• Demaskacja iluzoryczności chrześcijaństwa Homilia na XXIV niedzielę zwykłą Zbliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. 2 Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: «Ten przyjmuje grzeszników i jada ...
    Opublikowane: 15 wrz 2019, 03:08 przez: Redakcja JotJotZet
  • Jezus studzi zapał Homilia na XXIII niedzielę zwykłą 25 A szły z Nim wielkie tłumy. On zwrócił się i rzekł do nich: 26 «Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści ...
    Opublikowane: 9 wrz 2019, 10:17 przez: Redakcja JotJotZet
  • Siła słabości Homilia na XIX niedzielę zwykłą 32 Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. 33 Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! Sprawcie sobie trzosy, które ...
    Opublikowane: 11 sie 2019, 04:57 przez: Redakcja JotJotZet
  • Bezsilność norm Homilia na XVIII niedzielę zwykłą 13 Wtedy ktoś z tłumu rzekł do Niego: «Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem». 14 Lecz On mu odpowiedział: «Człowieku, któż ...
    Opublikowane: 5 sie 2019, 13:02 przez: Redakcja JotJotZet
  • Sprowokować Jezusa Homilia na XVII niedzielę zwykłą 1 Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas się modlić, jak i ...
    Opublikowane: 27 lip 2019, 14:39 przez: Redakcja JotJotZet
Wyświetlanie postów 1 - 5 z 147. Zobacz więcej »

Demaskacja iluzoryczności chrześcijaństwa

opublikowane: 15 wrz 2019, 03:04 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 15 wrz 2019, 03:08 ]

Homilia na XXIV niedzielę zwykłą

Zbliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. 2 Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: «Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi». 3 Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: 4 «Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? 5 A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona 6 i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: "Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła". 7 Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. 8 Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata domu i nie szuka starannie, aż ją znajdzie? 9 A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: "Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam". 10 Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca». 11 Powiedział też: «Pewien człowiek miał dwóch synów. 12 Młodszy z nich rzekł do ojca: "Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada". Podzielił więc majątek między nich. 13 Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. 14 A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. 15 Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. 16 Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. 17 Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. 18 Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; 19 już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. 20 Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. 21 A syn rzekł do niego: "Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem". 22 Lecz ojciec rzekł do swoich sług: "Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! 23 Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, 24 ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się". I zaczęli się bawić. 25 Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. 26 Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. 27 Ten mu rzekł: "Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego". 28 Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. 29 Lecz on odpowiedział ojcu: "Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. 30 Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę". 31 Lecz on mu odpowiedział: "Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. 32 A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się"».
(Łk 15, 1–32)

Czytamy dzisiaj w liturgii cały, długi rozdział piętnasty Ewangelii Łukasza. Jezus opowiada trzy przypowieści, które mają stanowić Jego obronę przed zarzutami, że jako mąż Boży, prorok, brata się z tymi, którzy widziani są jako jawni grzesznicy, a zatem odsunięci od wspólnoty Ludu, żyjący na peryferiach; którym wstyd podać rękę, a co dopiero spożywać wspólny posiłek.

Jezus oczywiście ma prawo się bronić, ale wczytując się w opowiadane przez Niego przypowieści, nie potrafimy oprzeć się wrażeniu, że Jezus pogrąża się jeszcze bardziej. Bohaterowie poszczególnych przypowieści swoją postawą nie gwarantują żadnego ładu społecznego ani ekonomicznego. Świat, w którym żyją i działają, po prostu musi się rozpaść. Postawa Ojca rani starszego syna, który zostaje pozbawiony jasnych i pewnych punktów odniesienia; który wskutek postawy ojca wobec syna marnotrawnego traci poczucie tego, co dobre a co złe, co wolno a czego nie wolno. Takiego społeczeństwa i takiego Kościoła nie chcemy. Po co nam papież Franciszek i jego intuicje miłosierdzia? Gdyby tak jeszcze do tych intuicji dołączył z dwa, trzy dekrety, w których powiedziałby konkretnie i rzetelnie, jak postępować i rozwiązywać gordyjskie węzły naszej katolickiej moralności.

Nie inaczej wygląda to w przypadku dwóch pozostałych przypowieści. One nie wytrzymują krytyki ekonomicznej. Nie ryzykuje się życia 99 owiec, które mają swoją wartość, dla ocalenia jednej, która gdzieś się zapodziała. Nikt przy zdrowych zmysłach nie postawi tutaj znaku równości. Podobnie, nikt przy zdrowych zmysłach nie zaangażuje całego dnia, gdyż czas ma swoją wymierną cenę, żeby szukać jakiejś monety, żeby potem jeszcze urządzić z okazji jej odnalezienia święto dla przyjaciół, co też przecież kosztuje.

Kiedy wczytujemy się w te przypowieści, to dwie sprawy stają się niejako oczywiste: jeżeli jest w Ewangelii św. Łukasza jakieś słowo sądu nad nami, to są to właśnie te trzy przypowieści. One demaskują nasze iluzoryczne chrześcijaństwo. I druga sprawa, jeśli chcemy ocalić nasz świat drobnej burżuazji religijnej (i żyć w świętym spokoju), to jest oczywiste, że nie możemy naśladować ani miłosiernego ojca, ani pasterza, ani kobiety szukającej zgubionej monety. Przyjęcie ich postawy oznacza zagładę tego, co nazywamy chrześcijaństwem, a co nim nie jest.

Te trzy przypowieści od samego początku wzbudzały niemało kontrowersji w Kościele. Tak, miłosierdzie Boga gorszy nas bardziej niż jego sprawiedliwość. Jego nieskończona miłość, która bezinteresownie przebacza, pozbawia nas gruntu pod nogami. Świat, który zbudowaliśmy na naszym sensie sprawiedliwości, traci swoją rację bytu. Rozsypuje się.

I.

I tak, w połowie XX wieku została opublikowana Ewangelia Tomasza, apokryf z II wieku, który zawiera 114 powiedzeń Jezusa Chrystusa. Niektóre z nich są wierną kopią tych, które odnajdujemy w ewangeliach kanonicznych, inne zaś stanowią swoistą swobodną wariację tego, co znajdujemy w czterech ewangeliach Kościoła. W punkcie 107. możemy przeczytać, co następuje:

Rzekł Jezus: „Królestwo podobne jest do pasterza posiadającego sto owiec. Jedna z nich, ta, która była największa, zgubiła się. Pozostawił dziewięćdziesiąt dziewięć i szukał jednej, aż ją znalazł. Gdy się zmęczył, powiedział do owcy: „Wolę ciebie niż tych dziewięćdziesiąt dziewięć”[1].

Jakoś trzeba było wyjaśnić tę predylekcję pasterza do zagubionej owcy, więc uczyniono z niej, w Ewangelii Tomasza, największą, najbardziej tłustą z całego stada. Jej wartość miałaby znacznie przekraczać wartość innych owiec. To miałoby tłumaczyć determinację pasterza. Gdzieś w tle kryje się taka sugestia, że gdyby nie jej wartość, to pasterz zrezygnowałby z jakiekolwiek wysiłku szukania zagubionej.

II.

