• Tylko słuchać Homilia na II niedzielę Wielkiego Postu 28 W jakieś osiem dni po tych mowach wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. 29 Gdy ...
    Opublikowane: 18 mar 2019, 10:43 przez: Redakcja JotJotZet
  • Zgoda Jezusa na bycie człowiekiem Homilia na I niedzielę Wielkiego Postu Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu i przebywał w Duchu Świętym na pustyni 2 czterdzieści dni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w ...
    Opublikowane: 12 mar 2019, 12:18 przez: Redakcja JotJotZet
  • Jak krytykować dobrze? Homilia na VI niedzielę zwykłą 39 Opowiedział im też przypowieść: «Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj? 40 Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w ...
    Opublikowane: 3 mar 2019, 01:54 przez: Redakcja JotJotZet
  • Nowość absolutna Homilia na V niedzielę zwykłą 27 Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; 28 błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za ...
    Opublikowane: 24 lut 2019, 08:05 przez: Redakcja JotJotZet
  • Kto jest ubogi, a kto bogaty? Homilia na VI niedzielę zwykłą 17 Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i ...
    Opublikowane: 18 lut 2019, 01:05 przez: Redakcja JotJotZet
Wyświetlanie postów 1 - 5 z 131. Zobacz więcej »

Tylko słuchać

opublikowane: 18 mar 2019, 10:42 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 18 mar 2019, 10:43 ]

Homilia na II niedzielę Wielkiego Postu

28 W jakieś osiem dni po tych mowach wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. 29 Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. 30 A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. 31 Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. 32 Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. 33 Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: «Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co mówi. 34 Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy tamci weszli w obłok. 35 A z obłoku odezwał się głos: «To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!» 36 W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmiali o tym, co widzieli.
(Łk 9, 28–36)

Łukasz opowiada nam dzisiaj o Przemienieniu Jezusa, najprawdopodobniej na górze Tabor. Dla trzech ewangelistów synoptycznych, to jest Łukasza, Marka i Mateusza, nie ulega wątpliwości, że Jezus został przemieniony. A to oznacza, że siła tej przemiany nie była w Nim, a poza Nim.

Dwie pierwsze niedziele tegorocznego Wielkiego Postu są skoncentrowane na człowieczeństwie Syna Bożego. Tydzień temu zostało ono poddane próbie, pokusie (tak jak każdy z nas ma to życiu). Jezus z tej batalii wychodzi zwycięsko dzięki Duchowi – łasce, która mu towarzyszy. A zatem zasada oporu wobec zakusów demona znajduje się poza człowieczeństwem Syna Bożego. Tak samo poza człowieczeństwem znajduje się zasada, która przemienia to człowieczeństwo i pokazuje, jakie jest ostateczne przeznaczenie naszego ciała. Jezus zostaje przemieniony przez Ojca tak samo, jak przez Ojca zostaje wskrzeszony z martwych. Takie byłoby bowiem najstarsze wyznanie wiary w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Cud przemienienia dokonuje się w atmosferze modlitwy. Jezus się modli. Łukasz bardzo delikatnie zaznacza, że ta Jezusowa modlitwa wiąże się z pewnym wysiłkiem. Jezus udaje się na szczyt góry w poszukiwaniu wyciszenia i samotności. Paradoksalnie – co na pierwszy rzut oka kłóci się z pragnieniem samotności – zabiera ze sobą trzech najbliższych uczniów – współpracowników, którzy Mu jednak nie przeszkadzali w modlitwie, gdyż zmęczeni zasnęli.

Dlaczego my mielibyśmy się modlić? Pierwsza odpowiedź ma charakter jak najbardziej chrystologiczny. Powinniśmy się modlić, gdyż Jezus się modli, to znaczy w milczeniu i w pewnym odosobnieniu szuka woli swojego Ojca. Modlitwa tutaj nie polega na recytowaniu jakichś formuł (jakkolwiek nie ulega wątpliwości, że Jezus jako pobożny Żyd rozpoczynał swój dzień od modlitwy Szema Izrael, to tak jak pobożny chrześcijanin rozpoczyna swój dzień od recytowania Ojcze nasz). Modlitwa Jezusa polega przede wszystkim na słuchaniu tego, co do powiedzenia ma Jego Ojciec. Stąd również znaczenie milczenia i ciszy oraz znajomość Biblii, w której Bóg powierzył swoje słowo Ludowi.

Myślę jednak, że oprócz tej racji chrystologicznej możemy znaleźć inne racje, dla których należałoby podjąć wysiłek modlitwy, wysiłek słuchania Boga. Jeśli dobrze rozejrzymy się we wszechświecie, w którym człowiek wydaje się być koroną wszystkich stworzeń, dostrzec możemy, że wcale nie jesteśmy tak wyjątkowi. Wataha wilków to obraz doskonale zorganizowanego społeczeństwa hierarchicznego, w którym każdy wie, co ma robić dla zapewnienia przeżycia wszystkim członkom stada, również temu, który jest najsłabszy – jak samiec omega. Musimy wyznać, że na polu społecznym organizacja człowiecza nie jest czymś odosobnionym. Podobnie rzecz wygląda, jeśli chodzi o rozwój techniki. Techniczny postęp ludzkości jest niewyobrażalnie wielki, ale nie zapominajmy, że obydwa gatunki szympansa (szympans zwyczajny i bonobo) dla zdobycia pożywienia potrafią posłużyć się prymitywnym narzędziem (kijem lub kamieniem). Nie inaczej rzecz wygląda w sferze seksualnej. Delfiny są ssakami, które podobnie jak człowiek, podejmują współżycie seksualne nie tylko ze względu na prokreację, ale dlatego, że znajdują w tym przyjemność. Rozglądając się zatem we wszechświecie, stawiamy sobie pytanie: co wyróżnia człowieka ze wszystkich stworzeń. Odpowiedź sugerowana przez dzisiejszą Ewangelię brzmi: tym czymś, co wyróżnia człowieka, jest zdolność modlitwy, wsłuchiwania się w to, co Bóg ma do powiedzenia. Byłaby zatem owa zdolność do modlitwy czymś, co sprawia, że człowiek jest człowiekiem. W modlitwie decyduje się jakość naszego człowieczeństwa. Im człowiek bardziej pogrążony w modlitwie (powtarzam jednak, że rzecz nie polega na recytowaniu czy deklamowaniu takich lub innych tekstów), tym bardziej staje się człowiekiem.

