• Bankiet Homilia na 28. niedzielę zwykłą A Jezus znowu w przypowieściach mówił do nich: 2 «Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. 3 Posłał więc swoje ...
    Opublikowane: 15 paź 2017, 05:39 przez: Redakcja JotJotZet
  • Nieobecny Homilia na 27. niedzielę zwykłą 33 Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę ...
    Opublikowane: 7 paź 2017, 05:38 przez: Redakcja JotJotZet
  • Do czego inspruje nas święty Franciszek Święty Franciszek, którego wspomnienie liturgiczne przypadało w tym tygodniu, pozostaje świętym, który inspiruje wielu ludzi na całym świecie. Nie tylko wśród wierzących Kościoła katolickiego. Swój udział w tym przebudzeniu duchowości ...
    Opublikowane: 5 paź 2017, 13:58 przez: Redakcja JotJotZet
  • Prostytutki i celnicy wyprzedzają was do Królestwa Bożego Homilia na 26. niedzielę zwykłą 28 Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: "Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy!" 29 Ten odpowiedział: "Idę ...
    Opublikowane: 30 wrz 2017, 10:28 przez: Redakcja JotJotZet
  • Między sprawiedliwością a wspaniałomyślnością Homilia na 25. niedzielę zwykłą Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. 2 Umówił się z robotnikami o denara za ...
    Opublikowane: 30 wrz 2017, 10:10 przez: Redakcja JotJotZet
Wyświetlanie postów 1 - 5 z 59. Zobacz więcej »

Bankiet

opublikowane: 15 paź 2017, 05:39 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 15 paź 2017, 05:39 ]

Homilia na 28. niedzielę zwykłą

A Jezus znowu w przypowieściach mówił do nich: 2 «Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. 3 Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. 4 Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: "Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!" 5 Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, 6 a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy ich, pozabijali. 7 Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. 8 Wtedy rzekł swoim sługom: "Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. 9 Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie". 10 Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. 11 Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. 12 Rzekł do niego: "Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego?" Lecz on oniemiał. 13 Wtedy król rzekł sługom: "Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów". 14 Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych».
(Mt 22, 1–15)

Kolejna, trzecia już niedziela, podczas której czytamy ociekającą krwią przypowieść skierowaną przeciwko religijnym liderom ówczesnego Izraela. Przypomnijmy, dwa tygodnie temu wysłuchaliśmy przypowieści o dwóch synach przynaglonych do pracy w winnicy. Tydzień temu natomiast o właścicielu winnicy, który został sponiewierany przez zbrodniczych dzierżawców: zabili posłanych służących i ostatecznie podnieśli rękę na Syna. Dzisiaj natomiast słyszymy opowieść o królu, który dla swojego syna przygotował bankiet weselny, wielką ucztę.

Zważywszy, że słuchaczami Jezusa byli religijni liderzy Narodu Wybranego, z łatwością mogli powiązać te słowa z przepowiednią proroka Izajasza:

6 Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. 7 Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; 8 raz na zawsze zniszczy śmierć. Wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, odejmie hańbę od swego ludu na całej ziemi, bo Pan przyrzekł. 9 I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg, Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność: cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia!
(Iz 25, 6–9)

Jezus zaś nie ukrywał, że owym synem jest On sam (por. Mt 9, 15). Ojciec – Król (te dwa obrazy schodzą się w tych trzech przypowieściach) zatem przygotował ucztę i chciał zwołać zaproszonych gości. Pierwsza próba się nie powiodła. Ale król się nie poddaje. Ponawia swoje zaproszenie, swoje wezwanie. Za drugim razem Jezus w swojej opowieści zdradza motywacje odmawiających: pole i kupiectwo. Te dwa obrazy pewnie nie wyczerpują wszystkich powodów, dla których zostaje odrzucone zaproszenie na przyjęcie weselne. Ale każdy z nas – o ile przygotowywał jakiekolwiek przyjęcie – wie, jak boli nieobecność kogoś z zaproszonych gości.

Druga odmowa, pod byle jakimi pretekstami (o innych możemy jedynie dywagować mając na względzie, że te trzy przypowieści znajdują się według św. Mateusza na końcu publicznej działalności Jezusa, więc powodów, dla których ludzie i duchowieństwo Izraela, odrzucają jego nauczanie jest znacznie więcej) budzi gniew Króla. I jak powiada Jezus: Król posyła swoje wojska, aby wytraciły tych nikczemnych zabójców, a ich miasto spaliły (zastanawia nas oczywiście, czy to jakaś aluzja do zniszczenia Jerozolimy w 70 roku przez legiony rzymskie, co w niektórych kręgach chrześcijaństwa I wieku było interpretowane jako kara Boża na Żydów za odrzucenie Jezusa Chrystusa – tyle tylko, że taka interpretacja zamknęłaby nas w przeszłości bez możliwości aktualizacji).

Wielu z nas pewnie gorszy postawa Króla, ale być może pod obrazem tego okrucieństwa kryje się coś, czego Jezus nie potrafił inaczej wyrazić (zgodnie z mentalnością swojego czasu i swojego ludu), że przyjęcie / lub odrzucenie zaproszenia ze strony Ojca Króla jest kwestią życia i śmierci. Można prowadzić dyskurs akademicki i mówić, że coś jest egzystencjalnie ważne, ale można także powiedzieć to samo, używając obrazów, które bardziej angażują wyobraźnię niż rozum.

Zaproszeni goście przepadli, ale Ojciec Król nie rezygnuje. Każe na ucztę zaprosić przypadkowych ludzi, których jego słudzy znajdą gdzieś na opłotkach świata: dobrych i złych (kategoria etyczna). I znowu zastanawiamy się, czy to jakaś aluzja do rodzącego się Kościoła wśród pogan, który w I wieku powstaje po części dlatego, że Żydzi nie chcą przyjąć orędzia Jezusa. Czy tymi ludźmi z opłotków byliby właśnie poganie?

Ale i ten obraz przynosi nam pewną zagadkę. Otóż na sali pojawia się człowiek, który jest niewłaściwie ubrany. Chciałoby się powiedzieć, że z kategorii etycznej (dobrzy i źli) przechodzimy na kategorię estetyczną (źle wyglądający, niewłaściwie ubrany). Pytamy się: skoro wzięli go z drogi, jak miał być ubrany weselnie? Kto z nas na zakupy chodzi w smokingu?

Otóż w epoce Jezusa był zwyczaj, że zaproszeni na ucztę, przy wejściu na salę otrzymywali w prezencie białą szatę, biały szal. A zatem wyglądało to tak, że temu przypadkowemu gościowi przy wejściu na salę zapewne zaproponowano tę szatę, ale z jakichś powodów tylko jemu znanych odrzucił tę propozycję. Również on ponosi straszne konsekwencje swojej odmowy.