We współczesnym Kościele pisany jest inny apokryf. Pasterz zadowolony, że udało mu się ochronić dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i stracił tylko jedną zapędza całe stado do owczarni. Kiedy brama jest już zamknięta, dostaje się wszystkim. Pasterz nie kryje swojego oburzenia tak wobec owiec, którego niczego nie rozumieją z krzyków pasterza, jak i wobec swoich pomocników, którzy boją się starego pasterza. Tu jesteście bezpieczne, tam grasują wygłodniałe wilki, które chcą waszej zguby – powtarza bez ustanku wierząc, że tymi słowami zagwarantuje bezpieczeństwo stadu. Kiedy jeden z pomocników proponuje, że wyjdzie i poszuka tej zagubionej, której beczenie wydaje się, że słyszy, zmuszony zostaje do pozostania w owczarni. Głupiś – świat jest zły. Pochłonie cię zanim się spostrzeżesz.

III.

Ale po głowie chodzi mi jeszcze jeden apokryf, do tej pory chyba nie spisany, skarga Judasza. Kiedy zdrajca stanął u końcu czasów przed Jezusem, wyznanie swoich win zaczął od skargi: nie jesteś dobrym pasterzem. Tam wtedy, w Wieczerniku nie wybiegłeś za mną, zagubioną owcą. Nie popędziłeś za mną krętymi, wąskimi uliczkami Jerozolimy, kiedy wspinałem się do pałacu arcykapłana, aby dobić targu. To, że żaden z Twoich uczniów się nie ruszył, nie dziwi mnie. Ci Galilejczycy nigdy mnie, Judejczyka, nie tolerowali, ale zraniło mnie, że Ty także pozostałeś nieruchomy, a przecież byłem i jestem zagubioną owcą, którą Ty, dobry Pasterz, powinieneś szukać.

ks. Adam Błyszcz

[1] Apokryfy Nowego Testamentu. Ewangelie apokryficzne, Kraków 2006, str. 201.

Jezus studzi zapał

opublikowane: 9 wrz 2019, 10:15 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 9 wrz 2019, 10:17 ]

Homilia na XXIII niedzielę zwykłą

25 A szły z Nim wielkie tłumy. On zwrócił się i rzekł do nich: 26 «Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. 27 Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. 28 Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? 29 Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: 30 "Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć". 31 Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? 32 Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. 33 Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem.
(Łk 14, 25–33)

Łukasz skrzętnie zauważa, że za Jezusem idą tłumy. Czy oni wszyscy pretendują do tego, aby być uczniami Jezusa Chrystusa? Zapewne wielu z nich przymierzało się do takiej roli. Na fali entuzjazmu, który wywołuje osoba Pana, Jego nauczanie i cuda, wszystko wydaje się proste, łatwe oraz w zasięgu ręki każdego. Wystarczy chcieć. Być może dlatego sam Jezus postanawia ostudzić nieco nastroje. I przedstawia kryterium bycia uczniem, uczennicą. Ostudzić, gdyż wymagania do prostych nie należą. Dotyczą przede wszystkim relacji, w których człowiek się znajduje. Dokładnie tak: znajduje się, gdyż relacja z ojcem i matką czy też relacje z bratem i siostrą nie są naszym wyborem. Mogą i zapewne powinny być przez nas kształtowane, ale ich akt założycielski znajduje się poza nami. Należy widzieć również relację, które człowiek ustanawia i które wydają się być jego wyborem, jego decyzją (jak ta z mężem czy z żoną, czy z dziećmi).

I Jezus powiada, że kto te relacje ceni bardziej, więcej niż Jego osobę, nie może być Jego uczniem! Tak należy rozumieć termin nienawiść, którego Pan używa. Jego najwłaściwsze tłumaczenie winno brzmieć:

„Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie kocha mnie więcej niż ojca i matkę, żonę i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem”.

To wymaganie Jezusa, zwłaszcza odnośnie do relacji z rodzicami, musiało ranić żydowską wrażliwość ukształtowaną przez przykazanie Tory nakazujące miłość i szacunek wobec rodziców:

12 Czcij ojca twego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie.
(Wj 20, 12)

To jest tym bardziej bulwersujące, jeśli przypomnimy sobie, że w dekalogu żydowskim przykazanie miłości rodziców należało do pierwszej tablicy, a nie do drugiej jak to jest w dekalogu chrześcijańskim. Wymagania Jezusa stawiane kandydatom na uczniów prowadzi do rewolucji w przestrzeni ludzkich relacji. Kto poznał, doświadczył Jezusa, powinien przyznać Mu absolutny prymat. Taki wybór jest cechą charakterystyczną tych, których uważamy za świętych.

Ale to Jezusowe kryterium objawia jeszcze jedną cechę rodzącego się chrześcijaństwa. To nie jest religia li tylko intelektualnego przylgnięcia do przesłania Nowego Testamentu, ale to również kwestia pewnej walki wewnętrznej, batalii duchowej, gdyż nie sposób przejść do porządku dziennego nad słowami Pana, który powiada, że kto nie ma w nienawiści siebie samego, nie może być moim uczniem. Z samym sobą toczę walkę, aby Jezusowi przyznać prymat w moim życiu.

Największym zagrożeniem dla Jezusa Chrystusa w moim życiu, w mojej historii nie są ani zsekularyzowane społeczeństwo, ani ruchy LGBT, ale moja osoba, która w swoich decyzjach odrzuca prymat Pana.

ks. Adam Błyszcz

Siła słabości

opublikowane: 11 sie 2019, 04:48 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 11 sie 2019, 04:57 ]

Homilia na XIX niedzielę zwykłą

32 Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. 33 Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. 34 Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. 35 Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! 36 A wy bądźcie podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. 37 Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. 38 Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. 39 A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. 40 Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie». 41 Wtedy Piotr zapytał: «Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?» 42 Pan odpowiedział: «Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas rozdawał jej żywność? 43 Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. 44 Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. 45 Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, 46 to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. 47 Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. 48 Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą.
(Łk 12, 32–48)

Jezus z determinacją kontynuuje swoją wędrówkę ku Jerozolimie, w której zostanie zgładzony. Wrogość religijnych liderów Izraela staje się coraz bardziej czytelna. Być może to jest powodem, że ci, którzy podążają za Jezusem, zaczynają odczuwać pewien niepokój, lęk. A może jest i tak, że stopniowo zaczyna tychże uczniów ogarniać również jakiś nastrój rozczarowania co do postaci Mistrza, który miał się przecież okazać Mesjaszem miażdżącym nieprzyjaciół Boga Izraela. A w tym (i w takim) Mesjaszu nie ma i nie było nic z siły.