Byłoby czymś ważnym, abyśmy w naszym życiu kościelnym, duszpasterskim zdołali odzyskać ten wymiar wsłuchiwania się w Boga, prowadzenia modlitewnej lektury Słowa Bożego (tego, co w tradycji chrześcijańskiej nazywa się lectio divina). Jest jakimś wyrzutem, że zaniedbaliśmy w naszej codziennej praktyce kościelnej tak bardzo Słowo Boże. A przecież Ojciec nie oczekuje od nas niczego innego jak tylko tego, żebyśmy Go słuchali.

ks. Adam Błyszcz

Zgoda Jezusa na bycie człowiekiem

opublikowane: 12 mar 2019, 12:16 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 12 mar 2019, 12:18 ]

Homilia na I niedzielę Wielkiego Postu

Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu i przebywał w Duchu Świętym na pustyni 2 czterdzieści dni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. 3 Rzekł Mu wtedy diabeł: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem». 4 Odpowiedział mu Jezus: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek». 5 Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata 6 i rzekł diabeł do Niego: «Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. 7 Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje». 8 Lecz Jezus mu odrzekł: «Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz». 9 Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! 10 Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, 11 i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień». 12 Lecz Jezus mu odparł: «Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego». 13 Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu.
(Łk 4, 1–13)

Historia kuszenia Jezusa ma trzech bohaterów:

Duch Święty, który towarzyszy Jezusowi i którego obecność czyni tę historię użyteczną dla każdego z nas, gdyż Duch jest zapewne źródłem siły dla Jezusa, aby przezwyciężyć pokusę. Gdyby źródło tej mocy było w unii hipostatycznej [1], każdy z nas musiałby wyznać, że nie sposób z tej historii wyciągnąć jakikolwiek pożytek, gdyż nikt z nas nie cieszy się unią hipostatyczną. Może natomiast każdy z nas liczyć na obecność Ducha Świętego, na łaskę Boga!

Jezus Chrystus, który dopiero co przyjął chrzest od Jana w Jordanie i zaraz po tym opuścił krąg Janowych uczniów i sposobi się do rozpoczęcia samodzielnej misji, dla której jednak chce przyjąć inną strategię. Jeśli dla Jana Chrzciciela pustynia była taką podstawową przestrzenią życia i działania i każdy, kto chciał Go słuchać, musiał opuścić swoją codzienność, dom i rodzinę i udać się na pustynię, to takim żywiołem działania Jezusa nie będzie pustynia, a Miasto (Jerozolima) oraz mieściny i wioski Galilei i Samarii.

Nawet jeżeli Jezus po czterdziestu dniach opuszcza pustynię, to jej doświadczenie będzie znaczyło początek Jego misji. Doświadczenie, które winno Mu pomóc w odpowiedzi na pytanie, kim jest, jaka jest jego tożsamość i w jaki sposób realizować misję, którą Ojciec Mu powierzył. A zatem ten czas pustyni jest poszukiwaniem odpowiedzi na kluczowe pytania dotyczące Jego tożsamości i misji. Musimy się przyznać i do tego, że w teologii stworzyliśmy dosyć statyczny obraz Jezusa Chrystusa. Tak jakby od chwili poczęcia całe Jego życie w najdrobniejszych szczegółach było już zaprogramowane. Tak jakby w swoich decyzjach i wyborach nie musiał mierzyć się z ograniczeniami ludzkiego poznania.

Doświadczenie pustyni to przede wszystkim ogołocenie siebie z wszystkiego, co się posiada; to doświadczenie samotności oraz kruchości (wystawienia się na śmierć).

Trzecim bohaterem jest Demon, który jawi się jako zręczny teolog i egzegeta słowa Bożego i sprawny psycholog, który zna do głębi ludzką naturę. Każdej pokusie towarzyszy bowiem fragment Słowa Bożego, które Demon chce w sposób wiążący interpretować dla Jezusa Chrystusa (tak samo jak w sposób wiążący interpretował Słowo Boże dla Ewy i Adama w Raju). Jest również wziętym interpretatorem ludzkiej natury. Opisuje ją we właściwy sobie sposób, radykalnie i jednoznacznie, a takie opisy budzą zawsze uznanie, gdyż nie ma w nich miejsca na żadną grę kolorem. Wszystko jest biało-czarne, jednoznaczne właśnie. Pamiętamy ów zakład między Jahwe a Szatanem w Księdze Hioba:

8 Mówi Pan [Jahwe] do szatana: «A zwróciłeś uwagę na sługę mego, Hioba? Bo nie ma na całej ziemi drugiego, kto by tak był prawy, sprawiedliwy, bogobojny i unikający grzechu jak on». 9 Szatan na to do Pana: «Czyż za darmo Hiob czci Boga? »
(Hi 1, 8–9)

Szatan stawia odważną tezę: Hiob (który w biblijnym poemacie symbolizuje każdego człowieka) wszystko, co robi, czyni interesownie, dla korzyści. Ta teza jest oczywiście przerysowana. Nie ulega wątpliwości, że szukanie własnej korzyści jest znaczącą siłą ludzkiego postępowania, ale jest też prawdą, że człowieka stać na bezinteresowne gesty i czyny (czy to nie ks. prof. Józef Tischner powiedział, że w XX wieku żadna filozofia nie powiedziała więcej na temat człowieka od ojca Kolbego?). Na tym także polega siła Demona: na umiejętności narysowania karykatury człowieka i Boga, gdyż nie zapominajmy, że w ogrodzie Eden Ewie opowiada, jaki naprawdę jest Bóg: że jest podejrzliwy i zazdrosny o człowieka.

Demon przystępuje do Jezusa w momencie, w którym Ten odczuwa głód. Jezus nabywa świadomość, że bycie człowiekiem wiąże się z tym, że odczuwamy braki (ale to zapewne już wiedział, bo każde dziecko bywa głodne i biegnie z tym do mamy), mamy potrzeby (przy czym głód możemy tutaj interpretować bardzo szeroko, wchodząc również na pole uczuciowości czy seksualności). To doświadczenie to coś, co objawia jedną z podstawowych prawd o człowieku. Nikt z nas nie jest kompletnym uniwersum (albo jak parafrazował to Tomasz Merton: nikt nie jest samotną wyspą). Każdego dnia dociera do nas komunikat, że potrzebujemy kogoś lub czegoś. To, co Jezus mógł odkryć na pustyni w czasie próby, kuszenia, to fakt, że tymi potrzebami można manipulować, co przecież Demon czyni!

Demon nie jest zainteresowany tym, czy Jezus Chrystus jest prawdziwie Synem Bożym. Jego bardziej interesuje, czy Syn Boży zamierza być człowiekiem 24 godziny na dobę. Szwajcarski teolog Rajmund Schwager w swoich rozważaniach dotyczących grzechu pierworodnego doszedł do takiej ciekawej konkluzji, że to przewinienie Ewy i Adama mogło polegać na tym, że przestraszyli się swojego człowieczeństwa i próbowali powrócić do świata zwierzęcego, z którego wyszli (Schwager przyjmuje ewolucję). Demon nie mógł Jezusowi zaproponować tej drogi. Wobec trudności bycia człowiekiem mógł Mu jedynie zaproponować powrót (ucieczkę) do kondycji Boga. Bo Bóg potrafi kamień przemienić w chleb, a człowiek tego nie potrafi. Odpowiedź Jezusa jest jednoznaczna; jestem człowiekiem i zgadzam się na to, żeby doświadczać potrzeb, głodów, które szarpią ludzkie serce. Jezus uczy się nimi zarządzać, a nie zaspakajać je w sposób arbitralny i natychmiastowy.