Ta przypowieść rozpisana jest między dwoma biegunami: pierwszy – boski: że wszystko to łaska, prezent. Darmo dany. Drugi biegun – człowieczy to wolność i świadomość, że nasza postawa wobec tego daru to kwestia życia i śmierci.

ks. Adam Błyszcz

Nieobecny

opublikowane: 7 paź 2017, 05:36 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 7 paź 2017, 05:38 ]

Homilia na 27. niedzielę zwykłą

33 Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. 34 Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. 35 Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. 36 Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. 37 W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. 38 Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: "To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo". 39 Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. 40 Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami?» 41 Rzekli Mu: «Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze». 42 Jezus im rzekł: «Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. 43 Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce.
(Mt 21, 33–43)

Chciałbym dzisiaj zwrócić uwagę na kształtowanie przestrzeni w tej przypowieści skierowanej do (lub: przeciw) arcykapłanów i żydowskiej starszyzny. Zaznaczam przy tym, że w tej opowieści nie jest to wątek ani dominujący ani najważniejszy. O wiele więcej byłoby do powiedzenia w świetle tej przypowieści na temat wzajemnych relacji między judaizmem a Kościołem, ale my spróbujmy zatrzymać się na stworzonej przez Jezusa przestrzeni.

Jej pierwszy rys pojawia się kiedy dowiadujemy się od Jezusa, że właściciel winnicy po oddaniu jej w dzierżawę (a zatem po ustaleniu wzajemnych powinności i zobowiązań) wyjechał daleko. Ten wyjazd sugeruje nieobecność. Czym może skutkować nieobecność właściciela winnicy? Może rodzić bałagan. Wiadomo, że kiedy kot śpi to myszy harcują.

Ale może być i tak, (po części dlatego, że natura nie znosi pustki), że skoro właściciel okazuje się, wydaje się nieobecny ktoś próbuje przejąć jego miejsce. Nie tyle zatem bałagan ile uzurpacja. Wydaje się, że taka jest logika dzierżawców. Czego zresztą na końcu jesteśmy świadkami kiedy mówią do siebie: "To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo". Posiądziemy winnicę. Będzie nasza. I urządzimy ją według naszego widzimisię.

A drugi ślad tego kreślenia przestrzeni znajdujemy na końcu Jezusowej opowieści kiedy powiada, że pochwyconego syna – dziedzica zabili poza winnicą! Należy podejrzewać, że to jakaś (prorocza) aluzja do śmierci Jezusa – Syna – Dziedzica poza Jerozolimą, poza miastem.

I tak przeżywamy to nasze chrześcijaństwo, naznaczone jakąś nieobecnością Boga i stałą pokusą urządzania Królestwa Bożego według własnego widzimisię. Oraz sklerozą, że On umarł poza miastem.

ks. Adam Błyszcz

Do czego inspruje nas święty Franciszek

opublikowane: 5 paź 2017, 13:55 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 5 paź 2017, 13:58 ]

Święty Franciszek, którego wspomnienie liturgiczne przypadało w tym tygodniu, pozostaje świętym, który inspiruje wielu ludzi na całym świecie. Nie tylko wśród wierzących Kościoła katolickiego. Swój udział w tym przebudzeniu duchowości franciszkańskiej ma zapewne i Franciszek papież.

Co wydarzyło się w życiu Biedaczyny z Asyżu, że zdecydował się na tak radykalne naśladowanie Jezusa Chrystusa, że przez wielu zostaje uznany za najdoskonalsze wcielenie ideału Ewangelii w historii chrześcijaństwa? Krótko przed swoją śmiercią św. Franciszek dyktuje swój Testament. I rozpoczyna go wyznaniem: „Mnie, bratu Franciszkowi, Pan dał tak rozpocząć życie pokuty: gdy byłem w grzechach, widok trędowatych wydawał mi się bardzo przykry. I Pan sam wprowadził mnie między nich i okazywałem im miłosierdzie. I kiedy odchodziłem od nich, to, co wydawało mi się gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała; i potem nie czekając długo, porzuciłem świat”.

To wydaje się być fundamentalnym doświadczeniem świętego Franciszka. Spotkanie z trędowatym. Spotkanie z kimś, kto w ówczesnym społeczeństwie znajdował się na absolutnych peryferiach. Wykluczony ze społeczności. Zdumiewa, że spotkanie z kimś takim wyznacza styl życia Franciszka. On nazywa to nawróceniem. Nawraca się po spotkaniu z wykluczonym, po spotkaniu z człowiekiem peryferii.

To być może stanowi punkt zaczepienia z naszą epoką. Zapytajmy o współczesnych trędowatych, wykluczonych? O współczesne peryferie? To ulubiony termin papieża Franciszka, który Kościół posyła właśnie ku peryferiom! Te peryferie trzeba oczywiście zdefiniować. I należy pamiętać, że peryferie Kościoła nie pokrywają się z peryferiami świata! Nadto należy być świadomym, że Kościół jest z peryferii. Począł się na peryferiach. To prawda, że w chrześcijańskiej Europie (czym nas zmylił) Kościół zechciał stanąć w centrum Miasta, jako jedyne źródło sensu i interpretacji ludzkiej egzystencji. Zapominając przy tym o swoim początku z peryferii. Wszystkim pielgrzymom odwiedzającym Rzym sugeruję wypicie kawy w Caffè San Pietro w pobliżu placu Świętego Piotra. Na jednej ze ścian tej kawiarenki znaleźć można osiemnastowieczną rycinę Rzymu (wydaje się, że to modelowe miasto zachodniego chrześcijaństwa). Dwie najważniejsze świątynie Rzymu: świętego Jana na Lateranie i świętego Piotra na Watykanie znajdują się na peryferiach tegoż miasta! One nie są ulokowane w centrum, z tą pretensją decydowania o wszystkim!

Kto dzisiaj znajduje się na peryferiach wspólnoty Kościoła? Wydaje się, że trzeba byłoby wymienić trzy kategorie osób: rozwiedzionych żyjących w związkach niesakramentalnych, ochrzczonych, którzy żyją w związkach nieformalnych, oraz homoseksualistów. To są peryferie Kościoła! Wypchnięci poza Kościół. Każdej z tych kategorii należałoby poświęcić wiele uwagi. Pomocą mogłoby być uważne studium Amoris laetitia. Z przykrością trzeba wyznać, że to dokument w polskim Kościele kontestowany. Co sprawia, że wokół adhortacji papieża Franciszka nie toczy się w polskim Kościele żadna dysputa duszpasterska i teologiczna. Dokument pominięty i przemilczany.