Jezus zapewne spostrzegł to zmieszanie swojej wspólnoty. Ile osób mogło Mu towarzyszyć? Dwunastu apostołów, zapewne niektórzy z nich szli w towarzystwie swoich żon, kilka kobiet, które wspierały Jezusa. W sumie nieco ponad dwadzieścia osób. Mało, zważywszy na siłę społeczeństwa żydowskiego, które odwraca się od galilejskiego Mesjasza z Nazaretu. Mało, zważywszy na potęgę Imperium Rzymskiego wpatrzonego w swoich bożków! Łatwo zrozumieć zatem serdeczne i ciepłe słowa Jezusa: „Nie bój się, mała trzódko”. Łatwo, mimo że niewiele nam pozostało z tej pierwotnej małości. Kościół katolicki liczy sobie dzisiaj ponad miliard trzysta milionów ochrzczonych. Kościoły protestanckie liczą ponad osiemset milionów wiernych, prawosławie to prawie trzysta milionów wiernych. Zatem wszystkich chrześcijan na świecie byłoby około dwóch miliardów czterysta milionów. W przybliżeniu uczniowie Jezusa stanowią 1/3 populacji Ziemi. To daje poczucie siły!

Można zaryzykować, że to poczucie małości, niemocy przeszło z poziomu materialnego na poziom moralny. Kościoły odkrywają tę swoją małość nie w tym, że są nieliczne i biedne, ale w tym, że są wspólnotami poranionymi, noszącymi blizny grzechów swoich wyznawców, doświadczającymi nędzy moralnej. W tym sensie słowa Jezusa wzywające do tego, aby każdy Jego uczeń stał się ubogi, pozwolił się ogołocić (podobnie, jak ogołocił się sam Jezus) i podzielił to swoje ogołocone życie z braćmi i siostrami oraz rozpoznał w sobie konieczność nawrócenia, nie tracą niczego ze swojej aktualności. Tak jak nie traci swojej aktualności wezwanie do czuwania, które w jakiejś mierze jest siłowaniem się z wewnętrzną ślepotą, z codziennym zmęczeniem, z codziennością, która nosi w sobie tę zabójczą sugestię nieistotności.

ks. Adam Błyszcz

Bezsilność norm

opublikowane: 5 sie 2019, 13:00 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 5 sie 2019, 13:02 ]

Homilia na XVIII niedzielę zwykłą

13 Wtedy ktoś z tłumu rzekł do Niego: «Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem». 14 Lecz On mu odpowiedział: «Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?» 15 Powiedział też do nich: «Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia». 16 I opowiedział im przypowieść: «Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. 17 I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. 18 I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. 19 I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! 20 Lecz Bóg rzekł do niego: "Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?" 21 Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem».
(Łk 12, 13–21)

Tora, której Jezus był interpretatorem, stanowiła, że po śmierci ojca majątek przypadał pierworodnemu. Dziedzictwo nie mogło być dzielone. Pozostałe dzieci miały prawo do tego, co dzisiaj nazywamy majątkiem ruchomym. I pewnie o to pyta ktoś z uczniów Jezusa. Ale ten uchyla się od interwencji. Zastanawiamy się dlaczego? I to jest pierwsza kwestia dzisiejszego czytania.

Być może Jezus nie chce wchodzić w kompetencje sędziów, których Tora ustanawiała dla takich właśnie spraw. Oczywiście powstaje pytanie, czy ten unik Jezusa nie dostarcza argumentu tym, którzy dowodzą, że Jezus nie miał zamiaru poddawać swojej dyscyplinie wszystkich aspektów życia swoich uczniów. A może dlatego, że jest przekonany o tym, że żydowska Tradycja, w której wzrastał i się wychowywał, dostarcza sumieniu wierzącego wszystkie niezbędne narzędzia, aby ten potrafił odczytać wezwania rzeczywistości. Współbrzmi to w jakiejś mierze z tym, co pisze papież Franciszek w adhortacji apostolskiej Amoris laetitia, że zbyt mało mamy ufności w sumienie naszych wiernych; że zawiłości życia próbujemy rozwiązywać kolejnymi normami. Bezsilność tych norm wobec egzystencji jest czymś, co również podkreśla papież Franciszek. Tyle, że my należymy do tradycji, która została ukształtowana przez dogmat tzw. pedagogicznej roli Prawa!

To jest pierwsza część dzisiejszej Ewangelii. W drugiej nie jest wcale łatwiej. Może Jezus dosłyszał w prośbie człowieka z tłumu jakąś nutę chciwości, gdyż przypowieść Rabbiego nie jest skierowana przeciwko bogactwu, które w kulturze żydowskiej widziane było jako znak bożego błogosławieństwa. Wszak przecież Izrael zostaje wyzwolony z Egiptu nie po to, aby biedę klepał w Ziemi Obiecanej. Potępiona zostaje chciwość, czyli niewłaściwe przywiązanie do dóbr materialnych. Ta niewłaściwość swoje korzenie znajduje w przekonaniu, że od pieniędzy wszystko zależy. I myśl, że nasz dobrobyt zależy od naszej przedsiębiorczości czy naszych talentów. Jakże nie wspomnieć tutaj słów Pawła apostoła:

7 Któż będzie cię wyróżniał? Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?
(1 Kor 4, 7)

ks. Adam Błyszcz

Sprowokować Jezusa

opublikowane: 27 lip 2019, 14:02 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 27 lip 2019, 14:39 ]

Homilia na XVII niedzielę zwykłą

1 Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów». 2 A On rzekł do nich: «Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! 3 Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień 4 i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie». 5 Dalej mówił do nich: «Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: "Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, 6 bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać". 7 Lecz tamten odpowie z wewnątrz: "Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie". 8 Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. 9 I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. 10 Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. 11 Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? 12 Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? 13 Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą».
(Łk 11, 1-13)

Jezus opowiada przypowieść o modlitwie. Wydaje się, że kluczem jej zrozumienia jest natarczywość. Skoro Jezusowi wolno opowiadać przypowieści, którymi nas prowokuje, niech mnie wolno będzie opowiedzieć historię, która być może sprowokuje Jezusa.

To nie jest przypowieść, ale historia, która wydarzyła się na przełomie stycznia i lutego 1945 roku na Górnym Śląsku. Bohaterów jest co najmniej troje. Pewna kobieta, którą dla ułatwienia opowiadania nazwijmy Anną, jej syn zaledwie siedemnastoletni młodzieniec – jego nazwijmy Rudolfem, no i Pan Bóg. Jego zabraknąć nie może, chociaż jest w tej historii tak na poły obecny i nieobecny. Ponoć typowe dla Niego. Gdzieś tam w tej historii przemknie jeszcze jakiś ksiądz – jego póki co jeszcze nie nazywajmy.