Trzeba jeszcze nadmienić, że Demon nie ma żadnej władzy stwarzania. Żadnej. W przeciwieństwie do człowieka on nie może niczego dodać do świata. Nie może wprowadzić żadnej nowości (przecież on nie stwarza ani drzewa w Raju, ani jego owocu; on nie stwarza głodu Jezusa ni kamieni – ta ułuda natychmiastowego zaspokojenia, rozwiązania głodu człowieka). On może jedynie (i aż) tymi rzeczywistościami manipulować!

W drugiej pokusie Demon jawi się znowu jako zręczny opisywacz świata. Pieniądze, królestwa (polityka) należą do mnie – mówi do Jezusa. Ale mogą – jak Mu sugeruje – być Twoje i ułatwić Ci realizację Twojej misji. Wystarczy, że Jezus pokłoni się Demonowi, to znaczy, że uzna go za swojego pana. Jeśli pierwsza pokusa dotyczyła tożsamości, to druga dotyczy strategii bycia Mesjaszem. I znowu w odpowiedzi Jezusa zostaje odrzucona jakakolwiek droga na skróty, jakiekolwiek rozwiązania, które mają chociażby pozór udawania, iluzji.

Demon słucha Jezusa. W trzeciej pokusie wydaje się mówić do Niego: pokażę Ci jak się skończy to Twoje przywiązanie do tożsamości człowieka i wierność obranej strategii. Będziesz się musiał u kresu Twojej drogi zmierzyć z otchłanią, z nicością. Tak dalece będziesz się czuł opuszczony i zdradzony przez wszystkich, że umierając, będziesz się modlił „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił”. Oto otchłań, którą Demon pokazał Jezusowi z narożnika świątyni.

Po ludzku rzecz biorąc, Demon ma rację [2]. Misja Jezusa zakończy się fiaskiem; wspólnota, którą budował Jezus, ulegnie unicestwieniu; On sam poniesie haniebną śmierć na krzyżu.

ks. Adam Błyszcz

[1] Przeświadczenie chrześcijan (sformułowane dogmatycznie na soborze chalcedońskim w 451 roku), że w jednej osobie Syna Bożego od początku Wcielenia mamy do czynienia z naturą bożą i z naturą ludzką.

[2] Podobną dynamikę pokusy widzimy w Raju. Mimo Bożego słowa ani Adam, ani Ewa nie umierają po okazaniu nieposłuszeństwa. Dożywają pięknej starości. Śmierć przychodzi dopiero w drugim pokoleniu, kiedy Kain zabija Abla. Wydaje się, że Kusiciel triumfuje ze swoją lekturą rzeczywistości.

Jak krytykować dobrze?

opublikowane: 3 mar 2019, 01:44 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 3 mar 2019, 01:54 ]

Homilia na VI niedzielę zwykłą

39 Opowiedział im też przypowieść: «Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj? 40 Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel. 41 Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? 42 Jak możesz mówić swemu bratu: "Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku", gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata. 43 Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc. 44 Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. 45 Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta.
(Łk 6, 39–35)

Gdyby zestawić ten fragment Ewangelii Łukasza z podobnymi tekstami w Ewangelii św. Mateusza (chodzi o rozdział siódmy), to natychmiast zauważymy pewną zmianę. Mateusz w swojej redakcji jest nastawiony bardziej na polemikę z przywódcami Izraela, natomiast Łukasz widzi słowa Jezusa jako skierowane do wspólnoty uczniów, do formujących się wspólnot, które po początkowym entuzjazmie muszą konfrontować się ze złem w swoim łonie. Złem sprowokowanym przez uczniów Jezusa. Pierwsza i druga generacja chrześcijan.

Czy pierwsze ostrzeżenie Jezusa o tym, że ślepy nie powinien prowadzić ślepego, skierowane jest do liderów wspólnot chrześcijańskich? I na czym miałaby polegać owo ślepota? Czy na tym, że owi liderzy, pasterze będąc niezdolni dostrzec własnych błędów, i niezdolni przyznać się do nich, chcą być przewodnikami innych. Ach, czy swoistym komentarzem do tego fragmentu Ewangelii nie są słowa o. Adama Żaka SJ, który odnosząc się do oskarżeń wobec nieżyjącego ks. prałata Henryka Jankowskiego i całego zamieszania wokół jego pomnika, powiedział nie mniej nie więcej, że w takiej sytuacji potrzeba interwencji instytucji wyższej. Możemy się domyślać, że miał na myśli Watykan (w osobie nuncjusza papieskiego) i, być może, papieża Franciszka. Ale ta deklaracja polskiego jezuity w przełożeniu na góralski znaczy jedno: skoro nie potraficie rządzić, kierować lokalnym Kościołem, to o pomoc musimy prosić instancję wyższą. Nie słyszałem, w ostatnich dziesięcioleciach, bardziej dosadnej opinii na temat pasterzy Kościoła w Polsce. Opinii wyrażonej z otwartą przyłbicą.

Ale cały ten Łukaszowy fragment mówi jedno. W pierwotnych wspólnotach musiało dochodzić do napięć między wiernymi a pasterzami, którym zapewne zarzucano ślepotę i nieporadność. I próbowano w tych konfliktach powoływać się na jakiejś wskazówki Jezusa. Słowa krytyki czy sądy kierowane były zapewne w pierwotnych wspólnotach (podobnie jak w naszych aktualnych) nie tylko pod adresem przełożonych, ale również współbraci. Kontrast, którym posługuje się Jezus (belka i drzazga), pokazuje, że w upomnieniu braterskim nie może chodzić o upokorzenie brata, ale o jego nawrócenie, zbawienie. Trzeba również w tym kontekście zapytać o coś innego: czy udzielając upomnienia bliźniemu, odnosimy się do czegoś, co jest obiektywnym złem i grzechem (przypominam, że do definicji grzechu ciężkiego przynależą trzy kategorie; poważna materia, pełna świadomość i całkowita wolność podmiotu działającego – te dwie ostatnie kategorie znajdują się właściwie poza kontrolą osób trzecich, może spowiednicy mają do nich dostęp?), czy też do czegoś, co w zachowaniu bliźniego sprawia, że zostajemy pozbawieni naszego bezpieczeństwa emocjonalnego, że zostaje naruszony nasz ład i czujemy się z tym źle. Ale czuć się źle, a mieć do czynienia ze złem to nie to samo!

ks. Adam Błyszcz

Nowość absolutna

opublikowane: 24 lut 2019, 08:00 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 24 lut 2019, 08:05 ]

Homilia na V niedzielę zwykłą

27 Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; 28 błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. 29 Jeśli cię kto uderzy w jeden policzek, nadstaw mu i drugi! Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty! 30 Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. 31 Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! 32 Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. 33 I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. 34 Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. 35 Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. 36 Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. 37 Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. 38 Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.
(Łk 6, 27–38)

Już pierwsi komentatorzy Ewangelii Łukasza w powyższych słowach Jezusa, nakazujących miłość nieprzyjaciół, widzieli absolutną nowość chrześcijaństwa. Również nauczyciele żydowscy przyznawali, że tym swoim żądaniem Jezus przekroczył granice etyczne Tory.