Nieco inaczej wyglądają peryferie świata, społeczeństwa. Wydaje się, że tutaj trzeba wspomnieć o dwóch kategoriach osób: to niewątpliwie uchodźcy, którzy najechali nasz zachodni świat i postrzegani są jako realne zagrożenie, oraz osoby starsze, które są poddane logice odrzucenia.

Spotkanie, z którą tych kategorii osób wywoła duszpasterskie nawrócenie Kościoła w Polsce?

ks. Adam Błyszcz

Prostytutki i celnicy wyprzedzają was do Królestwa Bożego

opublikowane: 30 wrz 2017, 10:25 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 30 wrz 2017, 10:28 ]

Homilia na 26. niedzielę zwykłą

28 Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: "Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy!" 29 Ten odpowiedział: "Idę, panie!", lecz nie poszedł. 30 Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: "Nie chcę". Później jednak opamiętał się i poszedł. 31 Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią Mu: «Ten drugi». Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. 32 Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć.
(Mt 21, 28–32)

I znowu dla lepszego zrozumienia dzisiejszego fragmentu Ewangelii dobrze jest zobaczyć jego kontekst w narracji Mateusza.

W którym miejscu znajduje się dzisiejsza przypowieść Pana? Jezus zakończył właśnie swoją pielgrzymkę do Jerozolimy. Triumfalny wjazd do świętego miasta, podczas którego jego uczniowie wraz z innymi pielgrzymami z Galilei (wielce prawdopodobne, że mieszkańcy samej Jerozolimy raczej dystansowali się od tych mesjańskich deklaracji) obwołali Jezusa Mesjaszem, synem króla Dawida. Musiało to wzbudzić nieprzychylne komentarze mieszkańców miasta, którzy mieli podstawy obawiać się, że podobne hasła, w pewnej mierze nacjonalistyczne, mogą sprowokować garnizon rzymski (stacjonujący na czas Paschy w Jerozolimie) do zbrojnej interwencji. To oznaczałoby rzeź, do której doszło kilkadziesiąt lat później, w 70 roku, kiedy legiony rzymskie zrównały stolicę Judei z ziemią, niszcząc ją doszczętnie i zabijając kilkaset tysięcy mieszkańców i powstańców wojny przeciw Rzymowi.

Zatem już ten triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy nie przysporzył Mu sympatii wśród mieszkańców miasta. Dalej jeszcze gorzej! Następnie Jezus zachodzi do świątyni i wypędza z niej kupców. A tym narusza interesy finansowe arcykapłanów, którzy ciągnęli profity z tego świątynnego handlu. (Odwieczny problem: o co chodzi we wspólnotowym doświadczeniu religijnym – o Boga czy o pieniądze?). Tym gestem wypowiada im wojnę. Nie pozostają dłużni. I nie pozostaną. Nie pozostają i żądają od Jezusa wytłumaczenia, jakim prawem czyni to, co czyni. I nie pozostaną: gdyż doprowadzą Jezusa przed trybunał Piłata i skażą jego rękoma na śmierć krzyżową.

Na razie Jezus musi odpowiedzieć na pytanie ludzi odpowiedzialnych (kapłani i starszyzna) za kult religijny w Izraelu: „Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę?” (Mt 21, 23). Odpowiada, zakładając pułapkę, bo przywołuje postać Jana Chrzciciela i chce się dowiedzieć od swoich przeciwników kim był, dla nich i według nich, Jego poprzednik. Arcykapłani uchylają się od odpowiedzi, gdyż obawiają się zwolenników Jana. Ten ich unik, sprowokowany przez Jezusa, pozwala i Jemu nie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Ale myli się, kto spodziewałby się zmniejszenia napięcia między Jezusem a jego przeciwnikami. Pan opowiada trzy przypowieści, z których każda jest skierowana właśnie przeciwko religijnej postawie liderów Izraela: pierwsza przypowieść to dzisiejsza opowieść o dwóch synach, którzy muszą się odnieść do woli, polecenia swojego Ojca; druga przypowieść to opowieść o zbrodniczych pracownikach w winnicy, trzecia zaś to przypowieść o uczcie królewskiej, którą zaproszeni goście zlekceważyli.

Jezus wydaje się być zręcznym opowiadaczem przypowieści, ale raczej żaden z Niego dyplomata. Spróbujmy zobaczyć zatem, co takiego wydarzyło się w historii o dwóch synach. Ich wiek nie zostaje sprecyzowany. Nie wiemy, który jest starszy, a który młodszy. Nie ma to zatem znaczenia. Tak samo jak nie wiemy, jakie mogły być powody, dla których jeden z synów odmówił pójścia do winnicy.

W przypadku jednego z nich, tego drugiego, uderzają dwa terminy: pełne ciepła słowo „dziecko” oraz „Panie” skierowane do ojca. Syn, dziecko wyraża w ten sposób swój wielki szacunek do ojca. Ale i w tym wypadku nie wiemy, jakie są źródła tego szacunku, czy wręcz religijnej rewerencji. Może zapisany w tym jest również strach dziecka przed ojcem, które nie potrafi powiedzieć ojcu nie. A może jest to wyraz jakiegoś kulturowego formalizmu. Przecież i my w kulturze polskiej jeszcze kilkadziesiąt lat temu zwykliśmy do naszych rodziców i dziadków zwracać się w drugiej osobie liczby mnogiej.

A może w tym „panie” syna, który deklaruje gotowość pójścia do winnicy, ale potem zastyga w jakiejś takiej bezczynności, zapisana jest swoista gra literacka ewangelisty Mateusza (lub też samego Jezusa), bo to przecież w tej ewangelii, w rozdziale siódmym znajduje się przestroga Jezusa:

21 Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie!", wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. 22 Wielu powie Mi w owym dniu: "Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?" 23 Wtedy oświadczę im: "Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!"
(Mt 7, 21–23)

Myślę, że wszyscy znamy tę religijność werbalną, która poprzestaje na deklaracjach, ale która, niestety, odznacza się absolutną niewrażliwością na Boga i na człowieka.

Przypowieść rozpoczyna się pytaniem Jezusa do słuchaczy: co myślicie? Przypowieść kończy się także pytaniem: który z tych dwóch spełnił wolę ojca? Jeśli pierwsze pytanie ma na celu przywołanie uwagi słuchaczy, to drugie jest zachętą do tego, aby słuchający dokonał osądu postawy braci.

