Modlitwa‎ > ‎

Idźcie i głoście, rozważania na roraty 19 grudnia 2016

opublikowane: 19 gru 2016, 12:19 przez Redakcja JotJotZet   [ zaktualizowane 21 gru 2016, 10:01 ]
Trzeba w końcu postawić pytanie o to, kim jest ten (a może Ci), który/rzy mnie posyła/ją. Czyni/ą emisariuszem. Najprostsza odpowiedzieć, wskazując przy tym na fragmenty Nowego Testamentu, które nam w tych roratnich medytacjach towarzyszą – brzmi, że tym kimś jest Jezus Chrystus. Posyła mnie podobnie jak swoich pierwszych uczniów, apostołów. I oczywiście natychmiast uświadamiamy sobie radykalną różnicę. Tamten Jezus był na wyciągnięcie ręki apostołów. Mogli z nim jeść, pić, rozmawiać, pielgrzymować do Jerozolimy, słuchać tego, co mówił do nich, do faryzeuszów, do tłumu. Mój Jezus natomiast jest jakiś schowany. Nie mam Go na wyciągnięcie ręki. Ani z Nim nie jem, ani nie piję. Nie pielgrzymuję z Nim. A to, co mówił do uczniów (a zatem także do mnie), do tłumu czy faryzeuszów – kto wie czy on mnie tam wtedy, między nimi widział przychodzi do mnie w zapisie ewangelii, a zatem w Kościele. Bo to Kościół pierwotny pisał ewangelię. Oczywiście mogę twierdzić, że słyszę głos, który każe mi iść. I ten głos utożsamiam z Jezusem. Byłaby to zatem instancja mojego (no właśnie na ile mojego?) sumienia. O tym sumieniu pięknie mówi Sobór Watykański II (głos dwudziestowiecznego Kościoła):
Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa.
(Sobór Watykański II, konstytucja Gaudium et spes, 16. 49 por. Rz 2, 14-16)


A może zatem jestem posłany przez Jezusa Chrystusa, którego głos przychodzi do mnie w moim sumieniu. Ale Kościół – bo od Kościoła nie sposób abstrahować, od kiedy uświadomiłem sobie, że jestem ochrzczony, a zatem należę do Kościoła (jego doktryny i jego struktur) – nie ufa mojemu sumieniu. Wystarczy popatrzeć na historię wielkich wizjonerów, którzy twierdzili wbrew Kościołowi, że słyszą głos, który każe im mówić. Chociażby historia św. Faustyny Kowalskiej. Głos kazał jej mówić o miłosierdziu Boga. Ono jest kluczem do zrozumienia trzech ostatnich pontyfikatów: św. Jana Pawła II, Benedykta XVI oraz Franciszka. A przecież jeszcze w marcu 1959 r. (dokładnie 6 marca 1959 roku) Watykan wydał notę zabraniającą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w formach przekazanych przez Siostrę Faustynę. W praktyce oznaczało to zakaz publikowania Dzienniczka s. Faustyny. Mimo iż sześć lat później rozpoczęto w Krakowie proces beatyfikacyjny tej zakonnicy, to zakaz cofnięto dopiero w 1978 roku. Pierwsze wydanie jej zapisków duchowych ukazało się w 1981 roku. Kościołem rządził już św. Jan Paweł II.

Siostra Faustyna słyszała głos, który ją w końcu postawił naprzeciw instytucjonalnej struktury Kościoła. (Byłoby rzeczą dobrą zobaczyć etos posłuszeństwa siostry Faustyna tak jak on zostaje opisany w jej Dzienniczku). Takich przykładów w historii Kościoła pokazać można więcej. I chyba wypada wspomnieć tutaj uwagę obecnego papieża, który twierdzi, że jesteśmy powołani do tego, aby kształtować sumienia, a nie je zastępować. Być może należałoby tutaj pewną rzecz wyjaśnić. Nie mam zamiaru twierdzić, że Jezus nie wzywa mnie (nie powołuje) do głoszenia. Najzwyklej w życiu irytuje mnie takie achroniczne, nieczasowe i niehistoryczne podejście do tego. Tak jakby nie było żadnej różnicy między między I a XXI wiekiem; jakby Jezus Chrystus, ten rozmawiający z Szymonem Piotrem, z Andrzejem i Janem, był taki sam i ten sam jak głos udzielany siostrze Faustynie. Nie możemy wziąć w cudzysłów Kościoła. Tak jakby go nie było.

ks. Adam Błyszcz