Bo przecież Bóg Starego Testamentu jest Bogiem, który nienawidzi swoich wrogów:

Gdy Pan, Bóg twój, wprowadzi cię do ziemi, do której idziesz, aby ją posiąść, usunie liczne narody przed tobą: Chetytów, Girgaszytów, Amorytów, Kananejczyków, Peryzzytów, Chiwwitów i Jebusytów: siedem narodów liczniejszych i potężniejszych od ciebie. 2 Pan, Bóg twój, odda je tobie, a ty je wytępisz, obłożysz je klątwą, nie zawrzesz z nimi przymierza i nie okażesz im litości. 3 Nie będziesz z nimi zawierał małżeństw: ich synowi nie oddasz za małżonkę swojej córki ani nie weźmiesz od nich córki dla swojego syna, 4 gdyż odwiodłaby twojego syna ode Mnie, by służył bogom obcym. Wówczas rozpaliłby się gniew Pana na was, i prędko by was zniszczył. 5 Ale tak im macie uczynić: ołtarze ich zburzycie, ich stele połamiecie, aszery wytniecie, a posągi spalicie ogniem.
(Pwt 7, 1–5)

W Starym Testamencie nie brakuje fragmentów, w których Bóg nawołuje do przemocy wobec niewiernych. Dzisiaj utyskujemy na islam i widzimy w nim religię przemocy, ale nie wolno nam zapominać, że przemoc jest wpisana w każdą z trzech wielkich religii monoteistycznych. Nawet w chrześcijaństwo, bo cóż z tego, że Jezus wezwał nas do miłości nieprzyjaciół, skoro w naszej historii mamy krwawy epizod inkwizycji czy też krwawą ewangelizację obydwóch Ameryk, czy też haniebne milczenie tak wielu chrześcijan wobec zagłady Żydów. Nadto, nasze codzienne doświadczenie, kiedy zostajemy sponiewierani przez naszych wrogów (głupich i małostkowych), mówi nam, że naszym naturalnym odruchem nie jest myśl o przebaczeniu, a odwecie, zemście. Uświadamiamy sobie, że miłość, o której mówi Jezus, nie jest owocem takich czy innych ćwiczeń ascetycznych czy intelektualnych, a ŁASKĄ, która zostaje ofiarowana tym, którzy autentycznie idą za Nim!

Fakt, że mówimy o łasce, nie oznacza bierności wobec zła i niegodziwości. Słowa Jezusa muszą być interpretowane w świetle Jego czynów. Kiedy zamyka się wokół Niego krąg Jego wrogów i jeden z nich bije Go po twarzy, Jezus sprzeciwia się tej przemocy i stawia pytanie:

22 Gdy to powiedział, jeden ze sług obok stojących spoliczkował Jezusa, mówiąc: «Tak odpowiadasz arcykapłanowi?» 23 Odrzekł mu Jezus: «Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?»
(J 18, 22–23)

W tym Jezusowym katalogu rad dla uczniów jest jeszcze coś, co przykuwa naszą uwagę.

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone.

Słuchamy tych słów i czujemy się jakby w potrzasku, gdyż przecież musimy w życiu podejmować decyzje, a takich wyborów dokonujemy w oparciu o nasz sąd, co jest dobre, a co jest złe. Co za tym Jezus chce powiedzieć, nakazując nam niesądzenie. Trzeba tutaj chyba odwołać się do teologii moralnej, która mówi, że czym innym jest sąd nad sytuacją, a czym innym jest sąd nad człowiekiem, nad osobą podejmującą konkretną decyzję, która może mi się wydawać zła i niegodziwa. Żadnego człowieka nie sposób zredukować do dzieł, które wykonuje lub podejmuje. Nikt z nas (z wyjątkiem Boga) nie posiada wiedzy, świadomości, która pozwoliłyby mu wejrzeć w najgłębsze tajniki serca, sumienia drugiego człowieka. Racje, dla których postępuje tak a nie inaczej, wymykają się mojemu poznaniu. Właśnie dlatego znajduje się on poza moim sądem i to być może także ratuje ocala mojego wroga.

ks. Adam Błyszcz

Kto jest ubogi, a kto bogaty?

opublikowane: 17 lut 2019, 00:29 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 18 lut 2019, 01:05 ]

Homilia na VI niedzielę zwykłą

17 Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; 20 A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: «Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. 21 Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. 22 Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: 23 cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom. 24 Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. 25 Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. 26 Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom.
(Łk 6, 17.20–26)

Pamiętam z czasów dzieciństwa, że przygotowując się do Pierwszej Komunii św. i do bierzmowania, wyposażony byłem w tzw. Mały Katechizm, który zawierał najważniejsze modlitwy, których trzeba było się wyuczyć na pamięć. Wśród nich były także błogosławieństwa (osiem) w wersji Mateuszowej. W świadomości Kościoła mocniej, głębiej zapisane są te przekazane przez Mateusza.

W dzisiejszej liturgii Kościół proponuje nam lekturę błogosławieństw w wersji Łukasza. I on, i Mateusz zaczynają od ubogich, tyle że Mateusz dodaje w duchu, co nadaje tym błogosławieństwom wymiar eschatologiczny. Łukasz wydaje się kłaść nacisk na społeczno-ekonomiczne znaczenie ubóstwa. Takie ujęcie zostaje wzmocnione przez skonfrontowanie błogosławionych ubogich z przeklętymi bogaczami, którzy już odebrali swoją nagrodę.