Po czym następuje interpretacja Jezusa, który pod figury przypowieści podstawia konkretne postaci: I tak głosem ojca jest Jan Chrzciciel. Synem, który z początku deklaruje gotowość pójścia do winnicy, lecz ostatecznie od tej deklaracji się uwalnia, są liderzy religijni Izraela; ci, którzy pretendowali do tego, że znają wolę Boga, że strzegą Jego Słowa; Jego przykazań. Synem, który od samego początku mówi, że do winnicy nie pójdzie, są celnicy i prostytutki (dwie kategorie osób postawione poza ówczesnym społeczeństwem żydowskim – pariasi, z którymi nie wolno było utrzymywać kontaktów i od których należało stronić). I okazuje się, że to nie kapłani w powłóczystych szatach realizują wolę Boga, a prostytutki i złodzieje, którzy się nawrócili.

I na koniec jeszcze jedna sprawa. W grze nie tyle są deklaracje czy praktyki religijne, ile wypełnienie woli ojca, Boga. Przywołuję to pojęcie woli Boga, gdyż w toczącym się obecnie sporze wokół adhortacji apostolskiej Amoris laetitia zapominamy, że pierwszorzędnym celem duszpasterstwa osób, które znajdują się w sytuacji nieregularnej, jest nie tyle kwestia komunii świętej lub spowiedzi, ile „chodzi o proces towarzyszenia i rozeznania, który kieruje tych wiernych do uświadomienia sobie swojej sytuacji przed Bogiem” (AL, 300). Innymi słowy: jaka jest wola Boga wobec każdego z nich!

ks. Adam Błyszcz

Między sprawiedliwością a wspaniałomyślnością

opublikowane: 22 wrz 2017, 02:10 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 30 wrz 2017, 10:10 ]

Homilia na 25. niedzielę zwykłą

Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. 2 Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. 3 Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, 4 i rzekł do nich: "Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam". 5 Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. 6 Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: "Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?" 7 Odpowiedzieli mu: "Bo nas nikt nie najął". Rzekł im: "Idźcie i wy do winnicy!" 8 A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: "Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!" 9 Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. 10 Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. 11 Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, 12 mówiąc: "Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty". 13 Na to odrzekł jednemu z nich: "Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? 14 Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. 15 Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" 16 Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.
(Mt 20, 1–17)

W dzisiejszym fragmencie Ewangelii, podobnie jak tydzień temu, nie obejdzie się bez liczenia. Nie obejdzie się bez odrobiny starożytnej ekonomii.

Staje przed nami właściciel winnicy. Ona należy do niego. Jest jej dysponentem. Tak dalece ta przynależność zostaje podkreślona, że na końcu przypowieści mamy wręcz deklarację jakiejś irracjonalnej arbitralności: czy z moim nie wolno mi uczynić tego, co chcę? Brzmi tak, jakby właściciel miał zamiar powiedzieć: nawet gdybym chciał zaszkodzić moim interesom, co tobie do tego?

W lekcjonarzu znajduje się informacja (której na próżno szukać, w 20. rozdziale Ewangelii św. Mateusza), że Jezus tę przypowieść skierował do uczniów, czyli do tych, którzy już przystąpili do projektu Królestwa Bożego. Ona otwiera dwudziesty rozdział i sekwencja zdarzeń oraz wypowiedzi jest następująca: zakończenie 19. rozdziału sprowokowane jest pytaniem Szymona Piotra (który będąc liderem Dwunastu, mówi zapewne w imieniu pozostałych jedenastu): »Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?« (Mt 19, 27). Jakoś w kontekst tego pytania i Jezusowej odpowiedzi wpisuje się przypowieść o robotnikach w winnicy. Zaraz po niej Mateusz (redaktor, ewangelista) umieszcza trzecią zapowiedź męki i śmierci Jezusa i ponownie, jakby nigdy nic, niejako w tonacji Piotrowej, matka (ach te mamy, niespokojne, dopóki nie wezmą spraw w swoje ręce) Jana i Jakuba prosi, żąda, aby jej synowie w nadchodzącym Królestwie Jezusa byli jak najbliżej Niego. Najlepiej po prawej i po lewej stronie.

Więc może istotnie Mateusz uznał, że tę przypowieść należy umieścić w takim właśnie kontekście, w którym wydaje się, że ci, którzy poszli za Jezusem zaczęli myśleć o jakichś prerogatywach, przywilejach lub też przypisywać zaczęli sobie jakąś szczególną pozycję. Więc może istotnie jest tak, że Jezus chce przypomnieć wszystkim swoim uczniom do kogo należy Królestwo!

Rachuba czasu

W przypowieści mamy kilka wskazówek dotyczących czasu. Żyd Mateusz posługuje się rzymską rachubą dnia. Być może dlatego, że była ona bardziej zrozumiała dla tych, którzy wywodzili się ze świata nieżydowskiego we wspólnotach chrześcijańskich. Inną kwestią jest, czy Żyd Jezus Chrystus, zwracając się do żydowskich, słuchaczy posługiwał się rzymską rachubą dnia? Czy też ta przypowieść w którymś momencie została przetłumaczona na rzymską mentalność, w której dzień dzielił się na 12 godzin? Pierwsza godzina rozpoczynała się wschodem słońca, ostatnia zaś – dwunasta kończyła się zachodem.

Gospodarz wychodzi o świcie – szósta rano. Na placu miejskim stoją ludzie gotowi nająć się do pracy. Potrzebują pieniędzy, aby utrzymać swoje rodziny. Aby żyć. Umawiają się z właścicielem o denara za dzień pracy. To sprawiedliwa zapłata za dniówkę. Tyle mieli prawo się spodziewać. I tyle jest im gwarantowane. To jedyna grupa robotników, która w tej przypowieści nie jest określona przez słowo bezczynność.

Gospodarz wychodzi na plac w mieście ponownie o godzinie trzeciej, czyli naszej dziewiątej rano. Spotyka takich, co stoją bezczynnie. To słowo jest kluczowe: bezczynność, ale jeszcze do niej wrócimy. I ich posyła do winnicy. Ta sama sytuacja powtarza się o godzinie szóstej (odpowiada to naszej dwunastej, samo południe, skwar nie do wytrzymania) i dziewiątej (to już nasza piętnasta, nieco lżej). Ale właściciel winnicy wychodzi raz jeszcze, o jedenastej (ta odpowiada naszej godzinie siedemnastej). Zważywszy, że dzień pracy kończył się godziną dwunastą (nasza osiemnasta), ci ostatni specjalnie się nie napracowali.

Zdajemy sobie sprawę, że nie wszyscy pracowali tyle samo. Ale wszyscy dostają tyle samo. Jednego denara. Była to sprawiedliwa zapłata za dzień pracy. Właściciel daje zatem tyle, ile ci, którzy najęli się do pracy z samego rana (pierwsza grupa), mogli się spodziewać przychodząc wcześnie rano, o świcie, na plac miasta. W tym przypadku mamy do czynienia ze sprawiedliwością. Tyle się należało, tyle obiecano i tyle wypłacono.