Pod koniec stycznia 1945 roku Świętochłowice (taka mała mieścina na Górnym Śląsku, w której w 1968 roku urodziłem się i ja) zostały zdobyte przez wojska sowieckie. Dla lokalnej ludności nastał czas wywózek do Donbasu i gwałtów na śląskich kobietach i dziewczętach. Ale dla Anny, wówczas nieco ponadtrzydziestoletniej kobiety, był to również czas niepokoju o los jej pierworodnego syna, Rudolfa. Kiedy Rudolf miał szesnaście lat, został wcielony do Wehrmachtu i wysłany na front wschodni. W 1944 roku front wschodni oznaczał przedpola Warszawy. Tam jego kompania została zdziesiątkowana. Ocalało trzech żołnierzy. Rudi i dwóch jego kolegów, zdaje się, że w tym samym wieku co on. Dla nich II wojna światowa się skończyła. Zamiast szukania kontaktu z jakąś niemiecką jednostką, postanowili wrócić do swoich domów. To ewidentny akt dezercji. Pewnej wrześniowej nocy 1944 roku Rudolf zapukał w okno swojego rodzinnego domu. Anna uradowana wpuściła go do domu. Brat – Józef, przezywany Josele (kilkadziesiąt lat później okaże się moim ojcem) i siostra Rudolfa – Magdalena otrzymali surowy zakaz mówienia komukolwiek o tym, że ich najstarszy brat zjawił się w domu. Kryjówkę przygotowano mu w piwnicy, w której siedział całe dni. Do domu wchodził dopiero po zmroku. Ale i tak ktoś z sąsiadów wypatrzył jego sylwetkę i doniósł na gestapo. Do dzisiaj nie wiemy kto. Patrol złożonych z dwóch rosłych gestapowców zjawił się wcześnie rano pewnego styczniowego dnia. Maleńka Magdalena, która tę historię mi opowiadała, zapamiętała przede wszystkim wzrost funkcjonariuszy gestapo. W jej opowieści byli olbrzymami, którzy jej brata wyciągnęli z piwnicy.

Dezercja, o którą Rudolf został oskarżony, oznaczała wyrok śmierci. Rudolf został przewieziony do jednego z więzień na terytorium dzisiejszej Republiki Czeskiej. Niemcy wiedzieli, że nie zdołają utrzymać Górnego Śląska. Zresztą Rosjanie zajęli go niebawem, siejąc strach i popłoch wśród ludności cywilnej, zwłaszcza kobiet, które były gwałcone przez pijanych czerwonoarmiejców.

Anna odchodziła od zmysłów. Nie wiedziała, co począć. Nie miała z kim porozmawiać ani komu się wyżalić. Jej mąż, również żołnierz Wehrmachtu, walczył na Froncie Zachodnim. W końcu postanowiła pójść do proboszcza i opowiedzieć swoją biedę. Ksiądz Thomas Rieder powiedział jej, że powinna przez siedem dni nawiedzić siedem różnych kościołów i wysłuchać w nich siedem mszy, wyspowiadać się, przyjąć komunię świętą i przed figurą lub obrazem Matki Bożej zapalić święcę wotywną. I tak ocali syna przed śmiercią. Wyszła z plebani jak nowo narodzona. I tak przez tydzień wychodziła z domu, w chustce i umorusana sadzą, co miało już postarzeć i uchronić przed napaścią sowieckich żołnierzy. I tak przez tydzień, dzień po dniu, z nadzieją ocalenia Rudolfa. Każdego dnia robiła po kilkanaście kilometrów. I trochę siłowała się z Bogiem, prosząc, że jeśli już kogoś miałaby poświęcić i stracić, to wolałaby, aby zginął mąż, a nie syn. Nigdy sobie nie wybaczyła tego targu z Panem Bogiem. Anna żyła tą nadzieją, że jej modlitwa ocali Rudolfa. Do czasu, aż otrzymała pocztą (mimo wojny funkcjonowała!) list kapelana czeskiego więzienia, który informował ją, że jej syn przed egzekucją wyspowiadał się i prosił, żeby matce przekazać różaniec (Magdalena, młodsza siostra Rudolfa, pamiętała, że on każdego dnia odmawiał różaniec) i obrazek świętego Józefa, którego miał za swojego patrona.

Anna poczuła się zdradzona. Zrobiła to, co wydawało się, że mogła zrobić, żeby ocalić syna. Straciła wiarę w Boga. Już Mu więcej nie wierzyła i nie ufała. Mówiło się w rodzinie, że wybaczyła Bogu dopiero na łożu śmierci, kiedy trawił ją nowotwór. Jesteśmy tacy samotni.

Proszę mi powiedzieć, kto ponosi odpowiedzialność za ateizm, niewiarę mojej babci (jak mówią Włosi nonna paterna), bo opowiedziałem w wielkim skrócie jej historię i jej pierworodnego! Wuja Rudolfa, którego nie znałem, bo został stracony 23 lata przed moimi narodzinami. Moja babka rozczarowała się Bogiem, którego Syn w dzisiejszej przypowieści mówi o natarczywości w modlitwie. Ona była natarczywa, ryzykując każdego dnia swoich pielgrzymek bycie sponiewieraną przez sowieckich sołdatów.

Wielki francuski teolog, jezuita, ojciec Henri de Lubac, kiedyś napisał, że za każdym aktem ateizmu kryje się jakiś brak miłości lub brak odwagi myślenia.

Kto zawiódł w tej historii? Komu zabrakło miłości albo myślenia? Bogu? Przecież wiemy bardzo dobrze, że On nie wstrzyma biegu historii lub natury. Co do tego nie możemy mieć złudzeń. Nasz Bóg nie jest Bogiem arbitralnych decyzji.

Jezusowi? Opowiedział źle tę przypowieść? Chyba nie.

A może ksiądz Thomas, proboszcz świętochłowickiej parafii? Który zapewne chciał dać swojej parafiance odrobinę nadziei, a pozbawił ją na wiele lat dary wiary i ufności. I skoligacił Słowo Boże z jakąś magiczną praktyką. Pogaństwo! Gdyby doczytał do końca uważnie tę przypowieść, zrozumiałby, że rzecz nie dotyczy natarczywości, która ma zmienić uniwersum, historię, ale że modlitwa dotyczy daru Ducha Świętego, który zmienia nasze serce, który pracuje w naszym sumieniu. Z modlitwą nie zmieniamy świata – uczymy się patrzeć oczyma Boga.

ks. Adam Błyszcz

Spór między uczennicami Jezusa

opublikowane: 21 lip 2019, 04:24 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 21 lip 2019, 04:27 ]

Homilia na XVI niedzielę zwykłą

38 W dalszej ich podróży przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. 39 Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. 40 Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». 41 A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, 42 a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».
(Łk 10, 38–42)

Epizod opowiadany przez Łukasza w Jego ewangelii swoiste echo znajduje w Dziejach Apostolskich, które też są dziełem Łukaszowego pióra:

Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. 2 «Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły» - powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. 3 «Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości! Im zlecimy to zadanie. 4 My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa». 5 Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. 6 Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce.
(Dz 6, 1–6)

Osią tego sporu jest napięcie, które powstaje między życiem poświęconym słuchaniu i głoszeniu Słowa a posługą stołu (dzisiaj powiedzielibyśmy: posługą duszpasterską). Rzeczą istotną jest dostrzeżenie, że to napięcie dotyczy tak wspólnot, jak i każdego ucznia Jezusa. Każdy z nas jest bowiem rozdarty między pragnieniem słuchania Słowa a powinnością tego, co winniśmy robić jako chrześcijanie zanurzeni w świecie.