Byłby to zatem fragment Ewangelii, który skłania nas do pewnej refleksji nad tym, co oznacza bogactwo, a co oznacza ubóstwo (lub jeszcze inaczej; co oznacza być bogatym, a co oznacza być ubogim). I być może nie trzeba aż tak bardzo przejmować się tym (niech wybaczą mi tę indolencję wszyscy uczeni egzegeci), jak poszczególne terminy były rozumiane w czasach Jezusa Chrystusa i na czym polegała siła Jezusowego skojarzenia ubóstwa ze szczęściem (tyle znaczy być błogosławionym), ile raczej spróbować poznać, jaka jest moc tego Słowa w naszym świecie, w którym prawie wszystkie instytucje tworzące nasz świat zachodni zostały rozbite: dogmat płci został poddany krytyce przez teorię gender; rodzina została rozczłonkowana; miasto (ponad 60% mieszkańców Ziemi żyje w miastach, a w roku 2050 ma to być już 80%) stało się azylem dla ludzi ze wsi, którzy weszli doń ze swoją mentalnością wiejską i żyją w paraliżującej anonimowości wydziedziczeni ze swoich tradycji, które nie ułatwiały im lektury świata, w którym się znaleźli. Przypomina to sytuację kogoś, kto nauczył się języka, którym dziś już nikt nie mówi; religia zaś została wypatroszona przez laicką wizję rzeczywistości. Jedyna instytucja, która w tym chaosie się ostała, to rynek, finanse. Prawdziwy moloch.

Według Międzynarodowego Funduszu Monetarnego światowe zadłużenie w 2017 roku wyniosło 233 biliony dolarów, co ponoć oznacza, że każdy mieszkaniec Ziemi jest zadłużony na jakieś 30 tysięcy dolarów. Rynek to idol, bożek, który pożera przyszłość swoich wiernych. Józef Stiglitz, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomi z 2001 roku, w swoich analizach dowodzi, że zdecydowana większość bogactwa USA skupiona jest w rękach 1% populacji tego kraju. Oto jawi się przed nami świat podporządkowany bóstwu Rynku – Pieniądza.

Czym skutkuje taki dyktat Rynku, Pieniądza? Jednym z rezultatów takiej dominacji kultu Rynku jest przekonanie, że wszystko ma swoją cenę. Chrześcijaństwo zwykło mówić, że wszystko na swój koszt, co nie jest tym samym. Wystawić cenę oznacza powiedzieć: wszystko można kupić. Dochodzi do tego, że w królestwie Rynku nie istnieją osoby, a służebności. Spustoszenie, które powoduje kult Rynku, jest przerażające. Do tego dodać trzeba klimat iluzoryczności, w jakim żyjemy, gdyż kupujemy nie dlatego, że potrzebujemy, ale po to, aby się pokazać.

Z nostalgią wyglądamy wybawienia od niepewnej przyszłości i przytłaczającej teraźniejszości. Spoglądamy ku Kościołowi, który sam o sobie mówi, że jest sakramentem zbawienia (Lumen Gentium, Konstytucja dogmatyczna o Kościele Soboru Watykańskiego II, punkt 48). Ale te nasze nadzieje związane z Kościołem mogą się okazać płonne, gdyż parafrazując nieco spostrzeżenie angielskiego historyka Arnolda Toynbee, trzeba przyznać, że Kościół na ołtarzu postawił Franciszka, świętego z Asyżu, który poślubił ubóstwo, ale ten sam Kościół bardziej związał się z jego ojcem, bogatym kupcem z Asyżu.

Papież Franciszek od początku swojego pontyfikatu (niebawem minie sześć lat) próbuje reformować Bank Watykański, który zgodnie z regułą iluzoryczności (wprowadzoną przez Rynek) nosi nazwę Instytutu Dzieł Religijnych. Reforma idzie jak po grudzie. Podobnie wygląda to na poziomie każdej kurii diecezjalnej czy prowincjonalnej. Dyktat Rynku, dyktat Pieniądza.

Ks. Adam Błyszcz

Prawdziwe Słowo

opublikowane: 27 sty 2019, 12:37 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 27 sty 2019, 12:39 ]

Homilia na III niedzielę zwykłą

Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, 2 tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. 3 Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, 4 abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono. (…) Potem powrócił Jezus w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. 15 On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich. 16 Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. 17 Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: 18 Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, 19 abym obwoływał rok łaski od Pana. 20 Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. 21 Począł więc mówić do nich: «Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli».
(Łk 1,1–4; 4, 14–21)

Łukasz chce opowiedzieć historię Jezusa Chrystusa. Ma przed sobą konkretnego człowieka, niejakiego Teofila (nie można wykluczyć, że jest to imię, które symbolizuje kogoś, kto miłuje Boga, człowieka wyczulonego na tajemnicę Boga [1]), ale przyjmijmy tę intuicję Łukasza, że ewangelii nie opowiada się bezimiennemu tłumowi. Opowiada się ją zawsze konkretnej osobie, która wyposażona jest w swoją chwalebną lub haniebną historię, która cieszy się swoją kulturą lub brakiem takowej, która posługuje się swoim kodem egzystencjalnym. Współczesny Kościół znajduje wiele trudności w rozpoznaniu kondycji słuchacza, którego ma przed sobą, i któremu chce przekazać cenne orędzie o Jezusie. Bez rozpoznania, kogo mamy przed sobą, mówiąc o Jezusie, wszelkie wysiłki Kościoła ewangelizowania spełzną na niczym.

Z drugiej strony, Łukasz pisząc Ewangelię dla dostojnego Teofila, jest świadomy, że chce przekazać Słowo Boże, które stało się ciałem. Taki przekaz nie może podlegać manipulacji. To nakłada na Łukasza szczególną odpowiedzialność, stąd wspomina o konieczności wsłuchania się w to, co o Jezusie powiedzieli inni, uprzedzając Łukasza. W ten sposób dowiadujemy się, że Łukasz nie był naocznym świadkiem życia Jezusa (czytając jego Ewangelię odnosimy wrażenie, że nie miał także zbyt dokładnego pojęcia o topografii Ziemi Świętej). To by znaczyło, że i sam Łukasz dotarł do Jezusa dzięki opowieści innych, tych, którzy z Jezusem byli od samego początku. To o tyle ciekawe, że dzisiaj nie brakuje teologów, egzegetów, którzy twierdzą, że ewangelie zostały spisane przez drugą, trzecią generację chrześcijan, a poszczególni redaktorzy ewangelii (mimo przyjętych imion, pewnie dla dodania sobie prestiżu) nie spotkali nigdy Jezusa Chrystusa ziemskiego. Ich wiara zapośredniczona jest w wierze naocznych świadków, którzy zadbali o to, aby opowieść o Jezusie, o Jego słowach i czynach, przekazana została następnym pokoleniom. Zrazu w tradycji ustnej, w przekazie ustnym, a następnie w przekazie spisanym. Okazuje się zatem, że w akt wiary w Boga wpisany jest również akt wiary w człowieka, który przekazuje orędzie, Słowo Boga. To oczywiście rodzi pewien niepokój w naszych sercach, czy mogę wierzyć temu, który mówi mi o Bogu? Czy aby człowiek, który opowiada mi o Bogu, nie chce manipulować moją nadzieją życia wiecznego? Może chce mnie zwieść? Takie podejrzenia rodzą się tam, gdzie zawiedliśmy się na ludzkim słowie. Czy Łukasz należy do takich zawiedzionych i rozczarowanych ludzkim gadaniem? A może takim rozczarowanym jest sam Teofil? I Łukasz, zdając sobie sprawę z tego kodu egzystencjalnego Teofila, próbuje temu zaradzić i dlatego rozpoczyna cały proces pisania, opowiadania od początku. Oczywiście nadając temu również swój osobisty charakter: w dzisiejszym fragmencie Jezus jest pokazany jako oddany współpracownik Ducha Świętego, a nadto motywem dominującym tej Łukaszowej narracji jest temat miłosierdzia. Tylko on opowiada przypowieść o marnotrawnym synu.