Inaczej sprawa wygląda z tymi, którzy nie przepracowali całego dnia. Ci chyba nie mieli już prawa spodziewać się, że dostaną tyle, co pierwsi – jednego denara. A na pewno już nie mieli tego prawa ci, którzy pracowali od godziny jedenastej. Jedną godzinę zaledwie. Otrzymują jednak tę dniówkę. W ich przypadku mamy do czynienia nie tyle ze sprawiedliwością, ile ze wspaniałomyślnością właściciela winnicy.

I tak wydaje się, że jesteśmy rozpięci między sprawiedliwością (według umowy: to, co zostało obiecane i co się należy) a wspaniałomyślnością (dlaczego ze swoim nie mogę uczynić tego, co chcę) właściciela winnicy!

Ale ci z jedenastej godziny nie dają mi spokoju.

Tydzień temu, chcąc konkretną historią zilustrować fragment Ewangelii, przywołałem postać ojca Christiana de Chergé. Dzisiaj natomiast, kiedy myślę o robotnikach jedenastej godziny, przychodzi mi do głowy wspomnienie śp. pana generała Wojciecha Jaruzelskiego. Dla niektórych z nas mąż opatrznościowy – miał uchronić Polskę przed rzekomą sowiecką agresją w 1981 roku. Dla innych zdrajca i kolaborant winny śmierci wielu osób (1968, 1970, 1976, 1981). Wychowany w katolickiej i patriotycznej rodzinie przez całe swoje dojrzałe życie był wrogiem Kościoła katolickiego w Polsce. Co do tego nie ma wątpliwości. Umiera 24 maja 2014 r. i kilka tygodni przed swoją śmiercią przyjmuje sakramenty święte. Tym samym wraca do Kościoła i ponownie wpisuje się w projekt Królestwa. Robotnik jedenastej godziny. Dla nas to żaden tytuł do triumfalizmu, bo winnica nie jest nasza. Należy do Pana. Rozpięci jesteśmy między sprawiedliwością a wspaniałomyślnością Pana.

ks. Adam Błyszcz

Opowieść o bezsilności

opublikowane: 17 wrz 2017, 08:08 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 30 wrz 2017, 10:17 ]

Homilia na 24. niedzielę zwykłą

21 Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?» 22 Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. 23 Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. 24 Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. 25 Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. 26 Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: "Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam". 27 Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. 28 Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: "Oddaj, coś winien!" 29 Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: "Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie". 30 On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. 31 Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. 32 Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: "Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. 33 Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?" 34 I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. 35 Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu».
(Mt 18, 21–35)

Najsmutniejsza z Jezusowych przypowieści. Opowieść o bezsilności miłosierdzia, o bezsile miłości! Żeby ten smutek pojąć, trzeba odszyfrować obraz, symbol, który utrzymuje całą przypowieść: mamy dwóch dłużników. Jeden jest winny dziesięć tysięcy talentów, drugi natomiast sto denarów. Między tymi sumami nie ma żadnej proporcji. Mówiąc o stu denarach, musimy pamiętać, że w czasach Jezusa Chrystusa denar był zapłatą dla najmującego się robotnika rolnego za dzień jego pracy. Spróbujmy to przełożyć na warunki polskie. Minimum gwarantowane to 13 złotych za godzinę. Przyjmijmy zatem, że taki najemnik pracuje 8 godzin (co jest oczywiście iluzją, bo żaden najemnik – ekspedientka, budowlaniec, kierowca – nie pracuje jedynie osiem godzin dziennie). Dla uproszczenia rachunku mamy zatem 8 godzin razy 13 złotych, co daje 104 złote dniówki (tyle zarabiałby dzisiaj starożytny robotnik rolny) i to trzeba pomnożyć przez sto dniówek: dziesięć tysięcy czterysta złotych. To poważna kwota, ale wciąż w naszym zasięgu. Spłacalna. I jeszcze jedno: jeden denar (moneta rzymska) równał się jednej drachmie (moneta grecka).

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z drugim dłużnikiem, który jest winny Panu, Królowi dziesięć tysięcy talentów. Talent to przede wszystkim jednostka wagi. Ale był także jednostką monetarną. W jednym talencie mieściło się sześć tysięcy drachm. A zatem dziesięć tysięcy talentów to sześć milionów drachm (denarów). Zatem między jednym a drugim długiem nie ma żadnego porównania. Zwrócić sześć milionów drachm, denarów jest poza horyzontem naszej wyobraźni i naszych możliwości.

Myślę, że dopiero teraz jesteśmy w stanie pojąć dramat dłużnika, który musi oddać tak kolosalną kwotę. To w gruncie rzeczy życie bez przyszłości, bez nadziei. Ta beznadziejność dotyka dłużnika i jego rodzinę, jego najbliższych: żonę i dzieci. Nie ma sensu pracować, żeby dług zwrócić. Nie ma również sensu spekulować, aby spróbować oddać należność.

Tak oto jesteśmy w świecie naznaczonym beznadzieją i bezruchem.

W tym ciemnym, ponurym świecie pojawia się promyk światła. Ogromny dług zostaje darowany, anulowany. Pan, Król decyduje się ponieść ogromną stratę. Dlaczego? Jak powie później, wyraźnie już rozzłoszczony: dlatego, że mnie o to prosiłeś.

Bezsilna łaska

Pytamy w końcu, jakie mogą być owoce, rezultaty tak wspaniałomyślnej decyzji Pana, Króla? Radość? Poczucie wolności? Pragnienie życia, bo pojawiło się jutro? Wrażliwość na ludzką biedę, bo przecież dopiero co człowiek uciekł śmierci społecznej? Współczucie dla tych, co w podobnych tarapatach… Nic z tych rzeczy. Bo jak powiada Jezus: „gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: »Oddaj, coś winien!«".

Oto serce dramatu! Łaska, miłość, miłosierdzie okazane człowiekowi, wyzwalające człowieka okazują się bezsilne, za słabe, aby serce tego człowieka zmienić. Dlaczego ta miłość, ta łaska okazują się tak bezsilne?

Szukając odpowiedzi, możemy oczywiście psychologizować. I próbować wpisać w Słowo Boże nasze historie, nasze życie. Możemy wpisywać frustracje nas rodziców, dziadków, współmałżonków, dzieci i wnuków – uczyniliśmy tak wiele, a spotkała nas tak wielka niewdzięczność. Nasza miłość okazała się bezsilna w konfrontacji z egoizmem drugiego człowieka.

Mamy do czynienia ze Słowem Bożym i to ono powinno być wpisane w nasze życie i historię. A nie na odwrót! Dlatego odpowiedzi na pytanie, dlaczego serce ułaskawionego dłużnika było tak zatwardziałe, szukać trzeba w tekście, w przypowieści Jezusa, a nie w wypadkach naszego życia.