My ten konflikt dzisiaj obserwujemy na przykładzie starcia dwóch sióstr: Marii i Marty. Marta to kobieta przedsiębiorcza. Pragnie przyjąć Jezusa w swoim domu jak najlepiej. Tak jak na to zasługuje tak szanowany i ceniony Rabbi. Ta myśl zaprząta ją całkowicie. Ale trzeba też dostrzec, że pomimo swojego zabiegania zwraca się do Jezusa „Panie”, po grecku Kyrios, tytułem, który należy do języka Kościoła uformowanego po zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. W Ewangelii św. Jana Marta jest przedstawiona jako ta, która składa najgłębsze wyznanie w Jezusa, mówiąc o Nim:

Ja mocno wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat».
(J 11, 27)

Maria natomiast to zupełnie inna osobowość. Chce wykorzystać obecność Jezusa w jej rodzinnym domu, aby wsłuchać się w Jego słowa, w jego nauczanie. W ten prosty a skandaliczny sposób staje się uczennicą Jezusa. Skandaliczny, gdyż jedna z ksiąg Talmudu, Sotah, wyraźnie twierdzi, że ktoby uczył swoją córkę Tory, Prawa to tak, jakby uczył ją rzeczy sprośnych. Godność ucznia była zarezerwowana dla mężczyzny. Maria przekracza horyzont religijny i społeczny swojej epoki. Mimo że jest osobowością nieco schowaną, kontemplacyjną, zdobywa się na gest wielkiej odwagi, wchodzi w krąg uczniów Pana ufna, że Ten nie odrzuci jej obecności. Że Jezus zaakceptuje fakt, że posiada nie tylko uczniów – mężczyzn, ale również uczennice – kobiety. Czy ten epizod nie stanowi źródła chrześcijańskiego feminizmu, emancypacji kobiet; czegoś, co bardzo szybko przez Kościół pierwotny zostało zapomniane i zmodyfikowane zgodnie z wymogami kultury pogańskiej? Wspomina o tym dosyć ciekawie Zuzanna Radzik w swojej książce „Emancypantki. Kobiety, które zbudowały Kościół”. Przy czym trzeba pamiętać, że to nie jedyna modyfikacja, którą w nauczanie Jezusa wniósł rodzący się Kościół. O innej wspomina kard. Ratzinger w swoich esejach poświęconych przekształceniom pojęcia braterstwa.

Zatem spór między siostrami jest sporem między dwiema osobami, które mocno i radykalnie wierzą Jezusowi i w Jezusa. Nie dziwi zatem fakt, że Marta, która czuje się pokrzywdzona, o interwencję prosi Jezusa. Dla Jezusa to zapewnie niezręczna sytuacja, bez wątpienia ceni i szanuje obydwie siostry, ale więcej sympatii okazuje Marii.

Odpowiedź Jezusa jest kuriozalna. Najczęściej interpretowana jest jako uznanie wyższości życia kontemplacyjnego nad życiem aktywnym. Ale można w niej widzieć nie tylko sprzeciw wobec samego działania Marty, lecz bardziej próbę polemiki z emocjami, które towarzyszą takiemu działaniu. Tak jakby chciał jej powiedzieć: jesteś tak skoncentrowana na tym, co robisz, że nie zauważasz rzeczy istotniejszych. Jezus nie potępia faktu, że Marta działa, pracuje (bo to trzeba zrobić), natomiast nie podoba Mu się jej przywiązanie do tej pracy. Stanowi ono tak silny kompleks emocji, że Marta traci z oczu Jezusa, a przecież wszystko zaczynała organizować ze względu na nadejście Jezusa!

ks. Adam Błyszcz

Przypowieść nie tylko o miłosierdziu

opublikowane: 13 lip 2019, 11:22 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 13 lip 2019, 11:27 ]

Homilia na XV niedzielę zwykłą

25 A oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: «Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» 26 Jezus mu odpowiedział: «Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?» 27 On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. 28 Jezus rzekł do niego: «Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył». 29 Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: «A kto jest moim bliźnim?» 30 Jezus nawiązując do tego, rzekł: «Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. 31 Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. 32 Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. 33 Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: 34 podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. 35 Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: "Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał". 36 Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?» 37 On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie». Jezus mu rzekł: «Idź, i ty czyń podobnie!»
(Łk 10, 25–37)

Słuchamy w tej liturgii jednej z najważniejszych stron Nowego Testamentu, która do dzisiaj nie straciła swojej aktualności, więcej – wydaje się o wiele bardziej natarczywa w naszych czasach. Zaraz spróbuję to pokazać i proszę mi wierzyć, tu wcale nie chodzi o kwestię miłosierdzia, o którym tyle się mówi we współczesnym Kościele. Rzecz dotyczy czegoś innego.

Do Jezusa przychodzi uczony w Prawie, rabbi Tory przychodzi do Rabbiego z pytaniem, które nurtowało wielu pobożnych Żydów I wieku: co robić, aby osiągnąć życie wieczne. To znaczy, co robić, aby osiągnąć takie życie, takie szczęście, którego śmierć nie zniszczy? Łukasz nadmienia, że pytanie zostało postawione z pewną złośliwością, aby Jezusa postawić w trudnej sytuacji. Wygląda na to, że pytającemu zabrakło czystości intencji. Jezus mimo tego nie uchyla się od odpowiedzi, chociaż jest w niej również pewna doza prowokacji. Co czytasz? Jak jest napisane w Torze? Tak jakby Jezus chciał powiedzieć: Pytasz mnie o coś, co jest w zasięgu Twojego poznania, Twoich oczu, pytasz mnie o coś, co znajduje się w naszej Tradycji. Istotnie, rabbi, pewnie nieco zawstydzony, przywołuje zasadniczy tekst Tory, z księgi Powtórzonego Prawa. Wyznanie wiary, które każdy pobożny Żyd recytował trzy razy dziennie:

4 Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem - Panem jedynym. 5 Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił.
(Pwt 6, 4–6)

I niejako odruchowo odwołuje się do innego tekstu Tory, z Księgi kapłańskiej, aby uzupełnić swoją odpowiedź:

… będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Ja jestem Pan!
(Kpł 19, 18)

Zdumiewa dynamika tej sceny. Wygląda to trochę tak, jakby Jezus chciał powiedzieć: Przecież nie potrzebujesz mnie, aby znaleźć odpowiedź na twoje pytanie. Masz Tradycję. Wystarczy ją czytać, medytować i być na nią otwartym.