Ks. Adam Błyszcz

[1] Cenne i wiele mówiące spostrzeżenie kardynała Ratzingera, który w jednej ze swoich prac teologicznych udowadniał, że wielkim sprzymierzeńcem w dziele ewangelizacji rodzącego się Kościoła nie było to, że zdecydowana większość ówczesnego społeczeństwa była wierząca, religijna, ile to, że ta większość była również większością filozofującą! Być może się mylę, ale na takiego sojusznika w procesie współczesnej reewengelizacji liczyć raczej nie możemy.

Wesele wieloznaczne

opublikowane: 19 sty 2019, 03:53 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 19 sty 2019, 03:55 ]

Homilia na II niedzielę zwykłą

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. 2 Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. 3 A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». 4 Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?» 5 Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». 6 Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. 7 Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!» I napełnili je aż po brzegi. 8 Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!» Oni zaś zanieśli. 9 A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego 10 i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». 11 Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. 12 Następnie On, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni.
(J 2, 1–12)

Nie tak dawno obchodziliśmy uroczystość Objawienia Pańskiego, Epifanię. To święto narodziło się w nieortodoksyjnych, czyli heretyckich kręgach chrześcijan Aleksandrii Egipskiej, która w pierwszych wiekach była najprężniejszym ośrodkiem rodzącego się Kościoła. Te grupy w jednej celebracji próbowały upamiętnić cztery wydarzenia z życia Jezusa Chrystusa: Jego narodziny w Betlejem, Jego ukazanie się poganom reprezentowanym przez mędrców, Jego chrzest w Jordanie oraz cud w Kanie Galilejskiej. Kościół Zachodni, łaciński rozbił tę pierwotną uroczystość Epifanii na cztery osobne dni: Boże Narodzenie, Epifania – 6 stycznia, pierwsza niedziela po Epifanii – święto Chrztu Pańskiego, a tydzień później w kościołach głosi się ewangelię o cudzie w Kanie Galilejskim.

Na to ostatnie wydarzenie można spojrzeć z różnych punktów widzenia. Można spojrzeć z perspektywy bliskiej naszej współczesnej wrażliwości kategorii użyteczności. Cud wydaje się zupełnie nieużyteczny. To pierwszy cud opowiedziany w Ewangelii św. Jana. W jakimś sensie programowy. Na pewno nie brakowało wokół Jezusa ludzi cierpiących, potrzebujących, dotkniętych cierpieniem, chorobami, nieszczęściem. Ale nikogo z nich nie obdarzył swoją łaską. Udzielił jej dwojgu roztargnionych nowożeńców, którzy nie zadbali zawczasu o odpowiednią ilość wina na swoje wesele. Jak wyliczył Benedykt XVI w swojej książce „Jezus z Nazaretu”, było tego wina ponad 500 litrów. Jaki był pożytek z takiego cudu?

A może, trzymając się intuicji ostatnich papieży (zwłaszcza św. Jana Pawła II i Franciszka), że nie ma ważniejszej kwestii dla współczesnego społeczeństwa i Kościoła niż kwestia małżeństwa i rodziny, to w tym pierwszym cudzie Jezusa w narracji Janowej trzeba byłoby też widzieć Jego troskę o małżeństwo! Jakkolwiek w całej tej scenie ani razu nie mamy z nowożeńcami do czynienia w sposób bezpośredni. Spróbujmy zobaczyć, czy ów tekst mówi nam coś więcej. Przede wszystkim uderza konstrukcja czasu. Jan podkreśla, że wesele ma miejsce pod koniec pierwszego tygodnia publicznej działalności Pana. I tak według tego, co Jan zapisał, w pierwszych czterech dniach Jezus zostaje rozpoznany przez Chrzciciela jako Baranek Boży. To dla Jezusa dobra okazja, aby powołać swoich pierwszych uczniów. Jednym z nich jest Andrzej, który przyprowadza do Pana swojego brata Szymona, zwanego później Piotrem. I ostatecznie czwartego dnia Jezus spotyka Filipa, którego zaprasza do grona uczniów. Ten nie próżnuje i swoim odkryciem dzieli się z Natanaelem. W ciągu tych czterech dni konstytuuje się krąg uczniów, z którego po zmartwychwstaniu Jezusa wyłoni się Kościół. Wygląda to tak, jakby Jan chciał nam opowiedzieć o stworzeniu Kościoła, z całą dynamiką tych powołań (jedni przychodzą powołani bezpośrednio przez Jezusa, inni przychodzą porwani entuzjazmem tych pierwszych). Czy ten pierwszy rozdział Ewangelii Jana jest aluzją do Księgi Rodzaju, która opowiada stworzenie świata?

I tak trzeciego dnia (tutaj wydaje się, że mamy do czynienia z sugestią dopełnienia tygodnia) mowa jest o weselu w Kani Galilejskiej. Może Jan widzi w tym weselu ostateczne spełnienie starotestamentowej zapowiedzi Jahwe, który chciał świętować ze swoim ludem Przymierze:

10 Pan powiedział do Mojżesza: «Idź do ludu i każ im się przygotować na święto dziś i jutro. Niechaj wypiorą swoje szaty 11 i niech będą gotowi na trzeci dzień, bo dnia trzeciego zstąpi Pan na oczach całego ludu na górę Synaj.
(Wj 19, 10-12)

Niewątpliwie liczba trzy nawiązuje do opowieści o zmartwychwstaniu Jezusa, który po śmierci ukazał się trzeciego dnia swoim uczniom! Dla Jana cud w Kanie Galilejskiej jest objawieniem tożsamości Jezusa. Zostaje pokazany jako prawdziwy oblubieniec swojej małej wspólnoty, która z czasem stanie się potężnym Kościołem. Dla Jana Ewangelisty wesele w Kanie Galilejskiej nie jest świętem dwojga roztargnionych młodych ludzi, ale ucztą weselną Jezusa i Jego wspólnoty mesjańskiej, Kościoła.