Tekst Ewangelii odpowiedzią

W przypowieści pojawiają się trzy wyraziste postaci. Ich tożsamość utkana jest z relacji, więzi, które je łączą. I kształtują zarazem. Jedna z tych relacji, więzi jest relacją wyższości i podporządkowania. Obydwaj dłużnicy są sługami Pana, Króla. Natomiast druga relacja – ta istniejąca między sługami – jest więzią równości. Oni są sobie równi!

Pierwszy, który wprowadza moment kłamstwa w relację dwóch równych sobie współsług, jest ten, który został uwolniony z milionowego długu. To on zachowuje się wobec swojego towarzysza, jak gdyby był jego Panem, Królem. A przecież nie jest! Ta agresywna i okrutna postawa wymusza niejako na drugim współsłudze zachowania, jakoby akceptował swoją podrzędność. A przecież są sobie równi. Obydwaj zapomnieli, kim są, że są sobie równi.

Gdyby poszukać zwięzłej odpowiedzi na pytanie Szymona: „ile razy mam przebaczyć mojemu bratu”, odpowiedzieć byłaby krótka: zawsze, bo jesteście sobie równi, jesteście tacy sami.
Myślę, że swoistym komentarzem do tego fragmentu Ewangelii może być zakończenie duchowego testamentu ojca Christiana de Chergé, trapisty, który został zamordowany przez islamskich fundamentalistów w maju 1996 roku. Na kilka miesięcy przed męczeństwem spisał duchowy testament, w którym odniósł się również do tego, który miał mu zadać śmiertelny cios.

A także ciebie, przyjacielu mojej ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz. Tak, ciebie też do mojego „dziękuję” włączam i do mojego „A Dieu – Z Bogiem”, którego widzę także w twojej twarzy. By dane nam było się spotkać, jak dobrym łotrom, w raju: bo tak spodobało się Bogu, który jest Ojcem nas obu. Amen. Inch’Allah.

ks. Adam Błyszcz

Kazanie na Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego

opublikowane: 29 maj 2017, 09:41 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 maj 2017, 09:50 ]

70 lat temu, 14 października 1947 roku, as amerykańskiego lotnictwa, Charles „Chuck” Yeager jako pierwszy człowiek pokonał barierę dźwięku. To owoc rozwoju techniki i ludzkiej przemyślności. A zatem przedsięwzięcie powtarzalne i manipulowalne.

Dwa tysiące lat temu, pewnej kwietniowej niedzieli, jeden z nas, Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, pokonał barierę śmierci. Zmartwychwstał. Albo jak w dzisiejszym drugim czytaniu powiada apostoł Paweł, że został wskrzeszony przez Ojca.

To pierwsze wydarzenie, powtarzalne, stało się udziałem innych pilotów.

To drugie wydarzenie, zmartwychwstanie – niepowtarzalne, póki co znajduje się przede wszystkim w przestrzeni naszej nadziei a to oznacza, że nie może być manipulowane przez żadną ludzką siłę.

Patrzymy na to zmartwychwstanie w takim pomnikowym, monumentalnym wymiarze. Nietykalnym w gruncie rzeczy.

Wspominam o tym dzisiaj, w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, bo wydaje się, że Zmartwychwstanie Jezusa jest głównym tematem dzisiejszej liturgii słowa: w pierwszym czytaniu, w Dziejach Apostolskich, autor mówi wprost, że Jezus „po swojej męce wiele razy okazywał [uczniom], że żyje”. W drugim czytaniu, Paweł w swoim liście do Efezjan, powiada, że „Bóg, wskrzesił [Jezusa] z martwych i posadził po swojej prawej stronie” a i w samej ewangelii jesteśmy świadkami spotkania Zmartwychwstałego z uczniami w Galilei.

Nie ma chyba w dziejach ludzkości ważniejszego wydarzenia. I myślę sobie, że te czterdzieści dni od zmartwychwstania do wniebowstąpienia Jezusa to najbardziej poukładane i zagospodarowane dni w życiu uczniów. Jeszcze zapewne nie wiedzą jak to zwycięstwo Jezusa nad śmiercią przełoży się na ich osobiste życie. Ale już wiedzą, że bariera została przekroczona. I nagle przychodzi taki moment, w którym zmartwychwstały zostaje im zabrany. Już dłużej Nie ma go więcej. Mogą tylko nostalgicznie wpatrywać się w niebo.

Mam takie wrażenie, że ta dzisiejsza uroczystość wniebowstąpienia to dramat, który rozgrywa się między dwoma biegunami: pierwszy wyznaczony jest przez deklaracje absolutnej władzy Jezusa Chrystusa, Pana historii. Zasiada po prawicy Ojca. Triumf zmartwychwstałego. A drugi biegun to ten moment, w którym uczniowie tracą z oczu Jezusa. Nie ma Go więcej. Po prostu brakuje Jezusa. Najzwyczajniej w świecie nie ma Go. Zatem dzisiejsza uroczystość to nie tylko deklaracja panowania Jezusa Chrystusa. Jego władzy nad całym uniwersum, ale też pytanie o Jego nieobecność.

Wystarczy przyjrzeć się naszemu życiu, naszym małżeństwom, rodzinom, kapłaństwu, ba, Kościołowi, żeby przekonać się, jak głęboko doskwiera nam grzech, którego moc wydaje się negować obecność samego Jezusa. Cóż począć?

Można na wzór apostołów z nostalgią wpatrywać się niebo. Ale to chyba niewiele zmieni. I taka postawa jest postponowana przez autora Dziejów Apostolskich. On sam sugeruje nieco inne rozwiązanie: wspomina wspólny posiłek Jezusa z uczniami (czyżby to reminiscencja Ostatniej Wieczerzy – Eucharystii) i przekazane im Słowo.

ks. Adam Błyszcz

Filip na peryferiach Kościoła

opublikowane: 21 maj 2017, 10:31 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 maj 2017, 09:56 ]

Intryguje mnie dzisiejsze pierwsze czytanie. Próbuję je sobie przełożyć na język socjologiczny taką teologią podejrzeń. Oto, co mi wychodzi (pamiętajmy, że każdy przekład wiąże się z pewną niewiernością, wręcz zdradą). Filip głosi Chrystusa, opowiada o Chrystusie w Samarii. Kto, gdzie i o kim?

Kto?

Filip, był jednym z siedmiu diakonów, ustanowionych przez Dwunastu, aby w Kościele jerozolimskim (wspólnota matka) zajmowali się działalnością charytatywną. Czy należał, podobnie jak Szczepan – pierwszy męczennik, do frakcji hellenistów (Żydów mówiących po grecku i wychowanych w diasporze), czy też do frakcji Hebrajczyków (Żydów posługujących się hebrajskim i aramejskim), nie wiemy. Jego greckie imię, a przede wszystkim styl przepowiadania, w którym przejawia dużą dozę swobody wobec restrykcyjnych przepisów synagogi, zdają się wskazywać jego przynależność do frakcji hellenistów.