Zatrzymajmy się chwilę przy kwestii Tradycji. Jeden z najpoważniejszych zarzutów stawianych papieżowi Franciszkowi polega na tym, że sprzeciwił się tradycji Kościoła, więcej, że z nią zerwał. W adhortacji Amoris laetiia, za którą Franciszkowi oberwało się najwięcej, czytamy taki piękny fragment, który mnie nieustannie prowokuje do refleksji:

Aby właściwie zrozumieć, dlaczego możliwe i konieczne jest szczególne rozeznanie w niektórych sytuacjach zwanych „nieregularnymi”, istnieje pewna kwestia, którą zawsze należy uwzględniać, aby nigdy nie pomyślano, że usiłuje się minimalizować wymagania Ewangelii. Kościół dysponuje solidną refleksją na temat uwarunkowań i okoliczności łagodzących.
(AL, 301)

Kościół dysponuje solidną refleksją. Nasza chrześcijańska tradycja pozwala nam właściwie oceniać sytuacje, w których znajdują się nasi wierni. I bądźmy uczciwi, to nie papież Franciszek zaproponował doktrynę grzechu śmiertelnego. On tylko przypomniał głęboką myśl św. Tomasza z Akwinu, która skądinąd została utrwalona w obowiązującym Katechizmie Kościoła Katolickiego. To nie papież Franciszek wypracował starożytną doktrynę Słowa rozsianego, która pozwalała starożytnym chrześcijanom w filozofii pogańskiej dostrzec odblask, refleks Słowa, Logosu, Mądrości Bożej. Analogicznie, czy w tych wszystkich niedoskonałych (kruchych, aby użyć języka Franciszkowego) związkach między mężczyzną a kobietą nie można dostrzec mimo wszystko refleksu pierwotnej myśli Stwórcy o małżeństwie?

Czym zatem jest tradycja? Była ona bardzo często pojmowana jako synonim konserwatyzmu, zapisem reguł z przeszłości, które miały regulować teraźniejszość. Dawało to poczucie bezpieczeństwa, ale nie przynosiło niestety życia.

Raz jeszcze oddajmy głos Franciszkowi: „…chciałbym zdefiniować, co to jest tradycja. Tradycja to nie jest niezmienne konto w banku. Tradycja to doktryna, która jest w drodze, która idzie naprzód”.[1]

Jeszcze trudniej wygląda przypowieść, którą Jezus opowiada, próbując zmierzyć się z pytaniem rabbiego o to, kto jest moim bliźnim. Dziwna przypowieść! Z wyjątkiem ofiary, o której nic nie wiemy, pozostali bohaterowie są zdefiniowani przez przynależność religijną. Dwaj pierwsi (kapłan i lewita) związani z sanktuarium jerozolimskim, trzeci (Samarytanin) to heretyk, odszczepieniec. Dwaj pierwsi zranionemu, pobitemu, na półumarłemu (to bardzo ważny szczegół, gdyż w jakiejś mierze może usprawiedliwiać, tłumaczyć obojętność lewity i kapłana). Pytamy zatem, dlaczego ci dwaj religijni ortodoksyjni ludzie nie okazują potrzebującemu współczucia? Zapewne dlatego, że doskonale znali Torę i jej przykazanie, które mówiło:

11 Kto się dotknie zmarłego, jakiegokolwiek trupa ludzkiego, będzie nieczysty przez siedem dni. 12 Winien się nią oczyścić w trzecim i siódmym dniu, a wtedy będzie czysty. Gdyby jednak nie dokonał w trzecim i siódmym dniu oczyszczenia, wówczas pozostanie nieczysty.
(Lb 19, 11–13)

Proszę sobie wyobrazić, że to przykazanie Tory było tak radykalne, że arcykapłan, który musiał być zawsze gotowy do sprawowania kultu w świątyni w przypadku śmierci kogoś ze swoich bliskich (rodziców, żony, dzieci), nie mógł ich dotknąć!

Skąd zatem obojętność kapłana i lewity? Ano z wierności religii. Ich postawie zostaje przeciwstawione zachowanie Samarytanina, który zapewne jest również człowiekiem wierzącym (ateizm w starożytności jest zjawiskiem nader rzadkim), ale nie przestrzega Tory i odrzuca kult w sanktuarium jerozolimskim. Co ciekawe, rabbi, któremu Jezus opowiada tę przypowieść, natychmiast i bez przeszkód uświadamia sobie, że tym, który odsłania tajemnicę bliźniego, jest właśnie odszczepieniec, a nie ortodoksyjni kapłan czy lewita.

Czy Jezus chce tą przypowieścią powiedzieć, że doświadczenie religijne (spotkanie z Bogiem), które nie otwiera na drugiego człowieka, jest nic niewarte? Może zostać obudowane rytuałem i przepisane, ale nie przestaje być iluzją. Nie ma żadnej wartości.

ks. Adam Błyszcz

[1] Papież Franciszek, Dominique Wolton. Otwieranie drzwi. Rozmowy o Kościele i świecie, Kraków 2018, str. 322.

Czego Jezus oczekuje od posłanych?

opublikowane: 11 lip 2019, 06:42 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 11 lip 2019, 06:45 ]

Homilia na XIV niedzielę zwykłą

Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. 2 Powiedział też do nich: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. 3 Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. 4 Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie! 5 Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi! 6 Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. 7 W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. 8 Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; 9 uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże. 10 Lecz jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie: 11 Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam. Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże. 12 Powiadam wam: Sodomie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu. 17 Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: «Panie, przez wzgląd na Twoje imię, nawet złe duchy nam się poddają». 18 Wtedy rzekł do nich: «Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica. 19 Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. 20 Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie»
(Łk 10, 1–12, 17-20)

Zanim przejdziemy do teologii, musimy się zatrzymać nieco przy matematyce. Pojawiają się dwie wartości. Pierwsza: 72 uczniów, których Jezus posyła, a którzy mają zapowiedzieć Jego nadejście w miasteczkach i wsiach Galilei. Skąd ta liczba? Ona może mieć fundament historyczny. Istotnie, Jezus mógł wybrać 72 swoich uczniów, których nie należy identyfikować z apostołami, ale może być i tak, że redaktor Ewangelii Łukasza całej tej scenie nadaje pewien wymiar symboliczny. Źródłem tego symbolizmu byłby X rozdział Księgi Rodzaju, który opisuje stan ludzkości po potopie. Otóż Żydzi wierzyli, i to przekonanie towarzyszyło również czasom Jezusa, że Ziemia jest zamieszkana przez 72 narody. Zatem powiedzenie, że misję otrzymało 72 posłańców, jest deklaracją, że orędzie jest skierowane do człowieka każdej kultury, każdego języka. Nikt nie jest wykluczony. I w tym miejscu należałoby poczynić jeszcze jedną uwagę. X rozdział Księgi Rodzaju nie opisuje ludzkości w stanie czystym czy też pierwotnym. To opis ludzkości po kataklizmie, po potopie. To opis takiej ludzkości, która widziała zagładę i jest zraniona. Kiedy myślę o tym, przychodzi mi do głowy przemówienie św. Jana XXIII, który otwierając 11 października 1962 roku Sobór Watykański II, powiedział:

Nie było nigdy takiego momentu, żeby Kościół nie sprzeciwiał się tym błędom, często je potępiając i to nierzadko z największą surowością. Odnośnie jednak do naszych czasów, Oblubienica Chrystusa woli stosować lekarstwo miłosierdzia niż odwoływać się do narzędzi, broni rygoryzmu… [1]

Nie zapominajmy, że Sobór Watykański II został zwołany 17 lat po II wojnie światowej, która była potopem chcącym zniszczyć całą ludzkość. W obliczu tych ran Kościół uznał, że najlepiej będzie odwołać się do miłosierdzia.