W tej wspólnocie miejsce szczególne należy się matce Jezusa. W scenie, którą Jan relacjonuje, jej obecność w Kanie niejako poprzedza nadejście samego Jezusa i Jego uczniów. I wobec Niego pełni rolę kogoś, kto sygnalizuje niedostatki. Ktoś kiedyś napisał, że gdyby Kościół, oblubienica Jezusa, potrafił jak Matka Jezusa sygnalizować Panu, że ludzkości czegoś brakuje, nie w tonie oskarżenia, ale współczującą prośbą, która zdaje sobie sprawę, że ten brak jest również czymś, co dotyczy samego Kościoła, to byłaby wielka służba.

ks. Adam Błyszcz

Jezusa solidarność

opublikowane: 13 sty 2019, 02:47 przez Roma Zygmunt   [ zaktualizowane 13 sty 2019, 02:49 przez Redakcja JotJotZet ]

Homilia na Niedzielę Chrztu Pańskiego

15 Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, 16 on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. 21 Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo 22 i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie».
(Łk 3, 15-16, 21-22)

To pierwsze publiczne wystąpienie Jezusa. To nie dziecko, ale mężczyzna po trzydziestce. I zapewne niepokoi Jego najbliższych, że w tym wieku nie założył jeszcze rodziny. Być może niepokoi i to, że związał się jakoś z ruchem Jana Chrzciciela, który nie tylko że znajdował się w opozycji wobec Świątyni, ale swoim nauczaniem postawił się również przeciwko władzy tetrarchy Heroda, co w końcu doprowadziło do męczeńskiej śmierci proroka znad Jordanu.

Według ewangelisty Łukasza Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność od przyjęcia chrztu z rąk Jana Chrzciciela. Kościół miał z tym wydarzeniem problem od samego początku. Bo to mimo wszystko stanowi jakąś formę uznania wyższości Jana nad Jezusem. Sam Jan miał chyba tego świadomość, protestując przeciwko temu. Ślad tego znajdujemy w Ewangelii Mateusza:

Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. 14 Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?»
(Mt 3, 13–14)

Powiedzmy, że to podporządkowanie Jezusa można jakoś wytłumaczyć logiką Wcielenia. Od kiedy Syn Boży stał się człowiekiem, przyjął na siebie również pewne człowiecze powinności, zależności. To chociażby kwestia podporządkowania się autorytetowi matki i ojczyma (trudno być dzieckiem, nie słuchając rodziców), autorytetowi nauczyciela w synagodze, konieczność płacenia podatków świątynnych. Być może w tę samą logikę Wcielenia wpisuje się także podporządkowanie, zależność od Jana Chrzciciela. Ale to nie jedyna trudność, której dostarcza opowieść o chrzcie Jezusa w Jordanie. Ewangelie wyraźnie mówią, że był to obrzęd na odpuszczenie grzechów. Co zatem robił Jezus w gronie tych wszystkich ludzi, którzy rozpoznawali swoją grzeszność i byli przekonani, że potrzebują tego Janowego oczyszczenia, aby być bliżej królestwa Bożego? Przecież Kościół nieustannie głosił i głosi, że Jezus jest niewinny i to On gładzi grzechy świata! Że jest bez grzechu!

Głoszenie tej prawdy było kłopotliwe, zważywszy, że w pamięci Izraela zapisał się ów epizod chrztu Jezusa u Jana na odpuszczenie grzechów. Mówiąc o Jezusie, niewinnym Baranku gładzącym grzech świata, trzeba było się liczyć z tym, że ktoś w gronie słuchających podniesie rękę i zapyta, że skoro był niewinny, to po co przyjmował chrzest na odpuszczenie grzechów?

Ewangelia, tak jak ją czytamy, to nie tylko narracja, ale również pewne dzieło literackie, w której autor chce nas przekonać do postaci Jezusa Chrystusa. Stąd też ewangelista spina swoją opowieść dwoma epizodami, które mają podobną, jeśli nie identyczną dynamikę. Łukasz powiada, że na początku swojej działalności Jezus, przyjmując chrzest Janowy, utożsamia się z grzesznikami. Podobnie na końcu życia, kiedy umiera ukrzyżowany pomiędzy dwoma łotrami, wielkimi grzesznikami, których dopadła bezwzględna ludzka sprawiedliwość.

Solidarność Jezusa z grzesznikami, bycie z nimi jest czymś, co charakteryzuje ewangelię miłosierdzia, którą Łukasz pisze. Ta solidarność wystawia Jezusa na pewną dwuznaczność, którą Kościół poddany porządkowi społecznemu (a to trzeba strzec ładu małżeńskiego, rodzinnego, a to społecznego) niechętnie akceptuje.

ks. Adam Błyszcz

Epifania czy Befana?

opublikowane: 6 sty 2019, 05:42 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 6 sty 2019, 05:44 ]

Homilia na uroczystość Objawienia Pańskiego

Gdybyśmy dzisiaj postawili pytanie, jaką uroczystość świętujemy w liturgii Kościoła, to w całym świecie katolickim podniósłby się prawie jednomyślny krzyk, że to Epifania, święto Objawienia Pańskiego, uroczystość trzech tajemniczych królów, zwanych również magami, mędrcami.

W Kościele pierwotnym istniało jedno, jedyne święto. Była to Pascha, Wielkanoc. Dopiero z czasem pojawiły się inne uroczystości. Po koniec II wieku w Aleksandrii Egipskiej pojawiły się grupy heretyckie związane z działalnością niejakiego Bazylidesa, które 6 stycznia czciły w jednej celebracji cztery wydarzenia z życia Jezusa, czyli: Jego Narodziny w Betlejem, Jego objawienie się magom, chrzest w Jordanie oraz cud w Kanie galilejskiej. Po kilku wiekach święto rozpowszechniło się w całym chrześcijaństwie, tyle że na Zachodzie, w tradycji łacińskiej, zostało rozbite na osobne celebracje: 25 grudnia narodzenie Syna Bożego, Epifania, czyli objawienie się Jezusa poganom i pierwsza niedziela po Epifanii – chrzest Jezusa w Jordanie.

Niezwykle trudno ustalić, skąd pochodzili ci mędrcy (bo raczej chodzi o ludzi ówczesnej nauki niż władzy). Wśród pojawiających się hipotez najbardziej przekonująca jest ta, która mówi, że była to grupa (nie ma w Ewangelii żadnej wskazówki co do liczby tych osób), która wywodziła się z Babilonii. Żyła tam wielka diaspora Żydów i dawało to możliwość, żeby obcy (czyli ludzie spoza Przymierza z Abrahamem) mogli zaznajomić z Księgami Narodu Wybranego. Z nadziejami mesjańskimi Izraela. Nadto ówczesna Babilonia była centrum badań astronomicznych, co tłumaczyłoby także informację, że mędrcy zjawiają się w Jerozolimie ze względu na gwiazdę, którą dostrzegają na niebie.