Bardzo szybko wybuchają prześladowania ze strony Żydów przeciwko rodzącemu się Kościołowi. Jakkolwiek są one skierowane przeciwko całej wspólnocie, najbardziej ucierpiała frakcja Hellenistów. Jej lider Szczepan zostaje zamordowany, za pozostali członkowie wypędzeni. Wśród nich jest także Filip. Paradoksalnie staje się to okazją do ewangelizacji. Nie brakuje historyków, którzy dowodzą, że do prześladowań doszło również dlatego, że Żydzi zobaczyli przed sobą podzielonego przeciwnika. A frakcja Hebrajczyków nie wykazywała wystarczającej determinacji, aby bronić swoich współbraci. Decydowały względy kulturowe czy też przywiązanie do Tradycji przodków? Jeden z pierwszych egzaminów, przed jakimi Kościół stanął, i wydaje się, że oblany. Jak pokazuje historia – nie ostatni. Czy u Hellenistów (na ten przykład Filipa) dostrzegamy świadomość opuszczenia i zdrady ze strony Kościoła? Zbyt mało mamy świadectw. Po ludzku rzecz biorąc, nikt z nas nie dziwiłby się frustracji Filipa i jego towarzyszy. Opuszczeni, zdradzeni, zostawieni samym sobie.
Jako uchodźca Filip podejmuje się dzieła ewangelizacji.

O kim?

To dzieło zostaje opisane w sposób radykalnie prosty: opowiada o Jezusie. I towarzyszą temu cuda. Takie spektakularne. Ale dla mnie największym cudem, objawem mocy Ducha jest to, że Filip nie poddaje się zgorzknieniu, nie zamyka się w perspektywie klęski, cierpienia, którego źródłem są przeciwnicy Kościoła i sam Kościół.

Gdzie?

Akcja rozgrywa się na terytorium Samarii. Samarytanie, pół Żydzi, pół poganie, od czasu powrotu z niewoli babilońskiej wykluczeni ze społeczności żydowskiej. W opozycji do sanktuarium jerozolimskiego wybudowali swoje w Gerizim. Dla prawowitych Żydów Samarytanie byli nieczyści i nie należało z nimi utrzymywać żadnych kontaktów. Ślady tej wrogości i obopólnego odrzucenia znajdujemy także na kartach ewangelii. Takim ludziom Filip głosi Jezusa. To już absolutne peryferie, żeby użyć ulubionego określenia papieża Franciszka.
Misja zakończona pełnym sukcesem. Słuchy o tym dochodzą do liderów wspólnoty jerozolimskiej. Zachwyceni lub zaniepokojeni próbują dowiedzieć się czegoś na miejscu, stąd dwóch emisariuszy: Piotr i Jan. Jednym słowem, nie byle kto. Pięknie to wygląda. Przychodzą, aby ofiarować im Ducha Świętego, bo tylko tego tym świeżo nawróconym brakuje. Tak dopełniają dzieła Filipa. Tak, jakby chcieli mu powiedzieć: Bez naszej pieczęci twój sukces jest niepełny. A może nie tylko o Ducha Świętego chodzi. Może to próba narzucenia Filipowi pewnej kontroli. Z taką praktyką w Dziejach Apostolskich spotkamy się jeszcze raz, kiedy to Jakub – głowa Kościoła jerozolimskiego wyśle do Antiochii swoich ludzi, aby kontrolowali lidera Kolegium Apostołów – samego Szymona Piotra.
Takim Kościołem nas przebodli.

ks. Adam Błyszcz

Głoszenie Słowa - najpierw

opublikowane: 14 maj 2017, 08:58 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 29 maj 2017, 10:04 ]

Homilia na V Niedzielę Wielkanocy

Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. «Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły» - powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. «Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości! Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa». Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce. A słowo Boże rozszerzało się, wzrastała też bardzo liczba uczniów w Jerozolimie, a nawet bardzo wielu kapłanów przyjmowało wiarę.
(Dz 6, 1–7)

Fragment Dziejów Apostolskich proklamowany w liturgii dzisiejszej, piątej niedzieli po Wielkiej Nocy, przytacza ciekawy epizod z historii rodzącego się Kościoła. W związku z tym, że znajduje się to w kanonie Nowego Testamentu, nabiera pewnego charakteru modelowego. Przypomnijmy zatem: pierwsza wspólnota chrześcijan – wspólnota matka w Jerozolimie składała się z dwóch frakcji, z dwóch nierównych grup. Liczebniejszą, silniejszą i chyba bliższą samym Dwunastu stanowią Hebrajczycy. Uczniowie Jezusa, którzy wywodzili się z Judei (i być może z Galilei) i na co dzień posługiwali hebrajskim, aramejskim (ojczysty dialekt samego Jezusa). Oraz druga frakcja – Helleniści. To także Żydzi. Tyle że wywodzący się z diaspory, z kolonii żydowskich rozsianych w basenie Morza Śródziemnego. Ich codziennym językiem była greka. Najprawdopodobniej wśród nich znajdowali się prozelici, poganie, którzy najpierw zafascynowani judaizmem sympatyzowali z synagogą, a następnie dołączyli do ruchu Jezusa. Przyjmuje się, że ze względu na różnicę języka obie grupy nie sprawowały razem, wspólnie Eucharystii, liturgii. Poziom integracji był zatem niski, co dosadnie pokazała historia św. Szczepana [1]. Dochodzi między reprezentantami obydwóch frakcji do napięć i konfliktów. Jeden z takich zostaje opisany przez autora Dziejów Apostolskich. Wspólnota jerozolimska prowadzi jakąś akcję charytatywną wsparcia wobec bardziej potrzebujących. Coś jednak nie funkcjonuje tak jak trzeba, jak powinno. Być może dochodzi do pewnych nadużyć i zaniedbań. Helleniści czują się pokrzywdzeni. Sprawa trafia przed oblicze Dwunastu – to ci, których wybrał i ustanowił Jezus. Cieszący się autorytetem liderzy wspólnoty. Muszą sprostać sytuacji, której nikt nie przewidział (być może nie przewidział jej sam Jezus). Muszą znaleźć rozwiązanie pewnej biedy, która spadła na ten młody Kościół. Warto zauważyć kryteria tego wyboru, tego rozwiązania. Pierwszym jest lektura rzeczywistości, lektura wezwań, przed którymi stoi wspólnota. Historia Kościoła pokazuje, że taka lektura może być dokonana na dwa sposoby. Pierwszy, nazwijmy go akademickim; potrzeba do tego zmysłu prorockiego i pewnych kompetencji intelektualnych. Przykładami tej ścieżki niech będą Sobory i Synody. Drugi sposób, nazwijmy go ulicznym – pięścią między oczy. Kiedy wspólnota nie czyta rzeczywistości, świata, w którym jest, kiedy kurczy się, zamyka w sobie musi zdarzyć się jakieś nieszczęście. Powiedziałbym, że wspólnota (Kościół) musi zostać sponiewierana, żeby otworzyły się liderom oczy. Przykładami tej ewentualności niech będzie chociażby skandal pedofilii i jego ukrywanie w Kościele.