Drugą wartością matematyczną jest cyfra dwa. Ewangelista Łukasz relacjonuje, że posłani szli po dwóch. Skąd ten pomysł Jezusa? I ponownie musimy sięgnąć do Tory, do Księgi Powtórzonego Prawa, gdzie w rozdziale XIX znajduje się wskazówka procesowa:

15 Nie przyjmie się zeznania jednego świadka przeciwko nikomu, w żadnym przestępstwie i w żadnej zbrodni. Lecz każda popełniona zbrodnia musi być potwierdzona zeznaniem dwu lub trzech świadków.
(Pwt 19, 15)

Czyżby Jezus był przekonany, że egzystencja Jego uczniów to coś, co się dzieje pod znakiem procesu sądowego; coś, co jakiś czas później innymi słowy wyrazi autor Pierwszego Listu św. Piotra:

Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest.
(1 Pt 3, 15)

Niewykluczone, że Jezus chciał osiągnąć jeszcze inny cel. Zdawał sobie sprawę, że posyła uczniów jak owce między wilki, że zostaną odrzuceni z powodu Jego słowa o Królestwie. Przecież tydzień temu w liturgii niedzielnej był czytany fragment o tym, jak Jezus został odrzucony przez wioskę samarytańską. Musiał brać pod uwagę, że podobny los spotka Jego wysłańców. Może chciał ich takim doświadczeniem skromnej wspólnoty (idą we dwóch, nie są sami) uchronić przed pokusą modyfikacji Jego Słowa, takiej modyfikacji, która byłaby PR-owskim chwytem, próbą pozyskania słuchacza, ale byłaby zarazem zdradą pierwotnego orędzia.

Tyle matematyki. Teraz nieco teologii. Czego Jezus oczekuje od tych swoich wysłańców? Wydaje się, że oczekuje trzech postaw:

Po pierwsze wierności Jego Słowu. Orędzie jest własnością Jezusa, ono nie należy do Kościoła, chociaż Kościół konstytuuje. I o tym nie wolno nam nigdy zapomnieć!

Po drugie Jezus wymaga ufności Bogu, zawierzenia Jego Ojcu. Te wszystkie zabiegi o posiadanie stosownych środków głoszenia Słowa są wtórne wobec zawierzenia Bogu.

Po trzecie, Jezus posłanym przez siebie zabrania stanowczo szukania własnej korzyści. To poszukiwanie osobistej korzyści jest czymś dyskwalifikującym ucznia!

ks. Adam Błyszcz


Odrzucone orędzie

opublikowane: 11 lip 2019, 05:38 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 11 lip 2019, 05:40 ]

Homilia na XIII niedzielę zwykłą

51 Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy 52 i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. 53 Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. 54 Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: «Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?» 55 Lecz On odwróciwszy się zabronił im. 56 I udali się do innego miasteczka. 57 A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: «Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz!» 58 Jezus mu odpowiedział: «Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć». 59 Do innego rzekł: «Pójdź za Mną!» Ten zaś odpowiedział: «Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca!» 60 Odparł mu: «Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże!» 61 Jeszcze inny rzekł: «Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu!» 62 Jezus mu odpowiedział: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego».
(Łk 9, 51–62)

W dzisiejszym fragmencie Ewangelii zaskakuje fakt nieudzielenia Jezusowi – pielgrzymowi gościny przez Samarytan. To o tyle zdumiewające, że w kulturze ludów zamieszkujących Bliski Wschód udzielenie gościny było (i jest do dzisiaj) czymś świętym.

Jezusowi – z racji etnicznych (jest Żydem) oraz z racji religijnych (pielgrzymuje do sanktuarium jerozolimskiego) jakaś wioska samarytańska odmawia udzielenia gościny. Nie chcą przyjąć Jezusa – pielgrzyma. Dziwi to o tyle bardziej, że Jezus w swoim nauczaniu nie ukrywał swojej sympatii dla Samarytan, których pobożni Żydzi uważali za odszczepieńców.

To przecież ewangelista Łukasz przechował Jezusową przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (por. Łk 10, 25–37). I on opowiada epizod o uzdrowieniu dziesięciu trędowatych, z których tylko jeden wrócił podziękować Jezusowi. Samarytanin właśnie (por. Łk 17, 11–19).

Jak zachować się wobec odrzucenia? Pytanie, które nurtuje wielu z nas, gdyż wielu z nas obserwując sytuację współczesnego Kościoła, uświadamia sobie, że Jego orędzie jest odrzucane.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewne konieczne rozróżnienie. My, Kościół zachodni, należący do obszaru transatlantyckiego (Europa, USA i Kanada), nie jesteśmy Kościołem prześladowanym. Kościołami prześladowanymi są Kościoły Azji i Afryki. My jesteśmy Kościołem ignorowanym i odrzuconym. I to odrzucenie też należy widzieć w specyficzny sposób. Uczestniczyłem ostatnio w uroczystości Bożego Ciała w procesji miejskiej. Brał w niej udział również burmistrz miasta, w którym mieszkam. Szedł przepasany wstęgą w barwach włoskich. Strażnicy miejscy nieśli chorągiew miasta. My wciąż żyjemy taką relacją Kościół – miasto, którą w IV w. zaproponował cesarz Konstantyn. I dobrze nam z tym. Miasto pozwala nam używać swoich placów i szkół do głoszenia orędzia Jezusa Chrystusa, możemy ulicami miasta przechodzić z naszymi procesjami. Zaiste, nie jesteśmy dyskryminowani. Na czym zatem polega to odrzucenie, o którym wspomniałem? Ono dokonuje się nie tyle na placu miasta, ile przy rodzinnym stole. Uświadamiamy sobie, że nie jesteśmy więcej źródłem sensu czy też interpretacji ludzkiej egzystencji dla naszych dzieci i wnuków. One bardziej słuchają miasta niż Kościoła! I najzwyklej w świecie nie wiemy jak się odnieść do tego lekceważenia. Jak zmierzyć się z tym, że świat (reprezentowany przez młode pokolenie) nie chce przyjąć naszego orędzia.

Z podobnym pytaniem musieli się zmierzyć apostołowie Jezusa. Jan i Jakub (dwie osoby kluczowe dla tworzącego się Kościoła) proponują swoje rozwiązanie: spalić, zniszczyć miasteczko samarytańskie, które odmówiło gościnności Jezusowi. Jezus nie akceptuje ich rozumowania. Ich myślenie nie przystaje do Jego logiki. To nie pierwszy epizod, w którym tych dwóch wybitnych apostołów wykazuje niezrozumienie misji Jezusa. Ewangelista Marek pisze, że kiedy Jezus zapowiada po raz trzeci swoją haniebną śmierć, ci dwaj mają czelność prosić Pana o szczególny przywilej:

«Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy». 36 On ich zapytał: «Co chcecie, żebym wam uczynił?» 37 Rzekli Mu: «Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twojej stronie». 38 Jezus im odparł: «Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?» 39 Odpowiedzieli Mu: «Możemy». Lecz Jezus rzekł do nich: «Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie.
(Mk 10, 35-39)

Jeśli dzisiaj chcemy znaleźć właściwą odpowiedź (właściwa oznacza zgodną z wolą Pana, Jezusa Chrystusa) na pytanie, jak zachować się wobec odrzucenia, którego doświadczamy ze strony świata, musimy dobrze widzieć dramat rodzącego się Kościoła, który w takiej sytuacji wystawiony został na dwie pokusy. Pierwszą była myśl o zemście, unicestwieniu tych, którzy nas nie chcą. Druga pokusa to myśl, że można coś dla siebie, dla instytucji Kościoła uzyskać; że coś nam się należy.