Byłaby ta dzisiejsza uroczystość zatem uroczystością tych, którzy do Boga przychodzą nie dzięki Świętym Księgom, które Bóg powierzył Ludowi, a wysiłkiem intelektu poszukiwań rozumowych, refleksji nad wszechświatem, ludzką kulturą lub historią.

Nie jest zatem tak, że jesteśmy skazani na wieczny konflikt między rozumem a aktem wiary. Nie jest tak, że są to wartości wykluczające się. Można zresztą mnożyć przykłady tych, którzy w swoim życiu doskonale pogodzili jedno z drugim. Wystarczy wspomnieć chociażby George Lemaître’a, belgijskiego fizyka, astronoma (i księdza katolickiego), który uchodzi za jednego z twórców teorii wielkiego wybuchu Big Bang. Kiedy papież Pius XII chwalił go za jego pracę naukową, twierdząc, że jego odkrycia dadzą się pogodzić z opowieścią biblijną o stworzeniu świata, sam Lemaître protestował, mówiąc: „Wasza Świątobliwość, do moich konkluzji doszedłem na drodze rozumowej, a nie biblijnej”.

Na początkowe pytanie, co dzisiaj obchodzimy, odpowiedź, że Epifanię, słyszymy w całym Kościele, z wyjątkiem Włoch. Tutaj większość osób, zwłaszcza dzieci, powiedziałyby, że 6 stycznia świętujemy Befanę. Kim jest ta postać?

To kobieta, której przypisuje się cechy od czarownicy począwszy, a na dobrej wróżce skończywszy, w kulturze włoskiej jest utożsamiana z dwiema postaciami kobiet ze świata biblijnego. W niektórych regionach Włoch wierzy się, że w Befanę wciela się dusza żony Piłata, Klaudia Prokula, która po śmierci miała prosić Boga, aby mogła pozostać na ziemi do końca świata i w ten sposób pokutować za grzech swojego męża, który skazał na śmierć Syna Bożego. W innych rejonach Włoch wierzy się, że Befana personifikuje babcię Heroda Wielkiego, który podjął decyzję o wymordowaniu dzieci w Betlejem. Również ona chciała, opiekując się dziećmi i przynosząc im podarunki, wynagrodzić zbrodnię swojego wnuka [1]. Te dwie postaci, połączone w takiej legendarnej, bajkowej wizji łączy jedno: przekonanie, skądinąd głęboko chrześcijańskie, o możliwości pewnego zadośćuczynienia za grzechy czy winy innego człowieka.

Ale trzeba nadmienić jeszcze jedną rzecz. Befana w powszechnym przekonaniu przychodzi do dzieci, żeby te dobre nagrodzić (dają im na przykład słodycze), a te złe przywołać jakoś do porządku (zostawiając im jako ostrzeżenie węgiel). A to oznacza, że włoskie dzieci żyją w perspektywie pewnego sądu: oto nadejdzie dzień, w którym moje postępowanie, moje wybory, moja wolność zostaną osądzone, ocenione. Czy nie jest to perspektywa chrześcijańska? Możemy oczywiście to wszystko ośmieszyć i przywołać opinię francuskiego filozofa Jean-Paula Sartre’a, który pisał, że do wiary zniechęciło go przekonanie, że jest nieustannie obserwowany przez Boga, oceniającego jego postępowanie.

ks. Adam Błyszcz

[1] Por. Carlo Lapucci, La Vecchia dei camini. Vita pubblica e segreta della Befana, Firenze 2018, str. 11–12.

Wpatrzeni w Świętą Rodzinę

opublikowane: 31 gru 2018, 01:23 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 6 sty 2019, 05:47 ]

Zatrzymując wzrok na ikonie Świętej Rodziny, w której wzrastałeś, podobnie jak każdy z nas wzrastał w swojej rodzinie, chcemy Ci, Jezu, opowiedzieć o naszej miłości, o naszym pragnieniu prawdziwej miłości, o naszym pragnieniu kochania i bycia kochanym.

Dziękuję Ci za moich rodziców, z których jestem.

Dziękuję Ci za człowieka, który towarzyszy mi w drodze do domu Twojego Ojca. Oby nas przyjął w momencie, w którym nasza droga dobiegnie kresu. I spraw, abym pomimo moich ograniczeń i całej mojej ludzkiej słabości, mógł być dla tej osoby odbiciem, refleksem Twojej miłości, która nigdy nie szukała i nie szuka. Miłości bezwarunkowej.

Dziękuję Ci, że w tym naszym tak pustynnym świecie sprawiasz, że zakwitają tak piękne kwiaty jak miłość małżonków Klary i Henryka Petrillo. Miłość jest czymś możliwym.

Chcę Twojej miłościwej uwadze przedstawić także tych moich braci i siostry, których plany małżeństwa legły w gruzach. Przedstawiam Ci tych, którzy przeżywają swoje małżeństwo jako gorzką samotność, widząc w nim przekleństwo swojego życia. Przedstawiam Ci także tych, którzy podjęli decyzją o rozwodzie, gdyż nie chcieli żyć w codziennym wyobcowaniu. Również oni żyją nostalgią prawdziwej miłości, której przeciwieństwem nie jest nienawiść, ale jak mówił Twój prorok, św. Franciszek z Asyżu, posiadanie.

Ta nostalgia w jakimś sensie stanowi wyznanie, że nasz egoizm i grzech nie są definitywnym słowem o człowieku, i nawet „jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko”. (por. 1 J, 3, 20) Jego ufność, którą pokłada w nas, Jego wiara w nas tworzy nas na nowo. W ten sposób Twój Ojciec odnawia w nas pierwotny obraz, który został wpisany przy stworzeniu Adama i Ewy.

W sposób szczególny polecam Ci samotne mamy, które muszą z determinacją i samotnością wychowywać swoje dzieci. Dotknij ich kobiecego serca, aby uwierzyły w swoją wartość.

Twojej braterskiej miłości polecam także dzieci, które każdego dnia muszą mierzyć się z uczuciową nieobecnością swoich rodziców.

Wierzę, że Ty, który wskrzesiłeś syna biednej wdowy z Nain, potrafisz wyprowadzić wszystkie te osoby z grobu ich uśmierconej miłości.

I na końcu wyznaję przed Tobą, sprawiedliwym i miłosiernym Sędzią, mój grzech i mój egoizm. I proszę o przebaczenie. I proszę zarazem, abyś naprawił to, czego ja już naprawić nie mogę.

ks. Adam Błyszcz

1-10 of 131