Drugim kryterium jest jakaś swoista wierność powołaniu. Priorytetem jest dla Dwunastu głoszenie Słowa Bożego. Ono w ich przypadku idzie przed działalnością charytatywną. I żeby było jasne: wybrani diakoni z tej misji głoszenia Słowa nie są wyłączeni. Ponownie świadczy o tym św. Szczepan, najwybitniejszy teolog i kaznodzieja Hellenistów. On, mimo że powołany, aby być jednym z filarów działalności charytatywnej rodzącego się Kościoła, dedykuje się również interpretacji i głoszeniu Słowa.

ks. Adam Błyszcz

[1] http://m.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,1458,swiety-szczepan-czyli-kto.html

Chrystus zmartwychwstał – prawdziwie zmartwychwstał

opublikowane: 17 kwi 2017, 01:12 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 7 maj 2017, 02:02 ]

W Kościołach wschodnich przyjął się zwyczaj, że w dzień Wielkiej Nocy wierni pozdrawiają się wyznaniem – życzeniem: Chrystus zmartwychwstał – prawdziwie zmartwychwstał. To bez wątpienia życzenie, aby stojący naprzeciwko mnie człowiek, mój bliźni, uczestniczył w radości zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Ale to także echo tych pierwszych deklaracji uczniów Jezusa, którym Pan się ukazał, którym pozwolił się widzieć i którzy pełni radości i zdumienia dzielili się wieścią, że Pan prawdziwie zmartwychwstał. Tak jak uczniowie z Emaus.

Dlatego też podczas liturgii tej nocy zmartwychwstania uświadamiamy sobie, jak bardzo w naszej wierze zależymy od wiary uczniów Jezusa, zwłaszcza tego, który był pierwszym, prawie że urzędowym świadkiem Paschy Jezusa Chrystusa, czyli Piotra.

Od tamtego wydarzenia dzieli nas prawie dwa tysiące lat. Wrodzony naszemu pokoleniu sceptycyzm wobec przekazów historycznych każe nam się pytać, czy to aby wszystko prawda. Przecież Ewangelie w opowiadaniach o zmartwychwstaniu wykazują znaczny stopień niedokładności; niektóre szczegóły tych opowiadań są ze sobą w sprzeczności.

Cóż jest dowodem prawdziwości tych wszystkich przekazów? Przecież nie pusty grób, bo on sam w sobie jest tylko i wyłącznie dowodem na to, że brakuje w nim ciała Ukrzyżowanego. Trudno jednak z tego wyciągnąć wniosek, że Ukrzyżowany zmartwychwstał. Argumentem pierwotnego Kościoła, pierwszej generacji uczniów, jest wyznanie, że oni widzieli Jezusa Chrystusa po Jego śmierci żywego. W tych przekazanych nam opowiadaniach świadkowie mówią, że Go widzieli, że pozwolił się widzieć. W ich rozumieniu było to bardziej doświadczenie niż oglądanie jakiejś zjawy czy ducha. Bardzo mocno zostaje podkreślona w przekazach tożsamość tej postaci (ten sam z Wielkiego Piątku i Niedzieli Zmartwychwstania), realność tego doświadczenia (żadne rojenia). Ale to oczywiście nie zmienia podstawowej kwestii (która – jestem o tym przekonany – trapi wielu z nas): wierzyć, że Jezus zmartwychwstał, oznacza uwierzyć, że uczniowie mówią prawdę, że Go widzieli, że się nie mylą. Jednym słowem w zmartwychwstanie proroka z Nazaretu wierzę, bo uwierzyłem Jego apostołom, uczniom. To moja decyzja, mój wybór, który zdaje się uprzedzać wysiłek intelektualny. Bo przecież nie uniknę pytań o to, czy mogli mnie wprowadzić w błąd? Czy byli zainteresowani manipulacją? Najpierw decyduje się na akt wiary, a potem dopiero zaczynam go opukiwać z każdej strony.

Jakie mam argumenty na rzecz mojego wyboru? Przede wszystkim nie urąga mojej racjonalności, mojej godności istoty rozumnej, fakt, że pokładam ufność w drugim człowieku. Nie odkrywam tutaj żadnej Ameryki. Postępujemy tak przy najważniejszych decyzjach w naszym życiu: małżeństwie, kapłaństwie. Ufamy.

Po drugie, kiedy czytam opowiadania ewangeliczne o zmartwychwstaniu Jezusa (ale i to Pawłowe wyznanie wiary z Pierwszego Listu do Koryntian), to uświadamiam sobie, że starym językiem (co prawda biblijnym, ale starym) trzeba było wyrazić absolutną nowość, co nie jest proste. Ileż to razy, przy opisie doświadczeń z naszego porządku mamy tę samą trudność i mówimy w końcu zrezygnowani: brakuje mi słów?

Po trzecie, oni, apostołowie, za tę swoją wiarę oddali życie: jedni dosłownie (jak Piotr, Jakub czy Paweł), inni skazani zostali na tułaczkę, wygnanie, biedę. Bycie chrześcijaninem w pierwotnych wspólnotach (jak na przykład tych w Galacji, zakładanych przez Pawła) wiązało się z wykluczeniem z cechów rzemieślniczych, a co za tym idzie – utratą dochodów. Zastanawiam się, czy ktoś jest gotów ponosić takie ofiary za mrzonki?

I po czwarte, wiara w zmartwychwstanie Jezusa wpisuje się w biblijną wiarę w Boga życia. Jest zmartwychwstanie, możliwość zmartwychwstania (nawet jeśli brzmi to głupio) rozwiązaniem skandalu śmierci. Czasami wydaje mi się, że współczesny kryzys wiary w to, że Jezus zmartwychwstał, bierze się nie tylko z tego, że podejrzliwie patrzymy na pierwszych uczniów, ale i z tego (a może przede wszystkich z tego właśnie), żeśmy utracili ten biblijny klimat wiary w Boga życia.

ks. Adam Błyszcz
Kazanie wygłoszone w Wielkanoc 2015 r.

1-10 of 59