowadzoną przeciw zniekształceniom tego zadania, ukazywanym jako jego rzeczywista realizacja” (Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, p. 36).

Jezus wystawiony na pokuszenie. To nie zmienia prawdy, że najgłębszym rdzeniem wszelkich pokus jest odrzucenie Boga, który – obok tego wszystkiego, co w naszym życiu ukazuje się jako pierwszoplanowe – zostaje ukazany przez swego oponenta jako Ktoś lub coś nieistotnego i niemającego żadnego znaczenia.

Ewangelista Mateusz powiada, że post Jezusa trwał 40 dni. „W czasach Jezusa liczba 40 była już dla Izraela pełna treści symbolicznych: po pierwsze, przypomina nam o 40 latach wędrówki Izraela przez pustynię, które były zarówno czasem jego kuszenia, jak też czasem szczególnej bliskości Boga. Przywodzą nam też na myśl 40 dni, które Mojżesz spędził na górze Synaj, zanim otrzymał słowo Boga, święte tablice Przymierza. (...) W sztucznym już trochę rozszerzaniu symbolizmu liczbę 40 Ojcowie uważali za kosmiczną, symbolizującą cały świat: cztery strony świata wyrażają całość, a dziesięć to liczba przykazań. Ta liczba kosmiczna pomnożona przez liczbę przykazań staje się symbolicznym określeniem całych dziejów świata. Jezus powtórnie przemierza niejako exodus Izraela i w ten sposób przemierza całą historię, z wszystkimi jej błędami i zawirowaniami; 40 dni postu zawiera w sobie dramat historii, który Jezus streszcza w sobie i przeżywa do końca”. (Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, p. 38)

Pierwsza pokusa Jezusa to głód. Co bardziej sprzeciwia się wierze w dobrego Boga jak nie to, że tyle milionów ludzi cierpi głód, że każdego dnia tyle dzieci umiera z niedożywienia, z głodu? Pierwsza pokusa wydaje się zatem negować dobroć Boga. Ale, jak pisze Benedykt XVI, który nas dzisiaj prowadzi w tej refleksji, że „w życiu Jezusa są jeszcze dwa inne doniosłe wydarzenia dotyczące chleba: najpierw rozmnożenie chleba dla tysięcy ludzi, którzy podążali za Nim na pustkowie. Dlaczego teraz czyni to, co wtedy odrzucił jako z pokusę? Ludzie przyszli po to, aby słuchać słowa Bożego i ze względu na to pozostawili wszystko inne. I ponieważ otworzyli swe serce dla Boga i wzajemnie dla siebie, teraz mogę we właściwy sposób przyjąć chleb”. Drugim takim momentem jest ostatnia wieczerza, ale tę póki co zostawmy. Chociaż ta nas dobrze orientuje ku Misterium Paschalnemu.

„Przejdźmy do drugiej pokusy Jezusa (...) Najpierw zwróćmy tu uwagę na pewien zaskakujący szczegół. Żeby wciągnąć Jezusa w zastawioną na Niego pułapkę, diabeł przytacza Pismo Święte. Cytuje Psalm 91, 11nn, który mówi o opiece, jaką Bóg zapewnia człowiekowi wierzącemu (...) Teologiczny spór pomiędzy Jezusem i diabłem jest dysputą dotyczącą wszystkich czasów na temat właściwej interpretacji Pisma, a jej podstawowym problemem hermeneutycznym jest problem obrazu Boga”. (Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, p. 43). Kuszący jawi się jako teolog!

Zajmijmy się teraz trzecią i ostatnią pokusą, stanowiącą szczytowy punkt całej tej historii. W wizji diabeł wyprowadza Pana na wysoką górę. Ukazuje Mu wszystkie królestwa ziemi, z całym ich przepychem, i ofiarowuje Mu panowanie nad całym światem. Czy nie takie właśnie jest posłannictwo Mesjasza? Czyż nie ma On być królem pokoju i dobrobytu?

Jak widzieliśmy, w odniesieniu do pokusy chleba w historii Jezusa znajdują się dwa osobliwe, odpowiadające sobie momenty: rozmnożenie chleba i Ostatnia Wieczerza. Podobnie jest i tutaj. Zmartwychwstały Pan gromadzi swych uczniów „na górze” (zob. Mt 28, 16). I teraz rzeczywiście mówi: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi” (Mt 28, 18). Dwie rzeczy są tu nowe i odmienne. Pan ma władzę w niebie i na ziemi. I tylko ten, kto ma tę władzę w całości, ma władzę rzeczywistą i dającą zbawienie (...) I drugi moment: Jezus ma tę władzę jako Zmartwychwstały. Znaczy to: władza ta zakłada Krzyż, zakłada jego śmierć. Zakłada inną górę, Golgotę, na której wyśmiewany przez ludzi i opuszczony przez swoich wisi na Krzyżu i kona. (Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, p. 46)

Moment pokusy, uświadomienia sobie głodów, deficytów, które szarpią naszą egzystencją jest niewątpliwie czymś, co stwarza okazję odkrycia prawdy o każdym z nas. To nie pokusa jest zagrożeniem dla naszej wolności. Takim zagrożeniem jest próba zaspokojenia głodu jakąś cudowną, skrótową metodą, która nie respektuje czasu.

ks. Adam Błyszcz

Il. Fresk "Kuszenie Chrystusta" Botticeliego

1-10 of 53