Obydwie pokusy unicestwiają wiarygodność przesłania Jezusa Chrystusa, który przecież, jak napisze kilkadziesiąt lat po Jego śmierci i zmartwychwstaniu, św. Paweł w liście do Filipian:

To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. 6 On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem
(Flp 2, 5–6)

NIE SKORZYSTAŁ ZE SPOSOBNOŚCI!

ks. Adam Błyszcz

Sens Wieczernika dla nas

opublikowane: 24 cze 2019, 13:29 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 24 cze 2019, 13:31 ]

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

11 Lecz tłumy dowiedziały się o tym i poszły za Nim. On je przyjął i mówił im o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał. 12 Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu mówiąc: «Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność, bo jesteśmy tu na pustkowiu». 13 Lecz On rzekł do nich: «Wy dajcie im jeść!» Oni odpowiedzieli: «Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi». 14 Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn. Wtedy rzekł do swych uczniów: «Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu!» 15 Uczynili tak i rozmieścili wszystkich. 16 A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi. 17 Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały.
(Łk 9, 11–17)

Ten fragment Ewangelii dzisiejszej niedzieli w Kościele we Włoszech uzasadniony jest tym, że niedziela po uroczystości Przenajświętszej Trójcy (tydzień temu) to świętowanie Bożego Ciała. Na mocy konkordatu między Republiką Włoską a Watykanem postanowiono przenieść uroczystość Bożego Ciała z czwartku na niedzielę. Mamy zatem okazję w realiach włoskiego Kościoła (w realiach polskiego Kościoła mieliśmy okazję do tego w ubiegły czwartek) wrócić do Wieczernika, gdyż tam została ustanowiona Eucharystia. Stało się to na kilkanaście godzin przed śmiercią, egzekucją Jezusa Chrystusa. Spożywa On ostatni posiłek ze swoimi uczniami (ostatnia wieczerza według Ewangelii w narracji Jana), spożywa On kolację paschalną według Ewangelii w narracji Łukasza, Marka i Mateusza). To ostatni moment, w którym może w sposób czytelny dla odbiorcy i jednoznaczny zinterpretować swoją męczeńską śmierć. Będąc przybitym do krzyża, utraci zdolność wyraźnego wysławiania się. Ślady tego mamy w ewangelicznych zapisach Męki Pańskiej. A zatem wieczerza paschalna, ta narracja synoptyczna (Łukasz, Marek, Mateusz) swoje odzwierciedlenie znajduje także w Pierwszym Liście św. Pawła do Koryntian (napisanym między 52 a 56 rokiem naszej ery, a zatem jakieś 20–25 lat po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa):

23 Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb 24 i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: «To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę». 25 Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: «Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę». 26 Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie.
(1 Kor 11, 23–26)

Oznaczałoby to, że to i takie rozumienie Wielkiego Czwartku było dominujące w rodzących się wspólnotach chrześcijańskich i doprowadziło do wykształcenia bardzo wcześnie zwyczaju sprawowania Eucharystii, która miała imitować ostatnią wieczerzę paschalną Jezusa Chrystusa. Czyżby autor ostatniej Ewangelii, Jan miał coś przeciw tej tradycji, skoro opisując ten ostatni posiłek Pana z uczniami, pomija słowa Ustanowienia („To jest ciało moje...”, „To jest krew moja…”, „To czyńcie na moją pamiątkę…”), a wprowadza epizod obmycia stóp, o którym milczą Łukasz, Mateusz i Marek?

Przyjmijmy, że racja jest po stronie tych trzech i Pawła, którego w Wieczerniku nie było, ale jego zapis w Pierwszym Liście do Koryntian jest śladem tego, jak mocna to była tradycja i przekonanie dla pierwszej czy drugiej generacji chrześcijan[1].

Co zatem wydarzyło się tamtego wieczoru (Pierwsze dni kwietnia roku 30?) w Wieczerniku? Jezus spożył z uczniami, którzy stanowili Jego nową rodzinę, wieczerzę paschalną. Możemy założyć, że w tej kolacji paschalnej udział wzięły żony niektórych apostołów i ich dzieci, bo oni także należeli do tej mesjańskiej wspólnoty. Jak taka wieczerza miała wyglądać, wiemy dobrze, bo do naszych czasów przetrwał starożytny żydowski traktat Pesachim opisujący przygotowania do świętowania Paschy. Uczta składała się z czterech etapów. Każdy kończył się wzniesieniem toastem błogosławionego wina. Każdy z uczestników pił z własnego kielicha. W trakcie kolacji najmłodszy z uczestników (Kto to był tam wtedy w Wieczerniku? Któreś z dzieci Szymona Piotra?) stawiał pytanie temu, który przewodniczył tej bardzo rytualnej kolacji: Dlaczego my dzieci tej nocy jeszcze nie śpimy? I wtedy ten, który kolacji przewodniczył (w naszym przypadku nie ulega wątpliwości, że był to Jezus), opowiadał historię wyzwolenia Hebrajczyków z Egiptu. Tej nocy w grze jest wolność!

Kiedy zestawiamy Pesachim z opowiadaniami synoptyków, uświadamiamy sobie znaczenie dwóch różnic. Jezus zaprasza, więcej – nastaje na to, aby uczniowie wino spożywali z jego kielicha, gdyż po błogosławieństwie wina przekazuje go uczniom. I drugi szczegół: utożsamia się z błogosławionym winem i chlebem, czyniąc w ten sposób aluzję do swojego człowieczeństwa.

Czymże zatem jest Eucharystia? To celebrowanie człowieczeństwa Syna Bożego, który w tymże człowieczeństwie wydał się dla naszego zbawienia, dla naszej wolności. Ale nie jest to celebracja w pojedynkę. Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na pewien szczegół, o którym mówi Łukasz w dzisiejszej Ewangelii: Jezus zgłodniałym słuchaczom każe usiąść w grupach po mniej więcej pięćdziesiąt osób. Nie chodzi o to, aby ci zgłodniali i spragnieni słowa czy sensu ustawili się gęsiego, wzięli swój kawałek rozmnożonego chleba i ryby i odeszli, aby w samotności, w swoim kąciku zjedli to, co dostali od Pana. Mają stanowić wspólnotę. Jeśli nasze przeżywanie Eucharystii nie prowadzi nas do zbudowania wspólnoty, to staje się bezużyteczne.

Ks. Adam Błyszcz

[1] Pamiętajmy i o tym, że te pierwsze wspólnoty żyły dwoma sakramentami: chrztem i Eucharystią właśnie. Nie odkryto jeszcze pełnego znaczenia sakramentu pojednania. Jego czas nadejdzie dopiero!

1-10 of 147